- Do czasu ratyfikacji, w trybie konsultacji i przy pomocy ekspertów będziemy analizowali każdą literkę, żeby nie było podejrzeń, że ACTA wymuszają jakiekolwiek zmiany, które zagrażają wolności w internecie. Jeśli naprawdę będzie uzasadniona opinia, że umowa ACTA to zagrożenie dla wolności, to nie wniesiemy tej umowy pod ratyfikację - zapowiedział Tusk.

- Nie wolno nam wejść w procedurę ratyfikacyjną, jeśli nie rozproszymy wszystkich wątpliwości - zgodził się z nim Boni.

Są to deklaracje, łagodnie mówiąc, zdumiewające. Bo - nie wchodząc w kwestię, czy ACTA zawiera słuszne, czy niesłuszne rozwiązania - warto przypomnieć, że to ten rząd długo negocjował treść umowy. To chyba dość oczywiste, że to wtedy był czas na "analizowanie każdej literki" i wyrobienie sobie zdanie, czy tworzone przepisy zagrażają, czy nie zagrażają wolności.

Zapowiedź, że dopiero teraz - po podpisaniu! - rząd zacznie sprawdzać, co właściwie podpisał, jest kompromitująca. A gdyby - teoretycznie - rząd zdecydował się nie przedstawiać do ratyfikacji wynegocjowanego i podpisanego przez siebie dokumentu, byłoby to jeszcze bardziej kuriozalne.

Taka możliwość jest chyba tylko teoretyczna, bo tak naprawdę i premier, i jego minister chcą tylko wylać oliwę na fale społecznego protestu, który nieoczekiwanie wybuchł w sprawie ACTA. Kiedy nastroje się uspokoją, kiedy internauci zejdą z ulic - myślą rządzący - będzie można cichutko ratyfikować umowę.

I mogą mieć rację, bo jak dotąd rządowa maszynka, oparta na krótkiej pamięci Polaków, działała efektywnie. Może i obecnie za parę tygodni tych, którzy w tej chwili protestują, zajmie coś innego. Ale nie zmieni to faktu, że premier i minister deklarują teraz, że w imieniu Polski podpisali coś, czego treści, a przynajmniej implikacji nie znali.

Panowie, tak po prostu: nie jest wam głupio?