Jaki będzie ten rok w gospodarce? Bank Światowy właśnie mocno ściął prognozę dla Polski.?

To zależy od tego, co będzie z cenami surowców energetycznych. Jeśli Amerykanom uda się rewolucja podażowa, czyli przyspieszą eksport gazu łupkowego, to będzie to dobra wiadomość dla świata. A jeżeli próby pozyskania dużych ilości ropy z łupków okażą się skuteczne, to będzie to najlepsza wiadomość dla świata, bo pozwoli szybciej wyjść z recesji. Nowe, tanie źródła surowców energetycznych zawsze powodują ożywienie gospodarcze. Europa na tym skorzysta. A Polska? Tu tak prostej zależności nie ma, bo mamy komponent kursowy, więc nie wiadomo jak to przełoży się na nasza inflację.

To znaczy?

Nasz komponent kursowy jest w dużej mierze uzależniony od krótkoterminowych przepływów kapitału. Jeżeli zagraniczni inwestorzy kontrolują w Polsce 53 proc. rynku obligacji, a w kapitale napływającym do kraju 70 proc. to krótkoterminowy, czasami nazywany spekulacyjnym, to może mieć to wpływ na inflację, jeśli zagranica zacznie się wycofywać i pozbywać złotówki.

A grozi nam to?

Może rozpocząć się gra na osłabienie złotego, bo gospodarka zwalnia. Rynki finansowe będą po pierwszym kwartale wiedziały, że dużo więcej obniżek stóp procentowych w Polsce nie będzie. Zysk do zrealizowania na obligacjach będzie mały, a gdyby spróbować zagrać na kursie złotego, to może uda się zarobić.

Ale po co?

Instytucje finansowe są głównie zainteresowane zmiennością na rynku finansowym, czyli zarabianiem na wahaniach instrumentów finansowych. Także banki zarabiają znaczącą część swoich przychodów na kursie złotego – obroty na rynku walutowym w Polsce to około 3 mld euro dziennie i to tylko na rynku spot, a handluje się też instrumentami pochodnymi, gdzie obroty mogą być dużo wyższe. Dodatkowo duża część portfeli banków jest zaangażowana w obligacje. Gdy stopy procentowe spadają, to zysk (nawet jeśli jest papierowy) jest wykazywany w bilansach i pracownicy dostają premie. Im szybciej spadają stopy procentowe w porównaniu z poziomem rentowności po których nabyto obligacje, tym większy zysk. Kupiliśmy np. po pięć procent, a po jakimś czasie rentowności są po 3,8 proc. Stopy zwrotu funduszy obligacji w Polsce wyniosła 10 proc. w 2012 r. W USA w ciągu dwóch ostatnich lat było zyski na obligacjach wyniosły około 30 proc. Dlatego, jeśli nie będzie dalszych obniżek stóp, to może się zacząć gra na osłabienie złotego. A obniżek może nie być tak wiele, bo prognozy inflacji wcale nie są takie pewne, gdyż zależą od kursu. Kółko zależności się zamyka i można kalkulować, która strategia spekulacji będzie korzystniejsza dla inwestorów.

Dlatego między innymi powinniśmy przyjąć euro?

Autopromocja
#NowaRp.pl

Znacznie więcej niż wiedza

ZAPRENUMERUJ

Tak. Albo Polska wejdzie do strefy euro, unii bankowej i stanie się jednym z głównych krajów strefy euro, albo będziemy na obrzeżach Europy poddani przepływom rynku finansowego. Już raz ich doświadczyliśmy z dużymi stratami dla gospodarki. Mówię o opcjach walutowych w 2008 r., których przyczyny i skutki nie zostały podane do publicznej wiadomości, ponieważ raport na ten temat nie został do dziś ujawniony przez Kancelarię Premiera. Nam się wydaje, że polska gospodarka, polski rynek finansowy może być Wielką Brytanią bis. Nie będziemy Wielką Brytanią bis. Nigdy nie byliśmy i niestety nigdy nie będziemy. Na razie cieszymy się niskimi rentownościami, ale jak długo będą one niskie?

Stąd nagła wypowiedź pod koniec komisarz Janusza Lewandowskiego o euro w Polsce, stąd obecna dyskusja?

Żałuję, że komisarz Lewandowski nie głosił publicznie tych tez 1,5 roku temu. Wtedy trzeba było zauważyć, że integracja strefy euro zaczyna przyspieszać. Nie teoretycznie, ale praktycznie. Zamiast zastanawiać się nad możliwościami wejścia do Eurolandu, cieszyliśmy się, że Polska nie jest w strefie euro, bo musielibyśmy się składać na fundusz pomocowy Grecji. Tylko, że po tej zrzutce dla Grecji, Europejski Bank Centralny udzielił pożyczki 600 bankom strefy euro na kwotę 850 mld euro oprocentowanej 1 proc. rocznie na trzy lata. Taki jest koszt pozyskania pieniądza przez banki strefy euro. Koszt pozyskania pieniądza przez „czysto" polski bank PKO BP wynosi 6-7 proc. Czyli cieszymy się, że mamy drożej? Czysty absurd!

A kryteria, których nie spełniamy?

- Kryterium inflacyjne zależy obecnie od kursu walutowego. Długoterminowe stopy procentowe będą spadać, a kurs złotego się uspokoi, jeśli zaczniemy wejście do strefy euro. A najważniejsze kryteria fiskalne i tak mamy spełnić, niezależnie czy wejdziemy do strefy euro, czy nie. Taki jest wymóg procedury nadmiernego deficytu w UE. Cały czas spełniamy kryterium zadłużenia do PKB. Progu 60 proc. nie przekroczymy, o ile nie nastąpi coś złego, np. atak spekulacyjny na złotego. Kryterium deficytu sektora finansów publicznych nie spełniamy, niezależnie czy gospodarka rośnie 5 czy 1 proc. rocznie. Może więc wreszcie po 20 latach transformacji, nadszedł czas zająć się stroną wydatków sektora finansów publicznych w sposób systemowy.

Co to znaczy?

Mówię o systemowym, skonsolidowanym podejściu do polityki społecznej. Na przykład, w polskim prawie istnieją dwa kryteria, które powinny być brane pod uwagę przy przyznawaniu różnych świadczeń - dochodowe i majątkowe. Sprawdzane jest tylko to pierwsze, a pomijane drugie. W krajach, do których Polacy najczęściej emigrują – Wielkiej Brytanii, Irlandii i USA – egzekwowane jest właśnie kryterium majątkowe. W Polsce nie mamy systemu informacji o tym jakie instytucje udzielają pomocy poszczególnym osobom, czy rodzinom. U nas gmina sobie, powiat sobie, ZUS sobie. A są jeszcze świadczenia wynikające z różnych programów z budżetu centralnego. I zdarzają się sytuacje, że ludzie utrzymujący się ze świadczeń są bardziej bezpieczni finansowo niż osoby pracujące, zwłaszcza rodziny wielodzietne. To nie jest budowa rakiety kosmicznej, a skopiowanie rozwiązań, które istnieją. Bez wiedzy: na co wydajemy pieniądze i jakie to przynosi korzyści, nie jest możliwe racjonalne myślenie o tym, gdzie trzeba pieniądze dodać, a gdzie można zaoszczędzić. Mówię o rzeczach, od których należałoby zacząć tzw. reformę sektora publicznego. Drugim obszarem działań, z jakim nigdy się nie zmierzyliśmy to nieefektywności sektora publicznego. A te są u nas tak ogromne, że właściwie nie za bardzo wiadomo, od czego zacząć. Żaden rząd nie potrafił zrobić reformy Karty Nauczyciela, która prawdopodobnie jest niezgodna z konstytucją. Strach przed lobby nauczycielskim powoduje, że reforma została zepchnięta na poziom samorządu. Samorządy w końcu z trudem sobie poradzą, bo inaczej wydatki na oświatę wysadza w powietrze ich budżety. Tylko, że to jest rozwiązanie suboptymalne. Nie rozwiązujemy całościowo problemu, tylko przekazujemy problem w mikrozarządzanie i niektóre samorządy zrobią to lepiej, a niektóre gorzej. Podobnie sytuacja wygląda w ochronie zdrowia, ale z tym problemem samorządy sobie już nie poradzą, bo jest on zbyt skomplikowany ekonomicznie i finansowo.

Sektor publiczny to dla Pana w kontekście potrzebnych zmian także spółki z udziałem Skarbu Państwa...

Także. Najbliższy przykład, który wiąże się z nieefektywnością to Przedsiębiorstwo Państwowe Porty Lotnicze. Jeżeli LOT ma problem, to ten problem też wynika z tego, że macierzysty port lotniczy LOT-u nie był portem tanim, a cenę za to płaci LOT i podatnicy.

Jakie są możliwości potencjalnej recesji w Polsce?

Najbardziej ryzykowne jest to, co się dzieje z gospodarstwami domowymi. Mamy w tej chwili historycznie najgorszy trend konsumpcji gospodarstw domowych. On wynika ze złej polityki pieniężnej, która doprowadziła do utrzymywania się wysokiej inflacji przez ponad dwa lata. Silnik gospodarstw domowych słabnie, bo realne dochody maleją. Poziomu płac i wynagrodzeń w sektorze prywatnym podnieść się nie da, bo będzie to zabójcze dla polskich firm, które właśnie dzięki dobrej wydajności konkurują w kryzysie. W Polsce płace rosną w administracji i sektorze publicznym, i to powyżej płac rynkowych, np. w edukacji, a to już jest groźny absurd. Dlatego trzeba pilnować by inflacja spadała.

Tylko RPP i spadające stopy?

- Nie tylko. Ale jeżeli nie mamy wpływu na czynniki zewnętrzne, bo ceny ropy naftowej są poza naszą kontrolą, to powinniśmy pilnować stabilności kursu złotego. Nie jest to proste, bo oznacza, że trzeba wykonywać interwencje na rynku walutowym, co jest trudne, bo banki centralne z reguły przegrywają z rynkami prowadząc interwencję.  Moja rada jest taka, by po prostu szybko zrealizować wejście Polski do strefy euro, bo rynki finansowe będą się wtedy bały grać przeciwko złotemu. Istnieje też ryzyko, że zbyt długie zwlekanie z wejściem do strefy euro doprowadzi do zbyt silnego umocnienia złotego i utraty konkurencyjności przez polski eksport. Czyli ryzyko kursowe w Polsce jest w obie strony, a my stąpamy po coraz cieńszej linie. Prawdopodobnie do granicy 3,80 za euro nasz eksport zachowuje długoterminową konkurencyjność. Poziom 4 złote za euro byłby idealny dla polskiej gospodarki i łatwy w przeliczeniach, co pozwala konsumentom pilnować, żeby sprzedawcy nie kombinowali z cenami towarów i usług.

Nie przestrasza Pana zakres myślenia w kategoriach interwencjonizmu państwowego?

Na razie jeszcze go nie mamy. Ja myślę, że sam pomysł wynika z tego, że politycy są bardzo poddenerwowani sytuacją, w jakiej znajduje się polska gospodarka.

Udzieliłby Pan pomocy  LOT, czy pozwoliłby Pan zbankrutować?

Złożona sprawa, bo to nie jest tak, albo nie. Jeśli chcemy, a ja chciałbym, by w Polsce istniał centralny port lotniczy między Łodzią i Warszawą, to narodowy przewoźnik jest potrzebny. Ale jeżeli mówimy, że możemy operować via Berlin, to nie jest nam potrzebny LOT. Tylko ważne byśmy rozumieli konsekwencje podejmowanych decyzji dla całej gospodarki.

A Inwestycje Polskie...

Jeśli mamy wspierać inwestycje w rurociągi, które będą budowane pod gaz łupkowy, to tak. Rząd amerykański, co prawda trochę też innymi instrumentami, ale skrócił proces budowy rurociągu trzykrotnie, kiedy się okazało, że jest gaz łupkowy. Prywatnym firmom zagwarantowano stopy zwrotu, a biurokracji zakazano przeciągania procedur. Ja bym nie chciał, żeby państwo budowało rurociągi, ale by wsparło firmy prywatne. Popatrzmy jeszcze historycznie, gdyby został zbudowany rurociąg bałtycki (z Norwegii do Polski), to nie byłoby rurociągu północnego. I to my zablokowalibyśmy Rosję, a nie Rosja nas. Czy ktoś wtedy wykonywał takie analizy kosztów-korzyści w wariantowych scenariuszach i perspektywie 20-30 lat? A podobno nasi geolodzy od lat 50-tych wiedzieli o gazie łupkowym. Takie analizy są standardem na świecie. Dlatego jedne kraje potrafią liczyć pieniądze i staję się silne, a inne tracą pieniądze i szanse na rozwój.

Najgorsze rozwiązanie oczywiście to jest takie, gdy firmy państwowe realizują państwowe inwestycje.

Za państwowe pieniądze ...

Nie ma państwowych pieniędzy, to są prywatne pieniądze podatników.