Reklama

Thierry Klifa: Bogaci Francuzi nie chwalą się majątkiem

Wielkie pieniądze nie są w stanie ochronić cię przed smutkiem, samotnością, śmiercią – mówi Thierry Klifa, reżyser filmu „Najbogatsza kobieta świata” wzorowanego na historii spadkobierczyni fortuny założyciela firmy L’Oréal.
Isabelle Hupert w filmie „Najbogatsza kobieta na świecie”, reż. Thierry Klifa

Isabelle Hupert, "Najbogatsza kobieta na świecie"

Isabelle Hupert w filmie „Najbogatsza kobieta na świecie”, reż. Thierry Klifa

Foto: mat. pras.

Prototypem bohaterki pana filmu była finansowa potentatka Liliane Bettencourt, która umarła w 2017 r. Jak mówi tytuł filmu, to „najbogatsza kobieta świata”,  z majątkiem szacowanym na ponad 40 mld euro. I opowiedziana przez pana historia też jest prawdziwa. Bettencourt swojemu fotografowi François-Marie Banierowi podarowała w ciągu dwudziestu lat ponad miliard euro, obrazy Picassa, Matisse’a, wyspę na Seszelach. W 2011 r. córka ją ubezwłasnowolniła, a trzy lata później sąd skazał Baniera na 3 lata więzienia za wyzysk osoby niepełnosprawnej psychicznie. Tyle wiadomo z doniesień prasowych. Pan jednak nie zrobił filmu o finansowych wyłudzeniach i ich prawnych konsekwencjach. 

Prasa ma swoje prawa. Dziennikarzy interesowały afera finansowa, sprawa nielegalnego wspierania kampanii Sarkozy’ego, która wyszła na jaw przy okazji, oskarżenie wniesione do sądu przez córkę miliarderki. W Netfliksie powstał dokument „The Millionaire, the Butler and the Boyfriend” o dziedziczce fortuny stworzonej przez jej ojca, założyciela firmy L'Oréal Gazety pełne były sprawozdań z procesu. To ciekawy temat. Niesie zresztą i sensacje. We Francji rzadko się ujawnia, co stoi za pozycją niektórych potężnych rodzin, gdzie przeszłość kryje zakopane głęboko tajemnice. Często trudne, jak choćby w przypadku przodków Liliane Bettencourt, którzy współpracowali z nazistowskimi Niemcami i słynęli z antysemityzmu. To pasjonujące historie, ale tak, ma pani rację, nie interesowało mnie zrobienie filmu politycznego czy relacji z procesu.

Reklama
Reklama

„Najbogatsza kobieta świata” jest przede wszystkim opowieścią o potrzebie bliskości drugiego człowieka.

Ta historia poruszyła Francję, a nawet wyszła poza jej granice. Czytałem sądowe relacje w prasie. Wszędzie jednak było to samo: walka o wielkie pieniądze, o poczucie siły i władzy. A ja dostrzegłem w tych dziennikarskich sprawozdaniach coś, co kryło się pod bulwersującymi faktami. Zainteresowały mnie chwile, jakich kamera zwykle nie pokazuje. Opowieść o rodzinie, o niespełnieniach matki, córki. O samotności i tęsknotach człowieka, który ma wszystko poza poczuciem szczęścia i bliskości z kimś. Chciałem pokazać los, który splótł tę trójkę ludzi. Różne sceny musiałem wymyślić. Na historii Liliane Bettencourt oparłem więc główny wątek filmu, ale spojrzałem na niego inaczej. Zmieniłem wiele, zaczynając od imion bohaterów. Na ekranie są to Marianne, Frédérique i Fantin.

Bio

Thierry Klifa

ur. w 1966 r. francuski reżyser i scenarzysta z doświadczeniem dziennikarskim. Karierę rozpoczął w 2001 r. filmem fabularnym „Emilie est partie”. Umocnił swoją pozycję reżyserską filmami „Tak długo czekałem”, „Les yeux de sa mère”, „Wszystko nas dzieli” czy „Les rois de la piste”. Przez wiele lat przygotowywał się do realizacji filmu opartego na postaci Liliane Henriette Charlotte Schueller Bettencourt, jedynej córki Eugène Schuellera – francuskiego chemika, który w 1907 r. założył koncern L’Oréal.

Rozumie pan więc tę dziwną miłosną historię, którą Banier–Fantin zresztą gej, z biegiem czasu wykorzystał dla swoich korzyści? 

Filmowa Marianne dzięki Fantinowi po raz pierwszy poczuła się ważna, dała mu więc swoją miłość – uczucie, jakiego dotąd być może nie zaznała. Autentyczna Liliane straciła matkę jako pięciolatka, ojciec wysłał ją wtedy na pensję sióstr zakonnych w Lyonie. Spędziła tam dekadę, do domu wracała tylko podczas wakacji. Nie nauczyła się kochać. Potem wyszła za mąż, zapewne nie z miłości, tylko dlatego, że „przyszedł czas”. Nie jest wykluczone, że narzeczonego podstawił jej ojciec. Dziwnym trafem jego zbliżająca się do trzydziestki córka i jego bliski przyjaciel nagle znaleźli się podczas wakacyjnego wyjazdu w tym samym miejscu. W filmie jest takie przypuszczenie, że jej małżeństwo było tylko układem. Potem przyszło dziecko. Musiało przyjść, bo przecież musi być ktoś, kto przejmie rodzinną fortunę. Ale matka nie potrafiła nigdy swojej córki kochać. Więc nagle po sześćdziesiątce, po raz pierwszy przekonała się, czym jest miłość. Łapie się tej ostatniej szansy, by być z kimś blisko i ta relacja z fotografem-gejem, staje się dla niej czymś niesłychanie istotnym. Bo to są wspólne spacery, kolacje, rozmowy, przekonanie, że ludzie są dla siebie ważni..

Reklama
Reklama

A córka?

Czasem myślę, że bardziej niż utrata części fortuny, zabolało ją to gorące uczucie Moja filmowa Marianne nigdy nie ukrywała, że macierzyństwo nie było jej marzeniem. A nagle jej dorosła córka, która nigdy nie doświadczyła prawdziwej matczynej miłości i czułości, zobaczyła, że jej rodzicielka jednak potrafi kochać. Tylko nie pokochała jej. Mój film jest więc historią dwóch niekochanych kobiet.

Jak się pan przygotowywał do napisania scenariusza? I na ile jest pan wierny historii prawdziwej Bettencourt?

Zanim zostałem reżyserem, przez ponad dekadę byłem dziennikarzem filmowym. Miałem swój warsztat. I do historii Bettencourt najpierw podszedłem właśnie jak dziennikarz. Przebrnąłem przez setki artykułów i relacji z procesu, przeczytałem mnóstwo listów i faksów, jakie milionerka i jej fotograf do siebie pisali. To naprawdę bardzo długo trwało. Dość powiedzieć, że w tym czasie nakręciłem inny film. Potem dopiero usiadłem do pisania.

Wciąż mówimy o prototypie bohaterki. Dlaczego nie zrobił pan po prostu filmu biograficznego?

W Stanach o ludziach bogatych wiadomo zwykle dość dużo. We Francji nie. Liliane Bettencourt też nigdy nie lubiła życia na świeczniku, niewiele było wiadomo o jej prywatności. Pewne fakty zaczęły wychodzić na jaw dopiero w czasie procesu jej fotografa. Musiałem więc jako scenarzysta uruchomić swoją wyobraźnię i zdać sobie sprawę, o czym chcę zrobić film.

Bohaterka naszego filmu może sobie pozwolić na wszystko i czuje swoją siłę, a jednocześnie jest pełna 

Thierry Klifa

O tym, że wielkie pieniądze szczęścia nie dają?

W każdym razie wbrew pozorom nie otwierają wszystkich drzwi i nie załatwiają wszystkich ważnych spraw. W przypadku Liliane–Marianne mówimy o ekstremalnym bogactwie. Mając takie zasoby, można czuć się absolutnie poza jakimikolwiek limitami. Wszystko jest osiągalne, wszystko jest możliwe. Ale te wielkie pieniądze nie są w stanie ochronić cię przed smutkiem, samotnością, śmiercią. Zdarza się, że zmuszają cię do życia pod okiem ochrony, odcinają od drobnych przyjemności. Tak naprawdę, kiedy poznajemy Marianne, nie wydaje się ona szczęśliwa. I tak właśnie zagrała ją Isabelle Huppert. Bohaterka naszego filmu może sobie pozwolić na wszystko i czuje swoją siłę, a jednocześnie jest pełna niespełnień i tęsknot. 

Trudno sobie „Najbogatszą kobietę świata” wyobrazić bez tej aktorki.

Myślałem o niej od początku, już pisząc z Cedrikiem Angerem i Jacques’em Frieschim scenariusz. Potem pracowaliśmy już razem z Isabelle. Ona sama wymyśliła każdy szczegół swojej bohaterki: jak będzie się ubierała, jaką będzie miała fryzurę. Isabelle jest aktorką, która potrafi tworzyć postacie skomplikowane, niejednoznaczne. Daje im głębię, nie pozwala sobie na łatwe definicje. A potem, na planie, pokazała prawdziwy aktorski kunszt. Proszę mi wierzyć: zagranie najbogatszej kobiety świata to ogromne wyzwanie. Można zagrać człowieka biednego, zamożnego. Ale najbogatszego na świecie? To mogła zrobić tylko Isabelle. Bo ona potrafi zagrać wszystko. Może być piękna i brzydka, spokojna i opanowana albo nerwowa i neurotyczna, słodka i okrutna. Tylko ona potrafi tak wiarygodnie pokazać całą paletę uczuć, unikając schematów. Poza tym umie zaskakiwać. Także reżysera, co jest naprawdę ważne. Gdybym wiedział, co może dać mi aktor, to mógłbym nie wychodzić na plan, tylko zostać w pokoju hotelowym. 

Reklama
Reklama

Zrobiłby pan ten film bez niej? 

Nie wiem. Chyba prędzej skoczyłbym z klifu do morza. Arnaud Deplechin zawsze mówi, że jego ulubiona Catherine Deneuve jest tak samo autorką filmu jak reżyser. Mógłbym to samo powiedzieć o Isabelle. 

W filmie wprowadza pan widza w świat ludzi z absolutnie najwyższej półki finansowej. Ale na ekranie, wbrew pozorom, nie ma przepychu.

Miałem możliwość obserwowania tego świata w czasie, gdy byłem dzieckiem i dorastałem. I mam wrażenie, że dzisiaj wygląda on podobnie. W tym świecie nie ma problemu, żeby prywatnym samolotem polecieć na kolację do Londynu czy Wiednia. Kupić torebkę u Vuittona, kostium u Diora czy buty u Louboutina. Ale europejskiemu stylowi bogatych ludzi daleko do tego, co widzimy choćby w „Sukcesji” czy „Białym lotosie”. Najzamożniejsi Francuzi żyją dobrze, ale nie ma w ich domach miejsca na ekstrawaganckie pokazywanie bogactwa. To kwestia kultury. I tak ze scenografami wymyślaliśmy wnętrza. Zamożnie, ale nie nowobogacko.

Przykre jest jednak to, że w pana filmie nie ma praktycznie wygranych. 

Co mogę powiedzieć? Tak czasem bywa w życiu. Nawet najbogatszych.

 

 

 

Film
Krystyna Janda laureatką Orła
Materiał Promocyjny
Nowy luksus zaczyna się od rozmowy. Byliśmy w showroomie EXLANTIX
Film
„Pan Nikt kontra Putin”: narastająca propaganda reżimu obejmuje nawet dzieci
Film
Renate Reinsve w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Dziewczyna z małej wioski
Film
Rok Andrzeja Wajdy rozpocznie się 6 marca
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama