„Maestro”. Bradley Cooper żywiołowy jak Bernstein

„Maestro” o Leonardzie Bernsteinie, zrealizowany przez Bradleya Coopera i z nim w roli głównej, od dawna był zapowiadany na filmowy przebój. Czy jednak warto było na niego czekać?

Publikacja: 07.12.2023 13:02

Bradley Cooper jako Leonard Bernstein w filmie „Maestro”

Bradley Cooper jako Leonard Bernstein w filmie „Maestro”

Foto: Netflix

Trudno właściwie zrozumieć, dlaczego dopiero teraz powstała opowieść o Leonardzie Bernsteinie. W końcu to postać o niezwykłym dla Amerykanów znaczeniu. Nie tylko z racji oszałamiającej własnej kariery, ale przede wszystkim on jako pierwszy wprowadził kulturę amerykańską. kojarzoną głownie ze popularną (i nierzadko tandetną) rozrywką, w rejony wielkiej sztuki świata, łącząc w komponowanej przez siebie muzyce niemal wszystkie jej gatunki.

Kim dla Leonarda Bernsteina był Artur Rodziński

Od pierwszych scen „Maestro” pokazuje, jak przyciągał do siebie najwybitniejszych artystów różnych dziedzin: najlepszych muzyków klasycznych: Claudia Arraua, Serge’a (a właściwie Siergieja) Kusewickiego, choreografa Jerome’a Robbinsa, który potem pomógł nadać olśniewający kształt taneczny „West Side Story” czy geniusza musicalu Stephena Sondheima. Ten z kolei debiutował pod okiem Bernsteina.

Czytaj więcej

„Absolutni debiutanci” na Netflixie. Kolejne debiuty aż do śmierci

Nie pojawia się na ekranie Artur Rodziński, choć jest o nim mowa. To okazja, by sobie o naszym rodaku przypomnieć. Ten wielki dyrygent był w latach 40., dyrektorem muzycznym Nowojorskich Filharmoników i zatrudnił wówczas jako swojego zastępcę nikomu nieznanego 25-letniego Bernsteina. Taka decyzja była wówczas ewenementem. Szybko okazało się, że Bernstein w nagłym zastępstwie za inną dyrygencką sławę musiał poprowadzić koncert. Zrobił to bez żadnej próby i odniósł ogromny sukces A ponieważ koncert był transmitowany przez radio po jednym wieczorze stał się znany w całej Ameryce.

„Maestro” jak stare dobre kino

„Maestro” składa się właściwie z dwóch części. Pierwsza to historia o Bernsteinie jako artyście. Narracja prowadzona jest bez biograficznych szczegółów, ale każda pojawiająca się, autentyczna postać na ekranie jest umiejętnie objaśniona w dialogach innych postaci. Muzyka towarzyszy różnym scenom, ale nie jest to przegląd jego twórczości, bo tytuły utworów z reguły nie padają.

Twórcy filmu skupili się za to na pokazaniu niezwykłej osobowości Bernsteina całkowicie pochłoniętego muzyką. Stawiają istotne, ogólniejsze pytanie, czy artysta chce się swoją sztuką dzielić z innymi, czy eksponuje siebie. W przypadku Bernsteina nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi.

Ta część „Maestra” jest czarno-biała, nakręcona w stylistyce nawiązującej do kina lat 40.i 50. Pierwsze mroczne kadry wręcz przywodzą na myśl „Obywatela Kane’a”. Gdy akcja przenosi się w kolejne dekady, ekran zostaje nasycony intensywnymi, czasem cukierkowymi barwami, jak w produkcjach Hollywoodu lat 60. i późniejszych.

Trudne małżeństwo Leonarda Bernsteina

W tym kolorowym świecie przechodzimy do opowieści o trudnym małżeństwie Leonarda Bernsteina z aktorką Felicią Montealegre Cohn. Bardzo się kochali, mieli trójkę dzieci, ale on lubił wszystkich ludzi, a szczególnie młodych mężczyzn. Felicia o tym wiedziała, w środowisku nowojorskiej bohemy biseksualizm nie był powodem do ostracyzmu.

Im jednak maestro był starszy, tym jego zachwyt nad męską młodością silniejszy. Groziło to skandalem, a plotki zaczęły docierać do dorastających dzieci. W chwilach najtrudniejszych mąż pozostał przy żonie…

Widzów, którzy spodziewali się bulwersujących scen erotycznych, należy uprzedzić, że seksu tu nie ma. W tym temacie „Maestro” również utrzymany jest w klimacie dawnego kina amerykańskiego, w którym bohaterowie „o tych sprawach” chętnie rozmawiali, ale niczego nie prezentowali.

Jest natomiast w „Maestro” jeden, najciekawszy bodaj fragment. W akcję została wpleciona słynna scena z musicalu „On The Town”. Kompozytor i Felicia oglądają na próbie trzech jego bohaterów – młodych, tańczących marynarzy. I zakochana w Bernsteinie Felicia dostrzega, jak bardzo jeden z nich fascynuje jej ukochanego. Zaczyna w rozumieć, że decydując na życie z nim będzie otoczona mężczyznami. A jednak ona też próbuje tańczyć.

Czytaj więcej

„Informacja zwrotna”. Śmierć rodziny według Żulczyka

 „Maestro” to jednak produkcja hollywoodzka w starym stylu. Nic to zresztą dziwnego, skoro wśród producentów są takie tuzy kina jak Martin Scorsese, Steven Spielberg i Bradley Cooper także jako współautor scenariusza, reżyser i odtwórca głównej roli. Dostało mu się już od części krytyków za to, że charakteryzując się na Bernsteina zbytnio wyeksponował jego nos, co rzekomo budzi antysemickie skojarzenia.

W obronie aktora stanęły dzieci Bernsteina i trudno im się dziwić, bo Bradley Cooper jest świetnie ucharakteryzowany (zwłaszcza, gdy bohater filmu wszedł w wiek dojrzały). ma ten sam tembr głosu, nieodłącznego papierosa w ręce i bernsteinowską żywiołowość także wtedy, gdy dyryguje.

Czytaj więcej

„Sycylijskie lwy”: zanim strzelał Ojciec Chrzestny

Świetna jest też Carey Mulligan w roli Felicii, choć również bardziej naturalna w późniejszych sekwencjach filmu. Pokazuje kobietę, która bezgranicznie kocha mężczyznę swojego życia, uległą, ale gdy trzeba, także stanowczą, bo Felicia to intelektualna partnerka Bernsteina i dobra aktorka.

Jak na kino w starym stylu przystało, „Maestro” nie opiera się na dynamicznej akcji, ale na dialogach. Błyskotliwych, niosących różne informacje i sporą dawkę muzyki nie tylko bohatera filmu, ale i na przykład Gustava Mahlera, bo to za sprawą Bernsteina ten Austriak po latach znów stał się sławny. Ogląda się więc „Maestra” z zaciekawieniem, ale bez większych emocji.

Trudno właściwie zrozumieć, dlaczego dopiero teraz powstała opowieść o Leonardzie Bernsteinie. W końcu to postać o niezwykłym dla Amerykanów znaczeniu. Nie tylko z racji oszałamiającej własnej kariery, ale przede wszystkim on jako pierwszy wprowadził kulturę amerykańską. kojarzoną głownie ze popularną (i nierzadko tandetną) rozrywką, w rejony wielkiej sztuki świata, łącząc w komponowanej przez siebie muzyce niemal wszystkie jej gatunki.

Kim dla Leonarda Bernsteina był Artur Rodziński

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Kup teraz
Film
Od przestworzy do małego biura. Rekomendacje filmowe na weekend
Film
Wszyscy powinniśmy działać „W słusznej sprawie”. Kolejna sekcja filmowa Mastercard OFF CAMERA 2024
Film
Diuna 2: Arcydzieło na pustyni
Film
Serial „Ekspatki” z Nicole Kidman. Nowa wieża Babel w Hongkongu
Materiał Promocyjny
PR&Media Days 2024 - trendy i wyzwania
Film
Stephan Castang, reżyser „Vincent musi umrzeć”: Pies obserwuje piekło stworzone przez ludzi
Film
Orzeł dla Agnieszki Holland