Fani „Wielkiego Szu” zdziwią się, gdy przypomnę, co wielki aktor mówił o najsłynniejszej roli, choć trzeba pamiętać, że był też mistrzem kokieterii.

- Wiem, że zwłaszcza dla taksówkarzy, którzy mnie wożą, moimi największymi dokonaniami są "Wielki Szu" lub "Sztos". A ja w wielu filmach zagrałem naprawdę tylko po, żeby spotkać się na planie z atrakcyjną partnerką lub pojechać w nieznane miejsce. Bo kino jest prostackie. Na jednej kartce można spisać, o co tam chodzi.

Czytaj więcej

Nie żyje Jan Nowicki

Był królem życie i pięknie o nim mówił.

- Zacznijmy od tego, że życie jest karnawałem, podczas którego odbywamy taniec ze śmiercią w tle (…) Słuchaj, tak naprawdę jest coraz piękniej. I nie jest to optymizm rozpaczy. Pan Bóg dał trochę zdrowia, trzeba je wykorzystać. Przecież do grobu go nie zabiorę. Jak się ma trochę zdrowia, trzeba je zniszczyć! (…) W głębokim impasie znajdują się ludzie uważający, że są starzy, a głupio myślą ci, co sądzą, że są młodzi. Nie można być buchalterem, który nie wiadomo, jaką liczbę ról chce zagrać, byle tylko zaistnieć – mówił Jest w tym coś niesłychanie nieeleganckiego W życiu trzeba wszystkiego spróbować Nie dbałem o pieniądze, mieszkania, przywileje. Mnie i moich rówieśników interesował ludzki zachwyt nad pięknem.

Zawsze żył jak człowiek wolny, który wybiera to, co lubi i szanuje, a odrzuca to, czego nie chce. Teraz miał wielkie szczęście wybrać miejsce śmierci: Krzewenty nieopodal Kowala na Kujawach, gdzie się urodził w 1939 r. W minioną sobotę brał udział w promocji książki "120 lat Ochotniczej Straży Pożarnej Królewskiego Miasta Kowala na Kujawach". Lokalne media piszą, że z tej okazji włożył mundur strażacki. Dodajmy, że dla niego i miłośników wielkiej sztuki był to również kostium przypominający kreację w “Sanatorium pod Klepsydrą” Wojciecha Hasa, światowej sławy arcydzieło polskiego kina.

Jan Nowicki podkreślał, że ta rola dała mu rozpoznawalność na całym świecie. I podkreślał wysoką rangę artystów wywodzących się ze Starego Teatru w Krakowie, a także Piwnicy Pod Baranami.

- Tworzyliśmy wtedy nie europejski, lecz światowy teatr! To była taka paka, że łeb odpadał. I w tej pace każdy miał coś do zagrania. Nikt nikomu nie następował na pięty. Swoją działkę miał Wojtek Pszoniak, a jak odszedł, przyszedł Jurek Stuhr. Byli Wiktor Sadecki, Anna Polony, Anna Seniuk, Jerzy Bińczycki, Jerzy Trela, Marek Walczewski, trochę ja. Każdego roku 14 wielkich premier. Jednocześnie graliśmy "Biesy", "Noc listopadową" Wajdy oraz "Wyzwolenie" i "Dziady" Swinarskiego.

Wszyscy siedzieli w jednej garderobie, statysta obok gwiazdora, nikt nie miał swoich pokoi ani leżanek. Piliśmy tę samą wódkę, klepaliśmy tę samą biedę, jeździliśmy trabantami, ale mieliśmy klasę mercedesów. A teraz jest odwrotnie.

Debiutował w Starym Teatrze w “Wariatce z Chaillot” w   reżyserii Zygmunta Hübnera, potem była rola u Konrada Swinarskiego i kreacja, która była przepustką na aktorski Parnas na całe życie: Artur w “Tangu” Sławomira Mrożka w inscenizacji Jerzego Jarockiego w parze z Anną Seniuk.

Podbił aktorską licytację rolą Stawrogina w “Biesach” Dostojewskiego w reżyserii Andrzeja Wajdy w 1971 r., trzy lata później zagrał u niego w słynnej muzycznej interpretacji “Nocy Listopadowej” Wyspiańskiego - demonicznego Wielkiego Księcia. Zaś trzy lata później wywindował swoją aktorską pozycję jeszcze wyżej rolą Rogożyna w “Nastazji Filipownej” również Wajdy, także w Starym Teatrze – objeżdżając z tym legendarnym spektakle cały świat.

Ostatnią teatralną rolę zagrał w Starym w przedstawieniu “Biesy. Spektakl o piciu herbaty” Pawła Miśkiewicza w 2021.

Równolegle rozwija się jego kariera filmowa. Pierwszym ważnym filmem były “Popioły” Andrzeja Wajdy z 1965 r. Zagrał m. in. Ketlinga w kinowej wersji “Pana Wołodyjowskiego” u boku Tadeusza Łomnickiego. Wystąpił w “Zygfrydzie” i “Magnacie” Filipa Bajona.

Słynął również z głośnych związków z kobietami, m. in. węgierską reżyserką Martą Meszaros, u której grał często, a najbardziej cenił sobie role w “Niepochowanym”, gdzie zagrał minimalistycznie uwięzionego przez stalinowców bohatera węgierskiego powstania w 1956 r. Imre Nagy'a.

- To jest moja najlepsza rola. Ale nikt jej u nas nie widział i nigdy nie zobaczy, bo polskiej premiery dwa lata po ukończeniu filmu dotąd nie było. Zagrałem w węgierskim filmie premiera Imre Nagya, rozstrzelanego po powstaniu węgierskim. Kreatywnie jak De Niro. Przytyłem 20 kilo.

Pod koniec życia chwycił za pióro. Pisał gęsto, ze swadą, często autobiograficznie. Wydał m. in. „Między niebem a ziemią”, „Białe walce”, „Stracone pokolenia”. Mówił o sobie jak zwykle z dystansem:

- Oczywiście, nie mam złudzeń: wydawnictwa stawiały na mnie, bo jako aktor całym swoim życiem zapracowałem na tak zwaną rozpoznawalność, a poza nią cieszyłem się też opinią skandalisty.

Śmiał się ze środowiskowej zawiści:

- Tymczasem moje pojawienie się... na pewno nie nazwę tego pojawieniem się w świecie literatury, bo za bardzo kocham książki i szanuję wielkich pisarzy. Ale skoro już pojawiłem się w świecie osób piszących, to powiem, że jest to nie końca przyjemne towarzystwo. Są niesłychanie zawistni.

Pod koniec życia mieszkał w Kielcach, będąc ziomkiem znajomego z krakowskich lat Jerzego Pilcha.

Ostatnio zaprzeczał, że jest Krakaurem, ale mówił mi też tak: - Jak przyjechałem do Krakowa, widziałem klepsydry informujące o mszach świętych za duszę Stanisława Wyspiańskiego i Lucjana Rydla. I dzięki temu nie przewróciło się nam w głowie, wiedzieliśmy, że czas się od nas nie zaczyna. My do tradycji staraliśmy się dołożyć swoją cegiełkę. Wierzę też w fenomen małych miast. Ptaki, które wyfruwają z małych gniazd w wielki świat, muszą być mocne. Bo duże miasta to są złote klatki i drogi zbyt łatwe. Kiedy ja, chłopiec z małego miasteczka, przyjechałem do Krakowa, uznałem za swój pierwszy finansowy sukces to, że mogłem kupić nie jedną, ale dwie fasolki po bretońsku, w dawnym barze Piccolo, naprzeciw Starego Teatru. To było i jest dalej moje bogactwo.

Miejsce, gdzie zmarł kochał wyjątkowo. To Kowal na Kujawach, gdzie urodził się Kazimierz Wielki. Wieś Krzewęt, gdzie mieszkał, pokazywał na zdjęciach. Wspaniały widok z okna na jezioro i krótką kładkę nazywał swoim lustrem.

- Siedzę na tarasie, piję pilsnerka. Widzę, jak ktoś z okolicznych kosi trawę. To krzyczę do niego: chodź do mnie! Co będziesz kosił, piwka się napijemy.

O odchodzących przyjaciołach powiedział:

- Odfruwają chłopcy. A ja wciąż tutaj – na płocie.