Günter Verheugen, wiceprzewodniczący KE odpowiedzialny za przemysł, przygotował wewnętrzny dokument pokazujący skutki kryzysu dla poszczególnych branż w UE. Wnioski z analizy, do której dotarła „Rz”, są pesymistyczne. Już widać dramatyczny spadek oznaczający roczne zmniejszenie przychodów o przynajmniej 150 mld euro w produkcji i budownictwie. W listopadzie 2008 r. produkcja przemysłowa była niższa o 8,2 proc. niż rok wcześniej. Na razie nie widać znaczącego wzrostu bezrobocia, ale ten skutek odzwierciedlony jest w statystykach zwykle z półrocznym opóźnieniem.

Komisja ostrzega: spowolnienie gospodarcze w nowych państwach członkowskich nastąpiło później niż na bogatszym Zachodzie, na pełne skutki załamania trzeba jeszcze poczekać.

Analiza koncentruje się na produkcji przemysłowej, która stanowi 20 proc. unijnego PKB i daje zatrudnienie 35 mln ludzi. Najważniejszą europejską branżą jest motoryzacja i to ona najbardziej teraz cierpi. Spada liczba nowych rejestracji aut – w 2008 r. było ich o 1,2 mln mniej niż w 2007 r. W 2009 r. rynek samochodowy w UE może się skurczyć o dalsze 12 – 18 proc. KE przewiduje, że część fabryk zostanie po prostu zamknięta. W Polsce fabryki samochodów już ograniczają produkcję. Opel w Gliwicach od października do końca grudnia miał pięć tygodni przerwy. W styczniu wyprodukował 5164 samochody – ponadtrzykrotnie mniej niż w podobnym okresie rok wcześniej. Na początku lutego o trzydniowym przestoju zadecydował Volkswagen w Poznaniu, a kolejna przerwa w produkcji zaplanowana jest na koniec miesiąca. – Jeśli kryzys się przedłuży, będzie coraz gorzej – potwierdza Jakub Faryś, dyrektor Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. Kurczy się także rynek krajowy. W styczniu sprzedaż samochodów osobowych spadła o 5,3 proc. rok do roku i o 9,6 proc. w stosunku do grudnia 2008 r. Jeszcze gorzej jest z ciężarówkami. Sprzedaż pojazdów powyżej 16 ton była mniejsza niż przed rokiem o 75,6 proc.

Załamanie w motoryzacji i budownictwie już wpływa na przemysł chemiczny. W niektórych przypadkach spadek produkcji wynosi od 30 do 60 proc., a koncerny, np. BASF, ogłaszają skrócenie czasu pracy. Producenci cierpią też z powodu spadku popytu ze strony krajów szybko rozwijających się, jak Chiny. Polskie firmy, jak Zakłady Azotowe w Policach czy Azoty Tarnów, już w ubiegłym roku ograniczyły produkcję o 30 proc. Zapaści doświadcza przemysł stalowy. ArcelorMittal ogłosił program cięć w zatrudnieniu, które w Polsce dotkną około tysiąca osób.

W coraz gorszej kondycji znajduje się międzynarodowy transport. Ograniczenia liczby przewozów szczególnie mocno dotknęły Polski. – Liczba naszych kontrahentów zmniejszyła się o 50 – 60 proc. – alarmuje Jan Buczek, prezes Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych. Jego zdaniem do końca roku z polskiego rynku może zostać wycofane nawet 30 proc. taboru, a część firm zlikwiduje lub zawiesi działalność. W dramatycznej sytuacji znajduje się także inna polska specjalność – produkcja mebli, których ponad 90 proc. eksportowanych jest na rynki Europy Zachodniej. Popyt na nie w takich krajach jak Niemcy czy Francja praktycznie zamarł.

Na razie mniej widać kryzys w produkcji żywności czy kosmetyków. W niezłej kondycji powinna przetrwać branża telekomunikacyjna. W polskich warunkach nieźle powinna sobie radzić także branża nowoczesnych usług. Zdaniem eksperta Ernst & Young Marcina Kaszuby to właśnie kryzys sprawi, że zachodnie firmy będą przenosić do Polski centra obsługi dla obniżenia kosztów.

Różne kraje UE próbują, każdy na swój sposób, radzić sobie z kryzysem. Teoretycznie UE zatwierdziła na szczycie w grudniu 2008 r. pakiet ratowania gospodarki, ale w szczegółach nie został on nigdy zaakceptowany.