Takie historie, „większe niż życie", przyciągają do kin miliony łaknących wytchnienia od burej szarzyzny. Są jednak i tacy – jestem wśród nich – którym bliżej do zwyczajnych ludzi i zwykłych opowieści, jakie pod dotknięciem ręki dobrego reżysera okazują się wcale nie takie przyziemne i nijakie. Wszystko zależy od spojrzenia. Im więcej filmów ma się za sobą, tym lepiej się patrzy. Rzeczywistość zaczyna wyglądać atrakcyjniej, kiedy nastrojem, kolorem, ruchem przypomina kino. Gdy pracowałam kiedyś w fabryce samolotów, miałam wrażenie, że wokół mnie dzieje się czeski film. Gdybym nie kochała kina z tamtych stron, to podchmielony w dniu urodzin pan Czesio, podtrzymywany przez rosłą kadrową i wyrywający się z powrotem za swoje biurko, mógłby mnie troszkę przygnębić. Tymczasem śledząc go wzrokiem, poczułam się jak we wszechświecie Miloša Formana. By dobrze oddać klimat tamtego miejsca, trzeba by było narysować komiks – graficzną opowieść o polskim zakładzie pracy, w którym zatrzymał się czas. Ale talentów po temu mi brak.

Na szczęście wystarcza mi wyobraźni, a czeskiemu kinu indywidualności. Jedną z nich jest Bohdan Slama, autor wyświetlanych właśnie „Czterech słońc" – o niewiarygodnie nieodpowiedzialnych mężach i partnerach oraz o dorastającym chłopcu punkowcu. Film otarł się o nagrodę w Sundance, gdzie ceni się takie kameralne, spokojne obrazy zwyczajnie niezwyczajnych miejsc i ludzi. Już w „Dzikich pszczołach" sprzed 12 lat Slama pokazywał senne Czechy B – wioszczynę na Morawach, gdzie ludzie nie mają żadnych perspektyw – i potrafił nie zrobić z tego przygnębiająco-rozdzierającego dramatu. Niewinny i nieśmiały chłopiec podkochiwał się w miejscowej piękności, ta chodziła z naśladowcą Michaela Jacksona, z miasta przyjeżdżał starszy brat, mający na koncie dziecko z mężatką. Byli niedoszły filozof, babcia o trudnym charakterze, dziwka i bohater zbiorowy – grupa kobiet pijąca od rana wódkę. Luźna, sprawiająca wrażenie improwizowanej opowieść niepostrzeżenie przeistaczała się w całkiem mądry film o życiowych priorytetach. Potem w słodko-gorzkim „Szczęściu" troje przyjaciół starało się odnaleźć sens życia w małym przemysłowym mieście. Ekspedientka i mechanik samochodowy tęsknili nie za większymi pieniędzmi, ale za możliwością bycia z ukochaną osobą. Cztery lata temu świetny „Mój nauczyciel"

– Petr – wyjechał z Pragi, by uczyć w wiejskiej szkole. A teraz plenery jakby polskie, ogródki działkowe, mała miejscowa poczta, a w tym wszystkim wypalone związki, zdrady i  ściskany w ręku kamień zielony, tylko z pozoru będący kluczem do zrozumienia całego wszechświata... Czech potrafi!

Cztery słońca

reż. Bohdan Slama

Czechy 2012