Solidarna Polska znowu chce przekonać opinię publiczną, że członkostwo w UE nam się nie bardzo opłaca. Z grafik przedstawionych na poniedziałkowej konferencji prasowej wynikać ma, że „bilans finansowy Polski w UE" jest niekorzystny, a „całkowite straty dla Polski w okresie 2004–2020 wynoszą ok. 532 mld zł".

Nieprzychylne recenzje

Raport, przygotowany m.in. przez prof. Zbigniewa Krysiaka z SGH, prezesa Instytutu Myśli Schumana, uwzględnia z jednej strony napływ środków z budżetu UE do Polski (które są na plus), z drugiej zaś – transfery zysków firm zagranicznych do krajów UE (pomniejszone o transfery zysków polskich firm do Polski, a które są na minus) oraz saldo eksportu i importu z UE (które tylko w ostatnich latach było na plus).

Czytaj więcej

BCC: Panie premierze, niech pan wycofa! To kosztowny konflikt z UE

Jak wyjaśniał Krysiak, wyniki pokazują, że wartość dostępu do polskiego rynku jest dużo wyższa niż to, co otrzymujemy z Unii Europejskiej, a by wyrównać „straty" powinniśmy dostawać z UE ok. 30 mld zł więcej.

Na Twitterze raport Solidarnej Polski zebrał, delikatnie mówiąc, niepochlebne recenzje. Ekonomiści zarzucają, że nie ma on nic wspólnego z rzetelnym bilansem naszego członkostwa w UE, nie uwzględnia wielu czynników, a nawet, że ociera się o kłamstwo, jak uznał choćby Andrzej Bratkowski, były członek RPP.

– To jest kuriozalne, selektywnie dobrane zestawienie różnych danych, mających potwierdzić jakąś tezę – mówi „Rzeczpospolitej" Sławomir Dudek, główny ekonomista Fundacji FOR. Jak podkreśla, bilansu płatniczego Polski nie trzeba wymyślać na nowo, co zdaje się robić prof. Krysiak, bo takie analizy prowadzi Narodowy Bank Polski. I co ważne, wynika z nich, że jeśli chodzi o rozliczenia z zagranicą, to już w okolicach 2013 r. z kraju wcześniej deficytowego Polska stała się krajem nadwyżkowym.

Zdaniem Dudka merytorycznym błędem jest również skupienie się jedynie na transferze zysków firm zagranicznych. – To, że przedsiębiorcy odbierają dywidendę z zainwestowanego kapitału, jest zupełnie naturalne. A jeśli już chcemy to wskazywać jako stratę, to po drugiej stronie równania należałoby postawić to, co zostaje w Polsce, czyli inwestycje firm zagranicznych, które wybudowały setki fabryk i stworzyły miliony miejsc pracy – podkreśla ekonomista.

Autopromocja
RADAR.RP.PL

Przemysł obronny, kontrakty, przetargi, analizy, komentarze

CZYTAJ WIĘCEJ

1,2 bln zł na pensje

W zestawieniu Solidarnej Polski łączne skumulowane saldo transferów zysków do krajów UE w latach 2004–2020 to 981 mld zł. Z kolei z badań NBP wynika, że do 2019 r. napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych (w różnej formie – zakupów akcji czy budowy zakładu od podstaw) wyniósł 890 mld zł, z czego z krajów UE – 820 mld zł.

Z danych GUS wynika zaś, że obecnie w firmach z kapitałem zagranicznym pracuje ponad 2 mln osób. Gdyby założyć, że średnio zarabiają oni tyle, ile wynosi przeciętne wynagrodzenie w gospodarce, to w ciągu ubiegłego roku do tych osób trafiło ok. 130 mld zł w formie płacy brutto. Z wyliczeń „Rz" wynika, że od 2004 do 2020 r. mogła to być już kwota ponad 1,2 bln zł. Warto też podkreślić, że zagraniczne przedsiębiorstwa nie tylko transferują swoje dywidendy do krajów macierzystych, ale też część z tych zysków reinwestują w Polsce. Łącznie nakłady inwestycyjne tego typu firm w latach 2004–2020 wyniosły 970 mld zł.

Wspólne korzyści

– Trzeba mieć świadomość, że za transferowanymi zyskami firm zagranicznych stoją też namacalne inwestycje w realną gospodarkę, miejsca pracy, wynagrodzenia, wszystko co wnosi wartość dodaną do naszego PKB – zaznacza też Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Patrząc z takiego punktu widzenia, bilans obecności firm zagranicznych jest korzystny dla obu stron – dodaje.

Zdaniem Kozłowskiego także w bilansie członkostwa w UE, wbrew wyliczeniom Solidarnej Polski, również nie jesteśmy na minusie. – Warto się zastanowić, w jakim miejscu rozwoju bylibyśmy bez dostępu do jednolitego rynku? Saldo musi uwzględniać dwie strony – nasze firmy też na tym zyskują, choćby w formie znaczącego wzrostu możliwość eksportu towarów i usług czy poprawy pozycji w globalnym łańcuchu wartości – zaznacza Kozłowski.