Hiszpan jest pierwszym szefem unijnej dyplomacji, który pojechał w rejon frontu w Donbasie. Ma to być wyraz solidarności zjednoczonej Europy z zagrożoną rosyjską inwazją Ukrainą. Ale też i bezsilności Brukseli.

– Bezpieczeństwo Europy to nasze bezpieczeństwo. Dlatego negocjacje w tej sprawie nie mogą być ograniczone do dwóch stron, Ameryki i Rosji, NATO i Rosji. W 2022 r. nie ma miejsca na strefy wpływów. Nie może być Jałty 2 – ostrzegł Borrell.

Czytaj więcej

Ukraina: Szef unijnej dyplomacji pojawił się na linii frontu

Ale nie tylko on uważa, że krąg negocjacji powinien być poszerzony. Także szef ukraińskiej dyplomacji Dmytro Kuleba wskazał, że żadne decyzje dotyczące jego kraju nie mogą być podejmowane bez udziału Kijowa.

10 stycznia w Genewie rozpoczną się rozmowy między przedstawicielami Rosji i USA w sprawie warunków, na jakich Władimir Putin gotów jest zrezygnować z inwazji na Ukrainę, w tym zobowiązania Sojuszu Atlantyckiego, że nigdy nie przyjmie do swojego grona Kijowa. Dwa dni później ta sama kwestia będzie poruszona w Brukseli na Radzie Rosja–NATO. Ale dopiero 13 stycznia do rokowań zostaną włączenie Ukraińcy w ramach OBWE. Tego dnia w Wiedniu program rocznego przewodnictwa Polski w tej organizacji przedstawi minister Zbigniew Rau.

Administracja Joe Bidena pozostaje w bliskim kontakcie z najważniejszymi krajami Unii w sprawie konfliktu ukraińskiego, jednak przystała ona na format rozmów zaproponowany przez Kreml. Moskwa tradycyjnie już stara się rozbić Wspólnotę, podejmując rozmowy z poszczególnymi krajami UE.

Niektóre kraje UE jak Węgry czy Cypr pozostają pod istotnym wpływem Moskwy

Brak reprezentacji Unii wynika jednak także z głębokiego podziału krajów „27” odnośnie polityki, jaką należy prowadzić wobec Moskwy. Podczas gdy premier Włoch Mario Draghi uważa, że Bruksela nie może sobie pozwolić na wstrzymanie importu rosyjskiego gazu, a Niemcy forsują gazociąg Nord Stream 2, Polska czy Szwecja są zdecydowanie przeciwne pogłębianiu współpracy energetycznej z Kremlem.

Sygnałem głębokich podziałów w Unii w polityce zagranicznej jest także paraliż negocjacji nad, zdawałoby się, protokolarną deklaracją o współpracy między UE i NATO. Część państw Wspólnoty nie zgadza się na forsowany przez przewodzącą obecnie we Wspólnocie Francję zapis o „suwerenności” i „autonomii strategicznej” Europy. W szczególności kraje flanki wschodniej Sojuszu w sprawach bezpieczeństwa przywiązują znacznie większą wagę do współpracy transatlantyckiej niż integracji europejskiej. 21 z 27 krajów UE należy do NATO.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Unijną niemoc w polityce zagranicznej pogłębia fakt, że akurat w tym obszarze wszystkie decyzje w Radzie UE muszą być podejmowane jednomyślnie. To potencjalnie niebezpieczna sytuacja, bo niektóre kraje jak Węgry czy Cypr pozostają pod istotnym wpływem Moskwy.

Eksperci przypominają, że udało się położyć kres wojnie w byłej Jugosławii dopiero po interwencji Billa Clintona, który doprowadził do zawarcia umów z Dayton. Ćwierć wieku później rola Brukseli przy okazji innego konfliktu u granic Unii (na Ukrainie) jest w podobnym stopniu ograniczona. Sam Macron, nie oglądając się zresztą na inne kraje „27”, wysłał w czwartek do Moskwy swojego doradcę Emmanuela Bonne, podobnie jak to zrobił ze swoim doradcą Jensem Plotnerem kanclerz Olaf Scholz.

Borrell przypomniał, że zawierając z Ukrainą pogłębiony układ o wolnym handlu (DCFTA), Bruksela poszła na najbardziej rozbudowaną współpracę w historii z krajem, który nie jest jej członkiem. W Kijowie zapowiedział też powołanie unijnego centrum szkolenia ukraińskich żołnierzy.