„Aloft" („W górę") był jednym z najbardziej oczekiwanych tytułów konkursu. To pierwszy film, jaki Llosa zrobiła w języku angielskim.

— Praca w obcym języku jest oczywiście wyzwaniem, zwłaszcza, że ja nie czuję się aż tak dobrze w angielskim. Ale pomogli mi aktorzy — przyznała na berlińskiej konferencji prasowej.

Jennifer Connelly, Cillian Murphy i śliczna Francuzka Melanie Laurent stworzyli w „Aloft" znakomite kreacje. Nie było im łatwo, bo zagrali ludzi skomplikowanych, noszących w sobie zadry, tajemnice, lęki, wyrzuty sumienia. Ale o tym jest też „Aloft", że czasem trzeba zmierzyć się ze wspomnieniami i własnym bólem. Nie da się całe życie od tej konfrontacji uciekać. Co nie znaczy, że wszystko daje się wytłumaczyć i ułożyć.

— Myślę, że artyści powinni zadawać pytania, a nie dawać odpowiedzi - mówi Llosa.

W „Aloft" młody mężczyzna, w towarzystwie dziewczyny - dokumentalistki, odbywa podróż przez zaśnieżone, nieprzyjazne, zimne równiny. Jedzie na spotkanie z matką, która porzuciła go w dzieciństwie. Wracają zakodowane w pamięci zdarzenia, chwile, uczucia. Równorzędnym wątkiem stają się zdarzenia sprzed dwóch dekad, gdy samotna matka wychowuje dwóch małych chłopców. Młodszy jest nieuleczalnie chory. Kobieta zabiera go do uzdrowiciela, a przy okazji sama odkrywa w sobie zdolność leczenia ludzi. Ale ją samą dotyka tragedia, z którą nie potrafi sobie poradzić.

— Chciałam zrobić film o wybaczeniu — mówi Llosa. — Żyjemy w czasach, gdy bardzo trudno jest ufać ludziom, a jeszcze trudniej wybaczać. Wybaczenie jest niemal cudem.

„Aloft" to film trudny, tak jak trudne jest wyciąganie z przeszłości momentów, które chciałoby się na zawsze wymazać z życia. Fakty zacierają się, mieszają z tym, jak przetworzyła je wyobraźnia. Matka, dwóch małych braci, wypadek, porzucenie, miłość, odrzucenie - wszystko miesza się jak w tyglu.

— Przychodzi taki moment w czasie pisania scenariusza, gdy bohaterowie zaczynają ci się wymykać i żyć swoim życiem. Ja ich nigdy nie oceniam. Staram się zrozumieć — mówi Llosa.

Peruwianka nie ułatwia też zadania widzom. Film jest pretensjonalny, manieryczny, chaotyczny. Llosa próbuje stworzyć na ekranie magiczną, pełną niepokoju atmosferę, ale nie do końca panuje nad materią. Wrzuca zbyt wiele grzybów jeden barszcz, próbuje zrobić pełen symboli filozoficzny film o losie, który przynosi człowiekowi traumatyczne doświadczenia. Przeładowuje  opowieść nadmierną liczbą scen seksu, celowo szokuje. Właściwie od pierwszej sceny, w której kobieta wpycha rękę w ciało ciężarnej świni, żeby wyciągnąć małego prosiaka. Ale przecież jeśli widz przetrwa pierwszą godzinę, to z tego chaosu wydarzeń, wspomnień, lęków zaczyna się układać się emocjonalny obraz. Tak emocjonalny, że na końcu niektórym kręcą się w oku łzy.

Barbara Hollender z Berlina