Takie historie, „większe niż życie", przyciągają do kin miliony łaknących wytchnienia od burej szarzyzny. Są jednak i tacy – jestem wśród nich – którym bliżej do zwyczajnych ludzi i zwykłych opowieści, jakie pod dotknięciem ręki dobrego reżysera okazują się wcale nie takie przyziemne i nijakie. Wszystko zależy od spojrzenia. Im więcej filmów ma się za sobą, tym lepiej się patrzy. Rzeczywistość zaczyna wyglądać atrakcyjniej, kiedy nastrojem, kolorem, ruchem przypomina kino. Gdy pracowałam kiedyś w fabryce samolotów, miałam wrażenie, że wokół mnie dzieje się czeski film. Gdybym nie kochała kina z tamtych stron, to podchmielony w dniu urodzin pan Czesio, podtrzymywany przez rosłą kadrową i wyrywający się z powrotem za swoje biurko, mógłby mnie troszkę przygnębić. Tymczasem śledząc go wzrokiem, poczułam się jak we wszechświecie Miloša Formana. By dobrze oddać klimat tamtego miejsca, trzeba by było narysować komiks – graficzną opowieść o polskim zakładzie pracy, w którym zatrzymał się czas. Ale talentów po temu mi brak.