Biełgorod, Briańsk, Woronież, Włodzimierz, Kursk, Kaługa, Samara, Niżny Nowgorod, Riazań, Smoleńsk, Twer, Orzeł, Tuła, Jarosław, Petersburg i Moskwa. W tych miastach albo w ich okolicach w ostatnich dniach Rosjanie mieli okazję słyszeć, a nawet widzieć ukraińskie drony. Codziennie rosyjskie siły obrony przeciwlotniczej informują o „unieszkodliwieniu” setek bezzałogowców Kijowa. Władze Jarosławia (niemal 700 km od granicy z Ukrainą w linii prostej) musiały zamknąć w piątek trasę M-8, odcinając tym samym od stolicy cały północno-wschodni obszar Rosji. Mimo uspokajających komunikatów władz wiele ukraińskich dronów dolatuje do celu, wyrządzając dotkliwe szkody rosyjskiej gospodarce i wizerunkowi gospodarza Kremla.

„Wojna już przyszła”. Rosjanie narzekają na drony nad Moskwą

– W Dołgoprudnym (miasto leżące 20 km na północ od Moskwy – red.) budziliśmy się przy dźwięku podobnym do motocyklowego i wyraźnie słyszeliśmy wybuchy […] To było straszne, był to taki przełomowy moment w tej całej wojnie – mówi w rozmowie z kanałem Żiwoj Gwozd Borys Nadieżdin, który w 2024 r. wystawiał swoją kandydaturę w wyborach prezydenckich i opowiadał się za zakończeniem wojny. Nadal jest w Moskwie, szykuje się do wrześniowych wyborów do Dumy. Należy do tej części „pozasystemowej” opozycji, która waży każde słowo, by uniknąć więzienia lub emigracji. Relacjonował w ten sposób największy od początku atak ukraińskich dronów na Moskwę i obwód moskiewski, w wyniku którego zginęły trzy osoby. Rosyjskie służby informowały wówczas o zestrzeleniu ponad 550 dronów.

Czytaj więcej

Rusłan Szoszyn: Drony paraliżują Rosję. Wojna wymyka się Putinowi spod kontroli

– Dużo jeżdżę po Rosji i wszędzie podobne sytuacje miały już miejsce. Dopiero wróciłem z Samary i o 6 nad ranem wył tam alarm bombowy. Wojna już przyszła. Gdy to wszystko się zaczynało, co zostało nazwane „specjalną operacją wojskową”, nasze kierownictwo myślało, że to będzie szybka akcja i że żadnego zagrożenia dla mieszkańców Rosji nie będzie. Ale coś poszło nie tak. Wojna jest już wszędzie – alarmuje Nadieżdin. Jak twierdzi, mieszkańcy Moskwy narzekają, że nie otrzymywali SMS-ów od władz ostrzegających o atakach dronów, w odróżnieniu od innych regionów Rosji, w których podobna praktyka stała się już normą. W graniczącym z Ukrainą obwodzie kurskim władze poinformowały właśnie o uruchomieniu powiadomień push, bo tradycyjne SMS-y są wolniejsze od ukraińskich dronów.

Rosjanie zaczynają też zadawać pytania, których wcześniej nie mieli, bo wojna toczyła się gdzieś daleko.

prof. Władimir Ponomariow z rosyjskiego opozycyjnego Zjazdu Deputowanych Ludowych w Polsce

Ukraińskie ataki uderzają w rosyjską gospodarkę i budżet Kremla

Tylko w maju ukraińskie drony trafiły rafinerie w Syzraniu, Moskwie, KINEF (w obwodzie leningradzkim), Jarosławiu, Permie czy Tuapse, ograniczając w ten sposób pracę największych producentów paliw w Rosji. Lokalni eksperci nie wykluczają, że już w najbliższych miesiącach (czyli w okresie wakacyjnym) w kraju może dojść do deficytu benzyny. To wszystko bije też po budżecie rosyjskim zależnym od eksportu paliw i ropy.

– Jest całkowicie oczywiste, że gospodarka nie wytrzyma długotrwałego kontynuowania „specjalnej operacji wojskowej”. Oficjalnie 40 proc. budżetu federalnego przeznacza się na obronność i bezpieczeństwo. O jakim rozwoju, inwestycjach czy nakładach kapitałowych można w takiej sytuacji mówić? – powiedział ostatnio w rozmowie z syberyjskim portalem „Kontynent Sibir” Renat Sulejmanow, deputowany Dumy i znany działacz Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej.

Czytaj więcej

Rusłan Szoszyn: Borys Nadieżdin miał być chłopcem do bicia, a wystraszył Władimira Putina

– Ani czołgi, ani pociski nie mają wartości konsumpcyjnej: gospodarka je produkuje, ale społeczeństwo nie może z nich korzystać. To są czyste wydatki. Owszem, zapewniają zatrudnienie i wynagrodzenia w sektorach zbrojeniowych, stanowią pewnego rodzaju motor napędowy. Jednocześnie jednak powodują inflację i ograniczanie innych wydatków – społecznych i inwestycyjnych. Dlatego jak najszybsze zakończenie „specjalnej operacji wojskowej” jest po prostu konieczne. Operacja trwa już dłużej niż Wielka Wojna Ojczyźniana – narzekał. To pierwszy taki głos docierający z rosyjskiego parlamentu od początku rosyjskiej inwazji nad Dnieprem.

Sulejmanow w Dumie reprezentuje obwody kemerowski i nowosybirski. Nie należą do najbiedniejszych, ale daleko im też do najbogatszych regionów kraju. Średni dochód na mieszkańca wynosił tam w ubiegłym roku nieco ponad 50 tys. rubli (równowartość 2,5 tys. zł).

Czytaj więcej

Władimir Putin w Pekinie. Odwrócenie sytuacji z czasów ZSRR i Józefa Stalina

Sulejmanow stawia też ryzykowne jak na dzisiejsze warunki w Rosji pytania o to, co będzie po wojnie z Ukrainą. – Co jednak stanie się z ludźmi zatrudnionymi w przemyśle obronnym? Z tymi, którzy dziś służą pod bronią? Milion osób wróci do cywila. Gdzie znajdą miejsca pracy, godne wynagrodzenie i możliwość społecznej adaptacji? Problemów wcale nie ubędzie – twierdzi.

Rosyjski opozycjonista: Rosjanie zaczynają pytać: czy ta wojna była błędem?

– Ukraińskim dronom udało się posiać wątpliwości w społeczeństwie rosyjskim. Rosjanie zaczynają też zadawać pytania, których wcześniej nie mieli, bo wojna toczyła się gdzieś daleko i jej skutki odczuwali jedynie mieszkańcy regionów graniczących z Ukrainą – mówi „Rzeczpospolitej” prof. Władimir Ponomariow z działającego w Warszawie opozycyjnego Zjazdu Deputowanych Ludowych Rosji.

Czytaj więcej

Rusłan Szoszyn: Putin znów straszy bombą atomową. Ale elity nie chcą apokalipsy

– W piątym roku wojny Rosjanie zrozumieli, że to rzeczywiście wojna. Większość już chce zakończenia konfliktu, ale niestety świadomość tego, że Rosja popełniła zbrodnie, najeżdżając Ukrainę, jeszcze nie przyszła i większość Rosjan o wszystkie swoje problemy wciąż obwinia „złych Ukraińców” – dodaje.

Jak twierdzi, częste ataki ukraińskich dronów wywołały „nerwowość wśród elit średniego szczebla”. – Po raz pierwszy po czterech latach wojny coraz częściej pada pytanie: czy ta wojna nie była błędem? – mówi Ponomariow.