Emisja była upiększona takimi kwiatkami jak głowa widza przesuwająca się na tle wojennych scen. Kinowego widza. Takie były kulisy tego "cudu".

Tę opowieść dedykuję Robertowi Gwiazdowskiemu, który wezwał nas wczoraj w tym miejscu do rozróżnienia między podróbką a powielaniem. I ogłosił, że tzw. ochrona własności intelektualnej to relikt kultury cenzorów, a dawniej było przecież inaczej.

W przypadku wspomnianej  rosyjskiej stacji nie mieliśmy do czynienia z podszywaniem się pod nikogo. Było przecież wiadomo, że to TEN "Szeregowiec Ryan" TEGO Spielberga. A jednak gdy oglądamy w rosyjskich telewizjach filmy z napisami rodem z polskich wypożyczalni wideo, mamy prawo uznać, że cokolwiek to wschodnie obyczaje.

Argument, że kiedyś własności intelektualnej nie chroniono, do mnie nie trafia. Kiedyś w państwach europejskich cała ziemia należała do władcy. Stopniowo obdarzał prawem własności poddanych. W Rosji były z tym kłopoty do końca. Czy znany ekonomiczny liberał Gwiazdowski ogłosi, że wobec tego wszystko powinno dziś być wspólne? Czyli państwowe?

To nie znaczy, że nie widzę w obecnej interpretacji pojęcia własności intelektualnej luk i kłopotów. Widzę, ale prosta deklaracja lewicowca Jacka Żakowskiego, że to jest tak jak z książkami w bibliotece, które wszyscy mogą sobie czytać, mnie nie zadowala. Wyobrażam sobie  Żakowskiego (który przynajmniej jest zgodny ze swą ideologią) czy Gwiazdowskiego (który szuka najwyraźniej popularności wśród internautów, bo cała sprawa dotyczy nieszczęsnej umowy ACTA), jak się zrzeka swoich honorariów. W imię powszechnej dostępności.

Mój głos nie jest głosem za tą  umową. Jako współgospodarz  internetowego portalu wPolityce.pl dostrzegam związane z niejasnymi zapisami tego aktu zagrożenia.  Bardzo rzadko zgadzam się  z "Wyborczą", a tym razem prawna komentatorka tego organu Ewa  Siedlecka wyraziła i moje obawy. O stan obywatelskich wolności.

Ale krzyk: skończmy z uciążliwym prawem własności, wydaje mi się zbyt prosty. Na koniec jeszcze jedna wizja: pan Gwiazdowski inwestuje w dom, dba o posiadłość, a ja potem zasiedlam mu ogródek. Grodzenie przestrzeni jest przecież XVI-wieczne.

Autor jest publicystą  tygodnika "Uważam Rze"