Ekonomiści nie dopuszczają najczarniejszego scenariusza, ale go nie wykluczają. Nie są zgodni, co mogłoby być bezpośrednią przyczyną katastrofy. – Jedynym realnym powodem dla mnie byłoby wystąpienie ze strefy i z Unii najsilniejszych gospodarek, czyli Niemiec, Francji i innych – wyjaśnia prof. Witold Orłowski, ekonomista PwC.
Co może się wydarzyć?
1
- Nastąpi załamanie wymiany handlowej. Dziś kraje Wspólnoty mogą swobodnie sprzedawać towary w ramach UE, przywrócenie granic oznacza utrudnienia, a nawet paraliż eksportu. Problemy ze zbytem towarów będą miały negatywne skutki dla gospodarki.
2
- Silne firmy będą mogły sobie pozwolić na wstrzymanie dostaw i przez jakiś czas produkowanie towarów do magazynów. Małe, uzależnione w większym stopniu od eksportu, czekają finansowe tarapaty, z których mogą się nie podnieść. Może nastąpić fala upadłości przedsiębiorstw.
3
- W jednym i drugim wypadku nastąpi wzrost bezrobocia. Firmy, by przetrwać, będą się starały za wszelką cenę znaleźć oszczędności, a pierwszym krokiem będzie cięcie etatów. Tym bardziej że całemu zamieszaniu będzie towarzyszyła dewaluacja walut i wysoka inflacja.
4
- Wzrost cen towarów ograniczy możliwości zakupowe ludzi. W ocenie przedsiębiorcy Andrzeja Bliklego niewykluczone, że firmy będą musiały się dostosować do zmieniających się warunków i przemodelować produkcję. – Kryzys może sprawić, że nie będzie popytu na drogie towary, firmy będą musiały poszukiwać tanich surowców i produkować tańsze wyroby, na które będzie zbyt – wyjaśnia Blikle.
5
- Koniec strefy euro i UE oznacza zakręcenie kurka z pieniędzmi z Brukseli. W kolejnych latach mieliśmy dostać na inwestycje około 300 mld zł. Pieniądze te miały pójść na budowę dróg i autostrad, unowocześnianie wsi, inwestycje w naukę i innowacje. Ich brak oznaczałby wstrzymanie inwestycji, bo w kasie państwa nie ma takich pieniędzy, by móc kontynuować programy inwestycyjne realizowane dziś dzięki środkom z UE.
– Rozpad strefy euro oznaczałby katastrofę dla krajów zachodniej Europy, ale także dla państw naszego regionu – twierdzi prof. Witold Orłowski. – Silna recesja, wysoka inflacja w słabych krajach, dewaluacja walut w stosunku np. do nowej niemieckiej marki – to oznaczałoby destabilizację gospodarczą wielu krajów i dotknęłoby także Polski, która mogłaby mieć problemy ze sprzedażą towarów. Złoty by się osłabił, trudno byłoby zapanować nad rosnącym deficytem i zadłużeniem.
Jeśli nikt nie chciałby nam pożyczyć pieniędzy, wydatki państwa zostałyby obcięte, a podatki poszybowałyby w górę.