Reklama

Zakazać treści, których nie lubię...

Fundacja Helsińska uznała, że trzy telewizje, które odmówiły emisji spotu reklamowego „Gazety Polskiej Codziennej” naruszyły wolności debaty publicznej.

Aktualizacja: 13.09.2011 15:45 Publikacja: 13.09.2011 15:40

Ewa Siedlecka z „GW" krytykuje Fundację, bo jej zdaniem klip „naruszał zasady współżycia społecznego" poprzez „wywoływanie strachu i epatowanie przemocą". A w ogóle emisji nie zakazała władza, tylko firmy medialne – więc problemu nie ma.

Czy raczej jakiś tam jest – bo Siedlecka zauważa, że efektem przyjęcia takiego założenia mogłyby być np. sytuacje, w których rasistowski restaurator odmawiałby obsłużenia Murzyna, a ten nie mógłby się na to poskarżyć – ale ogólnie spot „GPC" jest taką potwornością, że uzasadnia to przyjęcie na siebie takiego ryzyka. Poza tym (w odróżnieniu od hipotetycznego przypadku restauratora) uznanie za niedopuszczalne klipu „GPC" „nie jest jakąś ekstrawagancją czy przejawem stronniczości, ale reakcją zgodną z przeciętną wrażliwością moralną".

Za wzorzec „przeciętnej wrażliwości" zostaje tu milcząco przyjęta wrażliwość Siedleckiej. To znamienne, ale nie najważniejsze w tej sprawie. Tak samo jak nie najważniejszy, choć znamienny (i dodajmy – dla mnie paskudny) jest chwyt erystyczny, jakiego dopuszcza się autorka „GW" – porównująca dwóch młodych ludzi występujących w spocie do... blondynka z Hitlerjugend ze słynnego „Kabaretu". Nie najważniejsze jest również i to, iż Siedlecka nie zauważa, że jedną z „firm medialnych" które odmówiły emisji spotu, była TVP – a przecież medium publiczne ma większe niż prywatne obowiązki przestrzegania zasady wolności debaty.

Kluczowe natomiast są dwa aspekty sprawy. Pierwszy – przyjęcie zasady, że „firmy medialne" mogą wszystko (a mimo wszystkich wygibasów do tego sprowadza się argumentacja Siedleckiej) w konkretnej polskiej sytuacji drastycznej polityczno-ideowej dysproporcji na medialnym rynku oznaczałoby jeszcze dalej idącą informacyjną dyskryminację nieliberalnej strony sceny.

I aspekt drugi. Kardynalną zasadą demokracji, bez przestrzegania której ten system stacza się w stronę rządów oligarchicznych, jest założenie, że debacie publicznej założyć można tylko niezwykle ograniczone wędzidła. Czyli – katalog treści, które powodują ograniczenie swobody tej debaty, ma być bardzo ograniczony i bardzo precyzyjnie opisany.

Reklama
Reklama

A Siedlecka proponuje coś dokładnie odwrotnego - zgodę na to, by ograniczenie debaty było praktyką w zasadzie powszechną. Bo jeśli ograniczać debatę ma nie precyzyjny, prawny katalog bardzo konkretnych treści, tylko „wrażliwość" tych, którzy mają możliwości tę debatę ograniczyć, to...

To niestety oznacza, że demokratyczny zmysł publicystki „GW" ustępuje przed jej chęcią zapewnienia realnego monopolu dla treści ideowo-politycznych, z którymi ona się utożsamia. Czyli – przykro to powiedzieć – Siedlecka w miękkiej i zawoalowanej formie proponuje usankcjonowanie w naszym kraju ideologicznej dyktatury typu soft.

Komentarze
Zuzanna Dąbrowska: Bez przeszłości i bez idei, czyli rozłam w Polsce 2050
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Komentarze
Joanna Ćwiek-Świdecka: Czy SOR to musi być horror?
Komentarze
Bogusław Chrabota: Polski SAFE bez Europy się nie uda
Komentarze
Artur Bartkiewicz: Dlaczego Jarosław Kaczyński może stracić, atakując Niemców?
Materiał Promocyjny
Ikona miejskiego stylu życia w centrum Gdańska
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama