Czas widocznie działa na jego korzyść i zapominamy mu ataki „choroby filipińskiej", które tak trapiły go przed ostatnimi wyborami.

Zapominamy je, tak jak wcześniej zapomnieliśmy mu kompromitację na grobach polskich oficerów w Charkowie, reklamę mebli szwagra, dwuznaczne finansowe operacje, oszustwa w sprawie wykształcenia i tym podobne.

A może przysłoniły je takie osiągnięcia, jak zawetowanie reformy finansów przygotowanej przez ministra Balcerowicza i przyjętej przez parlament, która stawiałaby nas dziś w dużo lepszej sytuacji gospodarczej?

Do takich osiągnięć należało również uniemożliwienie reprywatyzacji, która wprawdzie była sprawiedliwa i w efekcie korzystna dla Polski, ale tworzyłaby nową grupę właścicieli niezwiązanych ze światem Kwaśniewskiego. Jego towarzysze zawsze mogli na niego liczyć: czy to jako obrońcy przywilejów ubeckich, czy gdy ich zasługi dla PRL honorował orderami niepodległego już państwa.

Chwalcy Kwaśniewskiego podnoszą, że „wprowadził" nas do NATO i UE. Wprawdzie nieomal wszystkie kraje dawnego bloku weszły do tych organizacji, a na rzecz naszego akcesu działały wszystkie rządy, ale zgodzić się trzeba, że również Kwaśniewski się do tego dołożył. Czy to jednak wystarczy, aby czynić z niego męża stanu?

Kiedy „Wyborcza" z poświęceniem tropiła zleceniodawców Lwa Rywina, on sam w gronie setek innych biznesmenów bawił na urodzinach Kwaśniewskiego i składał się na obraz Kossaka dla prezydenta. Gdy sprawa wybuchła, prezydent zakazał członkom swojej kancelarii nieoficjalnych kontaktów ze światem biznesu. Czy to wystarczy, aby uznać Kwaśniewskiego za czołowego wroga korupcji?

[ramka][link=http://blog.rp.pl/wildstein/2009/02/18/maz-stanu-jako-faworyt/]Skomentuj[/link][/ramka]