Były dowódca armii ukraińskiej, a obecnie ambasador w Londynie gen. Wałerij Załużny studził ostatnio nastroje na łamach „The Telegraph” i ostrzegał, by nie zakładać, że „Rosja przegrała wojnę”. Stwierdził, że żadna ze stron trwającej już piąty rok wielkiej wojny nie jest w stanie zadać decydującego ciosu. Co pan o tym myśli?

Ołeksij Melnyk: Ukraińskie środowisko eksperckie podchodzi do tego z dużym krytycyzmem. Trudno jednoznacznie stwierdzić, na ile ten pesymizm wynika z obiektywnej oceny sytuacji i realiów międzynarodowych, a na ile jest efektem ambicji politycznych i londyńskiego klimatu. Główny zarzut wobec tego artykułu polega jednak na tym, że jeśli ktoś aspiruje do roli wykraczającej poza bycie byłym głównodowodzącym i potencjalnym kandydatem na najwyższy urząd w państwie, powinien przedstawiać nie tylko diagnozę problemów, ale także konkretne propozycje ich rozwiązania. Sama krytyczna ocena sytuacji jest cenna, jednak od osoby ubiegającej się o najwyższe stanowiska polityczne oczekuje się również przedstawienia własnej wizji i planu działania. Krytyka jest potrzebna, ale powinna iść w parze z konstruktywnymi propozycjami.

Najważniejsze osiągnięcie Ukrainy na wojnie: Rosjanie zaczęli odczuwać skutki wojny

Jak więc pan ocenia sytuację na froncie, patrząc na płonące rosyjskie rafinerie i ustawiających się w długich kolejkach po benzynę Rosjan?

Jeżeli chodzi o moją własną ocenę, opartą również na obserwacjach opinii innych ekspertów, to wydaje się, że Ukraina rzeczywiście zdołała odnaleźć piętę achillesową Rosji – być może jedną z kilku najważniejszych.

Najistotniejszym osiągnięciem Ukrainy jest to, że skutki wojny zaczęły być odczuwalne bezpośrednio na terytorium Rosji. Takie wydarzenia jak ostrzały Biełgorodu czy operacja w obwodzie kurskim w dużej mierze pozostały niezauważone przez społeczeństwo rosyjskie, zwłaszcza nie odczuwali tego mieszkańcy Moskwy i Petersburga. Natomiast kryzys paliwowy uderza praktycznie we wszystkich Rosjan.

Czytaj więcej

Wybory w Ukrainie coraz bliżej? Kto może zastąpić Wołodymyra Zełenskiego

Z tego, co obserwuję w rosyjskich mediach społecznościowych, wynika, że oburzenie i niezadowolenie z obecnej sytuacji zaczynają przeważać nad strachem i ostrożnością. Coraz więcej osób pozwala sobie publicznie wyrażać opinie, które jeszcze niedawno byłyby uznawane za niedopuszczalne. Takie wypowiedzi mogą co najmniej skutkować wysokimi grzywnami, a w niektórych przypadkach nawet odpowiedzialnością karną.

A to oznacza, że Putin będzie musiał zaostrzyć represje.

Tak, ale cały czas chodzi o ten balans, który rosyjskie władze próbują utrzymać – między represjami a tym, jak daleko mogą się posunąć. Trzeba przyznać, że do tej pory całkiem skutecznie sobie z tym radziły. Dobrym przykładem jest mobilizacja. W pewnym momencie pojawiło się niezadowolenie wśród rodzin zmobilizowanych. Próbowali pisać apele, organizowali niewielkie protesty, między innymi przed biurem przyjęć Putina w Moskwie. Z czasem jednak zostali po prostu rozproszeni i uciszeni. Dziś praktycznie już się o tym nie słyszy. Tyle, że wtedy dotyczyło to tylko części społeczeństwa – dość dużej, ale jednak ograniczonej grupy. Teraz problem odczuwa właściwie każdy. Dlatego wydaje mi się, że jesteśmy w kolejnym, a być może nawet najbardziej niebezpiecznym etapie eskalacji tego konfliktu. Pytanie brzmi, kto pierwszy pęknie?

Ukraiński ekspert: Jeśli wytrzymamy, w ciągu miesiąca sytuacja strategiczna może wyraźnie się zmienić na korzyść Ukrainy

Ukraina prowadzi ofensywę w powietrzu, ale też płaci wysoką cenę. Wytrzyma nasilające się bombardowania Kijowa?

Rosja od dłuższego czasu terroryzuje Ukrainę zmasowanymi atakami rakietowymi, zwłaszcza z użyciem pocisków balistycznych. To już nie są ataki wyłącznie na Kijów, ostrzeliwany jest praktycznie cały kraj. Obecnie Rosjanie koncentrują się między innymi na niszczeniu naszych stacji paliw – wszędzie tam, gdzie są w stanie dosięgnąć swoich celów. Uderzają także w infrastrukturę kolejową. Ataki trwają bez przerwy, dniem i nocą. Szczególnie cierpią miasta położone blisko linii frontu, ale także Kijów. To, co wydarzyło się w ostatnim tygodniu, wcześniej praktycznie się nie zdarzało. Pociski balistyczne spadają niemal jednocześnie z ogłoszeniem alarmu lotniczego, przez co ludzie często nie mają czasu, by schronić się w bezpiecznym miejscu. Skutkiem są bardzo duże straty wśród ludności cywilnej.

Czytaj więcej

Cyrkony spadają na Ukrainę. Rosja atakuje Kijów pociskami przeciwokrętowymi

Jeśli jednak Ukraina zdoła odeprzeć obecną falę rosyjskich ataków i będzie kontynuować to, co zapowiedział Wołodymyr Zełenski, czyli zakładaną czterdziestodniową kampanię, są podstawy, by przypuszczać, że w ciągu najbliższego miesiąca ogólna sytuacja strategiczna może wyraźnie się zmienić na korzyść Ukrainy. Nie bez znaczenia była też ostatnia rozmowa podczas szczytu NATO między Zełenskim a Donaldem Trumpem. Po raz pierwszy od powrotu Trumpa do władzy słyszymy z jego strony dość spójne i racjonalne deklaracje, a także sygnały wsparcia dla Ukrainy przynajmniej na poziomie retoryki.

Czy to oznacza, że Putin, patrząc na pogłębiający się kryzys paliwowy, w pewnym momencie będzie musiał pójść na deeskalację albo postawić na jeszcze większe zaostrzenie konfliktu?

Nawet jeśli nie dojdzie do dalszej eskalacji konfliktu, Ukraina już osiągnęła znaczący efekt. Udało się wyłączyć około 25 proc. rosyjskich mocy produkcyjnych paliw, a Rosja całkowicie wstrzymała eksport niektórych produktów, w tym oleju napędowego, którego wcześniej miała nadwyżki. Nie trzeba być ekonomistą, żeby zrozumieć, jakie są tego konsekwencje. Ceny paliw już rosną, a za nimi idzie wzrost kosztów praktycznie wszystkiego. Pojawia się inflacja, drożeją towary i usługi.

Ukraińskie ataki dronów na cele w głębi Rosji

Ukraińskie ataki dronów na cele w głębi Rosji

Foto: PAP

Szczególnie trudna sytuacja jest na Krymie. W samym środku sezonu turystycznego półwysep znalazł się w bardzo poważnym kryzysie. Może nie jest to jeszcze katastrofa humanitarna, ale z pewnością sytuacja nadzwyczajna. Dla wielu mieszkańców Krymu lato to najważniejszy okres w roku. Ogromna część osób związanych z turystyką zarabiała przez kilka letnich miesięcy pieniądze, które pozwalały im utrzymać się przez resztę roku. Teraz firmy są zamykane, między innymi z powodu braków paliwa. Problemy mają dostawcy żywności, małe sklepy, firmy kurierskie – właściwie cały sektor usług i handlu odczuwa bardzo dotkliwe skutki tej sytuacji.

Czytaj więcej

Rusłan Szoszyn: Los Putina waży się na Krymie

Do tego dochodzą relacje mieszkańców Krymu, którzy jeżdżą po paliwo do sąsiednich regionów, przede wszystkim do Kraju Krasnodarskiego. Coraz częściej skarżą się, że spotykają się tam z otwartą niechęcią, a nawet agresywnym nastawieniem ze strony miejscowych. Nagle zaczęły się pojawiać głosy, że ten Krym właściwie do niczego im nie był potrzebny.

Ukraiński ekspert nie wyklucza niekontrolowanego buntu w Rosji. „Kryzys paliwowy może przerodzić się w kryzys polityczny”

Nietrudno się domyśleć, że Ukraina stawia na zamieszki w Rosji. Myśli pan, że rosyjskie społeczeństwo może się obudzić?

Na razie trudno powiedzieć, jak to się rozwinie. Trzeba jednak pamiętać, jakie jest rosyjskie społeczeństwo – rozproszone, zastraszone i pozbawione zdolności do zorganizowanego działania. Ale z drugiej strony w Rosji funkcjonuje powiedzenie o „buncie bezlitosnym i bezsensownym”.

Nie mówimy dziś o zorganizowanej opozycji. Nie widać żadnych realnych struktur politycznych ani grup, które mogłyby stanąć na czele protestów. Ale w pewnym momencie niezadowolenie może przerodzić się w spontaniczny, niekontrolowany bunt. Dopiero później taki bunt może wyłonić swoich liderów.

Dlatego istnieje ryzyko, że kryzys paliwowy przerodzi się w wewnętrzny kryzys polityczny. To już teraz poważnie podważa autorytet Putina, a z czasem może osłabić go jeszcze bardziej.

Czytaj więcej

Ukraina stawia na rozruchy w Rosji. Nowa taktyka wojenna Kijowa

Coraz częściej pojawiają się pytania w rodzaju: „Minęły cztery i pół roku specjalnej operacji wojskowej – i jakie są jej efekty? Czy naprawdę wszystko idzie zgodnie z planem?”. To są pytania, które Rosjanie zaczynają zadawać coraz głośniej. I, co najważniejsze, coraz częściej mają odwagę kierować je do człowieka, który ostatecznie ponosi za to odpowiedzialność.

Załóżmy, że Ukrainie uda się zaostrzyć kryzys paliwowy w Rosji. Czy to oznacza, że Putin będzie miał problem z tankowaniem samolotów i dronów?

Jeśli chodzi o Shahedy, to one zużywają kilkadziesiąt litrów paliwa. Tyle Rosjanie zapewne zawsze będą w stanie znaleźć. Inaczej wygląda sytuacja w przypadku ciężkich bombowców, takich jak Tu-160. Jeden taki samolot na pojedynczy lot potrzebuje około dwie i pół kolejowej cysterny paliwa lotniczego. A przecież takich maszyn jest więcej. Jeśli z kolei mówimy o bombowcach frontowych, to zużywają one około dwóch ton nafty lotniczej na godzinę lotu.

Dlatego mogą pojawić się poważne problemy z zaopatrzeniem. Tym bardziej że Ukraina przeprowadziła kilka skutecznych ataków na składy paliwa lotniczego, między innymi w Engelsie, gdzie wcześniej znajdowała się jedna z głównych baz rosyjskiego lotnictwa strategicznego, a także na rafinerie. W efekcie w Rosji już odczuwalny jest deficyt paliwa lotniczego. Były nawet doniesienia o próbach zakupu takiego paliwa w Japonii. Jeśli ten problem będzie się pogłębiał, może to wpłynąć również na aktywność rosyjskiego lotnictwa wojskowego.

Skąd ma pan przekonanie, że nie zabraknie benzyny dla Shahedów? Biorąc pod uwagę skalę korupcji w Rosji, nietrudno się domyśleć, że wojskowi operujący takimi dronami i mający dostęp do paliwa nie będą raczej chcieli stać w wielokilometrowych kolejkach do stacji benzynowych.

Może tak być. Jeden z ukraińskich wojskowych powiedział kiedyś w jednym z wywiadów, że po wojnie jest gotów ufundować choćby niewielki pomnik rosyjskiemu chorążemu – w podziękowaniu za jego wkład w zwycięstwo nad rosyjską armią. Ironizował, ale rzeczywiście korupcja tam jest duża.

Nadchodząca zima będzie wyzwaniem dla Ukrainy. „Rosjanie liczą na katastrofę”

Jakie najważniejsze ryzyka widzi pan na najbliższe miesiące wojny?

Przetrwaliśmy najtrudniejszą zimę. Za jakiś czas znów nadejdzie sezon grzewczy. Udało się przejść przez poprzedni, ale kosztowało nas to wiele – zarówno pod względem strat, jak i codziennych trudności. To było naprawdę na granicy wytrzymałości. 

Teraz kluczowe pytanie brzmi, na ile państwo i sami obywatele zdołają przygotować się do kolejnej zimy, żeby nie doszło do poważnego kryzysu.

Myślę, że właśnie na to liczy również Kreml. Rosjanie mieli nadzieję, że katastrofa humanitarna, którą próbowali wywołać ubiegłej zimy, złamie wolę oporu Ukraińców i skłoni społeczeństwo do protestów – zarówno przeciwko wojnie, jak i przeciwko władzom.

Czytaj więcej

Rosyjski opozycjonista o „samobójczym kroku” Putina. „Ludzie mają już wszystkiego dosyć”

Ubiegłej zimy tak się jednak nie stało. Co będzie w przyszłości? Nie potrafię udzielić na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. I nie sądzę, żeby ktokolwiek – mam na myśli odpowiedzialnego eksperta czy polityka, a nie populistę – mógł dziś z całą pewnością powiedzieć, jak rozwinie się sytuacja.

Ostatnio pojawia się coraz więcej doniesień, że Rosja będzie chciała przetestować jedność NATO. Czy Polska i państwa bałtyckie muszą się obawiać prowokacji Putina?

Kluczowe pytanie polega na tym, kiedy do tego może dojść. Część polityków i ekspertów utrzymuje, że Rosja ugrzęzła w wojnie z Ukrainą i nie ma zasobów do prowadzenia wojny na innym froncie. I to zdroworozsądkowe podejście oparte na zimnej kalkulacji. Putin i jego otoczenie mają jednak zupełnie inny sposób myślenia. Zdrowy rozsądek podpowiadał w 2022 r., że nie wolno rozpoczynać konfliktu na pełną skalę z Ukrainą. Mówili to nawet wpływowi eksperci rosyjscy, lojalni wobec Kremla. Aneksja Krymu w 2014 r. również dla wielu była zaskoczeniem. Lista błędów Putina jest już tak długa, że nie możemy wykluczać jego kolejnego kroku wykraczającego poza logiczne myślenie.

Zarówno Polska, jak i państwa bałtyckie powinny wychodzić z założenia, że Rosja nie kieruje się zdrowym rozsądkiem. Myślę, że jeżeli Putin na coś się zdecyduje, to raczej na prowokacje poniżej progu wojny. Prowokację, którą będzie chciał doprowadzić do rozłamu wewnątrz NATO i udowodnić, że Sojusz nie jest w stanie wspólnie reagować. Jeżeli Putin będzie musiał poświęcić w tym celu stu czy dwustu komandosów, to z pewnością to zrobi. Proszę spojrzeć na statystyki i zobaczyć, ilu Rosjan codziennie ginie w Ukrainie.