Jak na razie Barcelona pozostaje najliczniej odwiedzanym portem w Europie. Tylko w maju wpłynęło tam 125 takich jednostek.

Zdaniem burmistrzyni miasta, Ady Colau z takich wizyt nic dobrego dla Barcelony nie wynika, bo i bez tego turystów w mieście jest zbyt wielu, a wycieczkowce dodatkowo jeszcze zatruwają środowisko. Colau nie ukrywa, że grupy turystyczne, które schodzą z pokładu do miasta praktycznie nie wnoszą nic do gospodarki miasta, ponieważ nie płacą za noclegi w hotelach i generalnie wydają mało pieniędzy, bo ich wizyty są krótkie.

- Ze statków wysiadają jednocześnie tysiące ludzi i większość z nich przez kilka godzin będzie zwiedzała Barcelonę ograniczając się do centrum miasta. Dla nas nie ma z tego żadnego pożytku - mówi Ada Colau cytowana przez dziennik „El Pais”.

Nie wiadomo na jakie ograniczenia zdecyduje się samorząd. Rozważane jest wprowadzenie nowego podatku, ale przeciwnicy tego rozwiązania są przekonani, że jest to środek zbyt łagodny. Inny pomysł, to administracyjne ograniczenie liczby wycieczkowców, które mają prawo wpłynąć do portu.

Miasto już wcześniej zabroniło budowania nowych hoteli w centrum miasta i ograniczyło liczbę lokali, które mogą zostać wynajęte za pośrednictwem Airbnb. Za złamanie nowych przepisów grożą potężne kary finansowe.

Barcelona nie jest pierwszym miastem portowym, które nie chce masowej turystyki, promowanej przez armatorów W maju tego roku balearski port Palma de Mallorca wprowadził przepis, że jednocześnie przy nabrzeżu mogą stać wycieczkowce, które na swoich pokładach przywiozły nie więcej, niż 5 tys. pasażerów łącznie. Podobne ograniczenia wprowadziły grecka wyspa Santorini, chorwacki Dubrownik, Dublin oraz Brugia.

Barcelońscy handlowcy nie są jednak zachwyceni zapowiadanymi ograniczeniami, bo jednak turyści schodzący ze statków kupują jakieś pamiątki, napoje, a niektórzy z nich stołują się w restauracjach w centrum miasta. Więc mały biznes jednak ma z tego korzyści. Sugerują jednocześnie, aby władze portowe przesunęły dalej od lądu miejsce, gdzie cumują morskie kolosy.

- Żeby nie wiem co się działo, to nie możemy sobie pozwolić na to, żeby przyjmować rocznie ponad 3 mln pasażerów ze statków. Oni nie przynoszą nam jakiejkolwiek wartości dodanej. Podczas pandemii mieszkańcy miasta mogli trochę odetchnąć, zobaczyć, jak wygląda miasto bez masowej turystyki i nie ma takiej opcji, aby wróciła sytuacja z 2019 roku, kiedy mieszkańcy nie mogli normalnie poruszać się po mieście – wtórowała swojej szefowej wiceburmistrzyni miasta Janet Sanz cytowana przez dziennik „La Vanguardia”.

Czytaj więcej

Barcelona podnosi opłatę turystyczną. Hotelarze oburzeni
Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ