Erupcja imprez związanych z niedawną 70. rocznicą śmierci Brunona Schulza (1892–1942) dowodzi niesłabnącej pamięci o tym arcymistrzu polskiego słowa i niezwykłym grafiku.
W stolicy trudno było nadążyć za wykładami, projekcjami filmów, koncertami. Wrażenie zrobiły na mnie wciąż czynne wystawy: „W stronę Schulza" oraz „Bruno Schulz. Rzeczywistość przesunięta".
„Zainfekowany" Schulzem przez polonistkę Marię Sarnecką chłonąłem pierwsze po październiku 1956 r. edycje „Sklepów cynamonowych" i „Sanatorium pod klepsydrą" (tomy te, docenione przed wojną, w czasach stalinowskich nie były wydawane i traktowano je jako literaturę zdegenerowaną, niegodną nowej epoki). Z czasem obejrzałem wiele spośród licznych adaptacji scenicznych dzieł Schulza. Zachwycił mnie film „Sanatorium pod klepsydrą" Wojciecha Hasa z 1973 r., widziałem też „Ulicę krokodyli" braci Quay z 1986 r., która rosnącemu zainteresowaniu Schulzem nadała nowy impet.
Z dużymi więc oczekiwaniami szedłem na Zamek Królewski. W labiryncie nad Arkadami Kubickiego, do 19 grudnia czynna jest tu wspomniana wystawa „W stronę Schulza". Narratorem plastycznym projektu jest znany performer Robert Kuśmirowski. Do dialogu z magicznym światem wyobraźni Schulza włączył on dzieła kilkudziesięciu twórców, takich jak Jan Lebenstein, Jerzy Duda-Gracz, Edward Dwurnik, Piotr Dumała. Na wernisażu koncert „Pieśni według Schulza" dał rewelacyjny zespół Marcina Kulwasa z Sopotu z wokalistką Edytą Janusz-Ehrlich.
W Muzeum Literatury oglądałem ekspozycję „Bruno Schulz. Rzeczywistość przesunięta". Podejmuje ona próbę pokazania twórczości plastycznej Schulza na tle sztuki europejskiej – od Goi, Velasqueza po Muncha, Grosza, Dixa i polskiej – od Weissa po Linkego, Lillego, Włodarskiego. Szczególnie trafnie podsuwa wzory czerpane z kultury popularnej z intrygującym artystę światem filmu. Asta Nielsen z duńskiego obrazu „Otchłań" jawi się jako pierwowzór masochistycznych motywów władczych kobiet w prozie i grafice Schulza.
Z kolei w licznym gronie artystów, których Schulz inspirował, wyjątkowe miejsce zajmuje Tadeusz Kantor. Z jego teatrem Cricot 2 objechałem świat. Krążąc teraz po schulzowskiej wystawie, wracałem do szkolnych ławek z „Umarłej klasy" Kantora i siedzących w nich manekinów – starych ludzi w czarnych ubraniach, taszczących ze sobą lalki – siebie samych z czasów młodości. Wydaje się, że jak w pamiętnym spektaklu lada moment zabrzmi walc „Francois" i zmartwychwstali na chwilę bohaterowie ruszą do tańca. Ale nic takiego się nie dzieje. Ciszę przerywa tylko mechaniczny dźwięk, jakby nakręcała się sprężyna starego zegara.
Symbol czasu. W puszczanym w innej części wystawy filmie Joanny Żamojdo „Prośba o zmartwychwstanie Brunona Schulza" sędziwy dziś wychowanek artysty z drohobyckiego gimnazjum opowiada, jak w południe 19 listopada 1942 r. na jego oczach gestapowiec zastrzelił idącego ulicą genialnego artystę.