Szybko postawili na swoim. Zgromadzenie Narodowe zmieniło definicję małżeństwa, w której nie ma już mowy o związku kobiety i mężczyzny. Jest związek dwóch osób.
Za tą zmianą pójdą następne – dopuszczenie adopcji dzieci przez pary tej samej płci.
To wszystko dzieje się ledwie kilkanaście lat po wprowadzeniu rejestrowanych związków partnerskich (PACS). Dzięki nim pary tej samej płci mają prawa podatkowe i do dziedziczenia podobne jak małżeństwa.
Trudno mówić o Francji jako o kraju prześladującym gejów i lesbijki. Argument o okrucieństwie posłów, którzy nie pozwalają chorym partnerom odwiedzać się w szpitalu, tam nie działa. Nie są na miejscu także argumenty mówiące o braku wrażliwości na inność.
PACS mógłby być ostatecznym kompromisem, trudnym dla ludzi wierzących i konserwatystów. Ale jednak kompromisem.
Narzucanie „małżeństwa dla wszystkich” nie tylko rani głębokie przekonania znacznej części społeczeństwa. Jest też niekonsekwentne, niezgodne z lansowanym przez środowiska liberalne ideałem: małżeństwa dla nikogo (niech żyje kocia łapa).
Skąd zatem ta determinacja, by pójść dalej, niż sięga PACS?
Dlaczego socjalistom brakuje wrażliwości na inną inność – tradycji i poglądów? Dlaczego brakuje wrażliwości na cudzą wrażliwość wobec i nstytucji rodziny? Może także dlatego, że łatwiej skupić uwagę społeczeństwa na zmianach światopoglądowych, niż zmniejszyć bezrobocie. Francja pod rządami socjalistów daje lekcję innym krajom. Zmiany, uchodzące za postępowe, nie mają końca. Kompromis dla lewicy nie istnieje.