W wielkim tekście zatytułowanym "Witajcie w krainie Judasza" Adam Szostkiewicz odkrywa, że zarówno w książce "SB a Lech Wałęsa", jak i w filmie "Trzech kumpli" "nie chodzi wcale o prawdę o Wałęsie czy o sprawie Pyjasa, tylko upowszechnienie "prawdziwej" (czyli fałszywej – przyp. B.W.) historii opozycji i przejścia do niepodległości".

W historii tej bohaterami są – pisze Szostkiewicz – Kaczyńscy, Macierewicz i Wildstein, a zdrajcami okazują się Kuroń, Michnik czy Mazowiecki. Wprawdzie postaci tych (poza niżej podpisanym i małym epizodem z Michnikiem) w filmie nie ma, ale przed sokolim wzrokiem Szostkiewicza nie ukryją się nawet najgłębiej skrywane intencje autorek.

Nie pierwszy raz Szostkiewicz występuje jako ekspert od genezy opozycji w Krakowie w latach 70. Ponieważ jednak był on ekspertem nieco oddalonym, to i obraz przez niego widziany wydaje się jakby skrzywiony. I to w odniesieniu zarówno do tamtych, jak i do obecnych czasów. Nie chciałbym jednak doszukiwać się w tym elementów premedytacji.

Szostkiewicz zauważa słusznie: "nie wszystko jest polityką". Dlatego nie rozumiem, jak film, który jest opowieścią o zdradzie, śmierci i lojalności, może on widzieć wyłącznie jako instrument w doraźnych grach politycznych. Być może to element szerszego zjawiska. Jeśli ujawnienie prawdy historycznej traktuje się u nas jako brudną grę polityczną, to i pokazanie niewygodnych faktów załatwia się stygmatem "polityczności". A co dopiero wyciągnięcie z tego wniosków...

W takiej perspektywie zatajanie faktów musi się jawić jako "Dobro".

"Czy mamy budować naszą tożsamość wokół Zdrady czy wokół Dobra, które zwyciężyło nad złem?" – zapytuje patetycznie Szostkiewicz. Bardzo to znamienne przesunięcie znaczeń. Ujawnienie zdrady zostaje utożsamione z samą zdradą, a dobro polega na amnezji. Oczywiście to głęboko etyczny zabieg, który z polityką ("Polityką"?) nie ma nic wspólnego.

Skomentuj na blog.rp.pl/wildstein