Kovax (Djimon Hounsou), Tic Tac (Benoit Magimel), Lucas (Denis Menochet) i reszta oddziału bezszelestnie podkradają się do glinianych zabudowań, eliminując brodatych talibów. Nim strażnicy zdążą wszcząć alarm, elitarne komando odbije z rąk żądnych krwi oprawców piękną dziennikarkę Elsę (Diane Kruger) i ruszy z nią w kierunku afgańsko-pakistańskiej granicy.
Tego typu operacje są w kinie popularnym zarezerwowane zazwyczaj dla marines, Delta Force, Rangersów czy Navy Seals, czyli amerykańskich jednostek wojskowych, którym Hollywood – dzięki widowiskowym filmom sensacyjnym – zapewnia świetny PR. Ich schemat jest bardzo prosty, ale zwykle znakomicie się sprawdza pod względem dramaturgicznym. Grupa charyzmatycznych twardzieli wykonuje piekielnie trudną misję. Oczywiście, są mistrzami w swoim fachu. Jednak ostatecznie o ich triumfie nad przeważającymi siłami wroga decyduje nie tylko perfekcyjne wyszkolenie, lecz przede wszystkim gotowość do poświęceń w imię braterstwa broni i ojczyzny.
Sympatyczni macho
Wyprodukowane we Francji "Terytorium wroga" powstało wedle identycznej formuły. To pierwszorzędne warsztatowo połączenie reklamówki francuskich sił specjalnych z wojenną epiką ku pokrzepieniu. Nim Kovax z oddziałem i ocaloną Elsą dotrą do upragnionej granicy, nie zabraknie scen pełnych heroizmu, w których komandosi oddadzą życie, byle tylko wykonać powierzone im zadanie.
W porównaniu z dokumentami, dramatami i thrillerami, które na kanwie wojny w Iraku oraz Afganistanie stawiały pytania o psychiczne i moralne koszty antyterrorystycznej krucjaty, "Terytorium wroga" może drażnić patosem i uproszczoną wizją świata. Kovax, Tic Tac i Lucas to równi i sympatyczni, choć szorstcy macho. Natomiast ich przeciwnicy przypominają bezrozumną masę. Tyle że dla fabuły Stephane'a Rybojada punktem odniesienia nie powinny być nagradzane Oscarami filmy Kathryn Bigelow ("The Hurt Locker. W pułapce wojny") czy Tima Hetheringtona i Sebastiana Jungera ("Wojna Restrepo"), ale hollywoodzka produkcja w rodzaju przygód Johna Rambo. Na tym tle "Terytorium wroga" prezentuje się wręcz rewelacyjnie.
Rybojad zadbał nie tylko o zapierające dech w piersiach panoramy (plenery udające bezkresne pustkowia i górskie przełęcze Afganistanu znalazł w Tadżykistanie), ale także szczegóły. Jednego z członków komanda zagrał bowiem prawdziwy komandos, były instruktor specjednostek, którego reżyser poznał w trakcie realizacji dokumentu o francuskich siłach specjalnych.
PR dla armii
"Terytorium wroga" wsparło także wojsko, dbając nie tylko o dostarczenie sprzętu, ale również ludzi, którzy zapewnią odpowiednią oprawę. Rybojad otrzymał konsultanta ds. militarnych koordynującego komunikację ekipy filmowej z dowództwem armii oraz Ministerstwem Obrony.
Francuzi powtórzyli w ten sposób manewr stosowany często w Hollywood przez Pentagon. Armia USA też chętnie wspiera filmowców. Na planie "Terytorium wroga" nie zgromadzono imponujących "zabawek" wojskowych, ale i tak polskiemu widzowi oglądającemu film Rybojada towarzyszy ukłucie zazdrości. Nasze kino nie umie bowiem wykorzystać potencjału GROM, choć rodzimi komandosi nie są gorsi od francuskich. A obraz "Demony wojny według Goi" (1998) Władysława Pasikowskiego lepiej pominąć milczeniem.
Francuzi znowu dali nam przykład, jak "zwyciężać mamy".