Fakt, związki zawodowe mogą protestować, bo nie muszą brać odpowiedzialności za państwo, które w ostatnich latach wpompowało miliardy złotych w nierentowne kopalnie.
Gdyby rzeczywiście doszło do ogólnopolskich protestów, wspartych przez opozycję, rząd znalazłby się w kryzysowej sytuacji. Strajk generalny w roku wyborczym to czarny sen każdego premiera.
Paradoksalnie jednak, zaostrzając język, związkowcy rzucili rządowi koło ratunkowe. Szef „Solidarności" Piotr Duda mówił w środę do posłów ze Śląska, którzy poparliby rządowy plan reform: „Znamy wasze adresy, immunitet wam nie pomoże".
Co innego spierać się z rządem, co innego protestować, a co innego sugerować użycie przemocy wobec polityków.
Jeśli część ludzi współczuła tracącym pracę górnikom, to po pogróżkach związkowców może zmienić zdanie. Tym bardziej że spadające ceny węgla, wysokie koszty wydobycia oraz widmo bankructwa zatrudniającej 50 tys. osób Kompanii Węglowej to fakty. Tymczasem związkowcy i opozycja zachowują się tak, jakby nic się nie stało, a państwo miało nieskończone zapasy pieniędzy na pokrycie strat kopalń.
Prawdą jest, że kryzys w górnictwie jest również efektem wieloletnich zaniedbań rządzących. Gdzie jest dziś wicepremier Janusz Piechociński, którego partia od lat sprawuje nadzór nad górnictwem? Gdzie jest były szef PO Donald Tusk, który jeszcze wiosną obiecywał na Śląsku, że rząd będzie ratował wszystkie kopalnie?
W dodatku trudno nie odnieść wrażenia, że strona rządowa fatalnie prowadzi negocjacje.
Tylko czy winy Platformy sprawiają, że nie powinno się reformować polskiego górnictwa? Sytuację świetnie spuentował na Twitterze Leszek Balcerowicz: „Po Tusku górnicy mogą się czuć oszukani. Ale to nie powód, by ładować miliardy w niewydajne kopalnie i popierać podobne deklaracje Kaczyńskiego".