Z jednej strony dowodzą tego rachityczne sankcje wobec Rosji po zajęciu Krymu, z drugiej ?– jednoznaczna deklaracja amerykańskiego prezydenta, że nie będzie militarnego angażowania się USA na Ukrainie. Do tego wycofanie się Zachodu z zadeklarowanego w Bukareszcie otwarcia Ukraińcom drzwi do NATO, a nawet wykluczenie wspólnych z Kijowem ćwiczeń wojskowych na terenie Ukrainy! Jednocześnie John Kerry nie wypowiada się stanowczo w sprawie forsowanej przez Rosjan idei federalizacji Ukrainy, choć, mając jak na dłoni kolejny dowód ingerowania przez Moskwę w sprawy wewnętrzne sąsiada, powinien wyjść, trzaskając drzwiami. Nic takiego się nie wydarzyło, co więcej, NATO (a więc Ameryka) poważnie rozważa wzmocnienie swojej obecności na wschodnich rubieżach sojuszu. Zyska na tym niewątpliwie Warszawa, zyskają kraje nadbałtyckie. Co zyska Ukraina? Nic. Może za to zostać po przeciwnej stronie czegoś, co nazwiemy metaforycznie kurtyną czy czymkolwiek, a w istocie będzie szczelną granicą strefy wpływów sojuszu atlantyckiego. Taka Ukraina będzie narażona na permanentne nękanie ze strony Rosji.