Odpowiedzialność za ten stan rzeczy w znacznym stopniu ponosi Lech Kaczyński i jego otoczenie – na temat niechęci prezydenta do poddawania się zabiegom PR-owskim wypisano już litry atramentu i w dobie wirtualnej demokracji ponosi tylko konsekwencje swego postępowania.

Lech Kaczyński ma też spore osiągnięcia w zrażaniu do siebie różnych środowisk i ludzi, którzy niekoniecznie na początku byli jego wrogami. Wszystko to prawda, ale jego kiepski wizerunek to także plon ciężkiej pracy części mediów, które uważnie tropią każde potknięcie Pałacu Prezydenckiego i kpią z każdego wystąpienia Lecha Kaczyńskiego.

Z rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy ci sami dziennikarze taktownie milczeli, kiedy Aleksander Kwaśniewski zataczał się na grobach polskich żołnierzy w Charkowie, albo przekonywali, że ówczesny prezydent nigdy żadnego Ałganowa nie widział.

Trudno też oprzeć się wrażeniu, że głównym wrogiem Platformy Obywatelskiej jest dziś Lech Kaczyński i że to jego działania politycy PO starają się najmocniej dyskredytować. Część mediów zaś, niechętnych zarówno Prawu i Sprawiedliwości, jak i prezydentowi, bierze to za dobrą monetę.

W ten sposób nietrudno o obraz, na którym PiS "się awanturuje", a prezydent działa na korzyść partii swego brata (nawet jeśli takie zarzuty są częściowo uzasadnione).

Przypominam sobie jeszcze sondaż "Rzeczpospolitej" dotyczący ostatniego – tak wyszydzonego przez część mediów – wystąpienia prezydenta. Okazuje się, że aż 46 proc. Polaków z przyjemnością obejrzało nagranie, na którym w sposób łopatologiczny Lech Kaczyński wyjaśnił swoje stanowisko w sprawie ratyfikacji traktatu lizbońskiego.

Czy wcześniej z którejś telewizji widzowie dowiedzieli się, dlaczego – zdaniem prezydenta – tak istotne jest wpisanie ustaleń z Brukseli do ustawy ratyfikacyjnej? Gdy słucham w mediach kpin ze "spotu", przypominają mi się słowa z "Rewizora" Gogola: z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie.

Skomentuj na blog.rp.pl/lichocka