Kto myślał, że Marek Suski, mówiąc kilka dni temu, że Polacy będą walczyli z „okupacją brukselską", powiedział ostatnie słowo, okazał się we wtorek człowiekiem małej wiary. Tłumacząc się bowiem z tej wypowiedzi w RMF FM, poseł poszedł znacznie dalej. Pytany, czy na serio porównuje Unię Europejską do III Rzeszy, odparł: „Nie mówię, że jest taka sama, ale pewne elementy pojawiły się takie jak przed II wojną światową. Też mówiono, że mamy oddać eksterytorialny korytarz, a teraz żądają od nas, że mamy uznać wyższość prawa europejskiego nad prawem polskim, a jak nie, to zostaniemy ukarani. Jak Polska nie padnie na kolana i nie stanie się pewnym landem, to będziemy karani" – mówił. I ciągnął: „A że użyłem rzeczywiście ostrych słów, to po to właśnie, żeby dotarło do Brukseli, że my się nie zgodzimy na takie traktowanie, nie jesteśmy podludźmi".

Suski twierdzi więc, że nie porównuje Unii Europejskiej do III Rzeszy, ale snuje dokładnie takie porównania – odwołując się do historycznych skojarzeń z korytarzem, okupacją, podludźmi. Te obrazy działają na wyobraźnię znacznie bardziej niż racjonalne i skomplikowane argumentacje. I taki jest ich cel. Czy można sobie wyobrazić w Polsce mocniejsze porównanie? Czy w naszym polskim imaginarium istnieje gorszy archetyp niż korytarz przez Pomorze, okupacja czy rasowo motywowane ludobójstwo polskiego narodu? Nie, poseł Suski doszedł do ściany. Tu polski język się kończy. Dalej jest już tylko przemoc. W dodatku, relatywizując ogrom cierpień, jakich Polska doznała podczas drugiej wojny ze strony Niemiec i Sowietów, plując na pamięć milionów polskich ofiar niezliczonych zbrodni XX wieku, bawi się historycznymi porównaniami w bieżącej politycznej wojence rządu PiS z Komisją Europejską.

Przyszłość Polski w UE to zbyt ważna sprawa, by zostawiać ją w rękach takich postaci jak poseł Suski.

PiS radykalizuje język (przypomnijmy wypowiedź Ryszarda Terleckiego o tym, że Brytyjczycy odrzucili brukselski dyktat), bo nie potrafi wyjść z twarzą z konfliktu, do którego doprowadził swoją polityką. Wiedząc, że jest na przegranej pozycji w sporze o praworządność, PiS musi swego wroga maksymalnie demonizować. Przegrana ze smokiem nie jest bowiem takim wstydem jak z wiatrakiem.

Ale to krótkowzroczna polityka. Pokazuje to choćby publikowany we wtorek w „Rzeczpospolitej" sondaż IBRiS, który jasno pokazuje, że rośnie lęk Polaków przed polexitem. Choć wciąż przeważają ci, którzy się tego nie boją (głównie to wyborcy PiS), ledwie dziesięć miesięcy temu różnica między tymi, którzy nie boją się polexitu, a tymi, którzy żywią takie obawy, wynosiła ponad 13 pkt proc. Dziś zmalała do trzech. Z publikowanego w środę sondażu wynika zaś, że niecałe 10 proc. badanych uważa, że członkostwo w UE ma więcej wad niż zalet. O tym, że zalety przeważają, przekonanych jest dwie trzecie badanych.

Jednak próba przekonywania posła Suskiego mija się z celem. Dziś trzeba wezwać do odpowiedzi prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego i postawić kilka pytań: czy Suski i Terlecki mówią to, co Pan naprawdę myśli? Czy to oficjalne stanowisko Pana partii, że członkostwo Polski w UE przypomina niemiecką okupację?

Jeśli tak, to znaczy, że środkiem wyzwolenia się z okupacji jest chyba tylko polexit. A jeśli nie, po co PiS dziś wywołuje demony przeszłości, po co sieje nienawiść, po co szczuje na Unię? Przyszłość Polski w UE to zbyt ważna sprawa, by zostawiać ją w rękach takich postaci jak poseł Suski.