Publicystyka

Koniec Ameryki, jaką znaliśmy

Zbigniew Lewicki
Fotorzepa, Rafał Guz Rafał Guz
Demografia USA się zmienia, a wraz z tym rośnie odsetek „nowych Amerykanów”, którzy tęsknią za rządem opiekuńczym – pisze amerykanista
Dla nikogo nie ulega już wątpliwości, że jesteśmy świadkami największego od powstania republiki przewartościowania politycznego w Stanach Zjednoczonych. Konstytucja amerykańska dała swego czasu prawo głosu białym mężczyznom i choć jej kolejne nowelizacje rozszerzyły elektorat najpierw o czarnych Amerykanów, potem o kobiety, w praktyce wyborów prezydenckich niewiele się zmieniło. Nawet decyzja wyborców sprzed czterech lat zdawała się jedynie wyjątkiem potwierdzającym regułę. Powszechnie uważano, że biali Amerykanie i Amerykanki chcą po prostu odkupić w kabinie wyborczej historyczne grzechy białej Ameryki, a przy okazji udowodnić sobie samym, że nie są rasistami. Po czterech latach wszystko miało wrócić do normy, która od początku państwa przewidywała, że w Białym Domu mieszka biały Amerykanin.

Tak się jednak nie stało. Być może ze względu na nieatrakcyjne cechy osobowościowe Mitta Romneya, być może na oczywiste błędy jego kampanii, a być może na znacznie większą skuteczność Partii Demokratycznej w nakłanianiu swych zwolenników do głosowania. Jakkolwiek sprawy się miały, udział procentowy białych wyborców zmniejszył się z 87 proc. w 1992 r. do 72 proc. w 2012 r. Zarazem 93 proc. czarnych wyborców głosowało na Obamę, podczas gdy Romneya wybrało tylko 59 proc. białych wyborców.
Tak silne, niemal jednogłośne, poparcie Murzynów amerykańskich dla Obamy uważa się za zrozumiały efekt wcześniejszej marginalizacji tej grupy w istotnych kwestiach polityki państwa. Znacznie wolniej toruje sobie natomiast drogę świadomość, że w szerszych kategoriach kulturowych przebieg kampanii wyborczej i jej rezultaty mogą oznaczać początek końca Ameryki, jaką dotąd znaliśmy.

Rządzić jak najmniej

Immanentną częścią jej mitu założycielskiego był XVII-wieczny kolonista, który własnoręcznie ścinał objęty właśnie w posiadanie las, by postawić tam swą pierwszą chałupę z bali, a potem karczował teren, zasiewał go i stopniowo dochodził do dobrobytu. Pomagali mu w tym tylko synowie, gdy zaś przygniotło go drzewo, to jeden z nich musiał obciąć mu nogę, a inny wypalić gorącym żelazem ranę. Nie było innej możliwości, gdyż najbliższy sąsiad odległy był o kilkanaście kilometrów, a medyk znajdował się jeszcze dalej. Jedyne pocieszenie dla owego kolonisty stanowił fakt, że władza lokalna oddalona była jeszcze bardziej. Gdy zaś powstały już Stany Zjednoczone, to utworzona wówczas w Waszyngtonie władza federalna stanowiła dla większości obywateli pojęcie czysto abstrakcyjne. Duchowi potomkowie dawnych kolonistów nadal chcą żyć w kraju, którego obywatele sami decydują o swojej przyszłości Jedna z czołowych postaci okresu rewolucji amerykańskiej Thomas Paine sformułował nawet opinię, że „ten rząd jest najlepszy, który rządzi najmniej”. Podzielali ją i późniejsi myśliciele polityczni na czele z Henrym Davidem Thoreau, skądinąd twórcą pojęcia nieposłuszeństwa obywatelskiego. Amerykanie nie wyrzekli się tego przekonania i w czasach współczesnych, choć tacy prezydenci demokratyczni jak Franklin Delano Roosevelt czy Lyndon Johnson zwielokrotnili rolę państwa i rządu federalnego w życiu obywateli. Żaden z nich nie czynił jednak z tej koncepcji hasła swej kampanii wyborczej, a większość wprowadzonych przez nich reform dotyczyła opieki nad osobami znajdującymi się w przejściowej potrzebie, co znani z filantropii Amerykanie dość powszechnie akceptowali.

Dwa modele

Tymczasem w Europie, szczególnie po II wojnie światowej, coraz szersze uznanie zdobywało sobie przekonanie o prawie państwa do ingerowania w poczynania obywateli. Dotyczyło to, co zrozumiałe, państw oficjalnie głoszących ideologię komunistyczną, ale z biegiem czasu tzw. wrażliwość społeczna dochodziła do głosu także w państwach Europy Zachodniej. W imię rozbudowywania świadczeń socjalnych i ochrony obywateli przed ich rzeczywistą czy domniemaną lekkomyślnością, najbardziej aktywnych zawodowo członków społeczności pozbawiano coraz większej części ich pieniędzy, by przeznaczyć je na wspomaganie tych, którzy do wspólnego gospodarstwa wnosili niewiele lub wręcz nie wnosili nic. W rezultacie pojęcia socjalizacji społeczeństwa i europeizacji stały się niemal synonimami. Model europejski i amerykański współistniały obok siebie przez dziesiątki lat i ci, którzy na pierwszym miejscu stawiali bezpieczeństwo, pozostawali w Europie, ci zaś, którzy w imię większych możliwości gotowi byli na odpowiednio zwiększone ryzyko, starali się rozpocząć nowe życie za oceanem lub przynajmniej o tym marzyli. Przywiązani do europejskich wartości intelektualiści z lubością krytykowali też tzw. amerykanizację Starego Świata, określając ją mianem imperializmu kulturowego. Ale przecież, co widać choćby we współczesnej Polsce, komu nie w smak hamburger z McDonalda, może kilka metrów dalej pożywić się w pierogarni, a zamiast „Kac Vegas” obejrzeć sobie „Kac Wawa”.

Ustrojowa europeizacja

Inaczej natomiast rzecz się ma z tzw. europeizacją Ameryki, przynajmniej w wersji prezydenta Baracka Obamy. O ile bowiem świadomy konsument może bez trudu przeciwstawić się komercyjnej amerykanizacji Europy, to europeizacja Ameryki ma coraz wyraźniej charakter systemowy, jeśli nie wręcz ustrojowy. Żeby być precyzyjnym: nie tyle Ameryki, ile jej Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża, gdzie od niepamiętnych czasów rząd dusz sprawują liberałowie zafascynowani Europą (Nowy Jork, Nowa Anglia) i żywiący przekonanie, że w imię przez nich zdefiniowanego dobra wspólnego należy ograniczyć rozwój gospodarczy, nawet jeśli jest to prosta droga do bankructwa (Kalifornia). Środek Ameryki daleki jest od takich poglądów, ale, jak zawsze, zwolennicy status quo są nie są tak zdeterminowani jak wyznawcy zmiany i mniej chętnie stają w długich kolejkach do urn wyborczych. Nie mówiąc już o tym, że łatwiej jest spędzić w ten sposób wiele godzin bezrobotnym niż pracownikom zatrudnionym na odpowiedzialnych stanowiskach, bo przecież z szacunku dla idei wolnego w niedziele wybory amerykańskie odbywają się w dzień powszedni. Z perspektywy Ameryki system europejski zdaje się mieć wiele zalet, jak chociażby obowiązkowy 35-godzinny tydzień pracy czy sześć tygodni płatnych wakacji, nie mówiąc już liczonych w latach urlopach macierzyńskich i wychowawczych. W rezultacie robotnik amerykański pracuje średnio 1800 godzin w roku, a na przykład niemiecki – 1350, nie każdy zaś wyborca dostrzega związek między dekretowaną odgórnie gnuśnością a faktem, że w ciągu ostatnich dwóch dekad produkt narodowy Niemiec wzrastał rocznie średnio o 1,1 proc., czyli dwa razy wolniej niż w pogrążonej obecnie w kryzysie Ameryce. Co ciekawe, mimo krótszego o 25 proc. rocznego wymiaru godzin pracy, bezrobocie w Europie jest z reguły dwucyfrowe, podczas gdy w Ameryce za klęskę uważa się jego obecny poziom 7,9 proc. i to pomimo ogromnej rzeszy robotników nielegalnych, bez których byłby on jeszcze niższy. Duchowi potomkowie dawnych kolonistów nadal chcą żyć w kraju, którego obywatele sami decydują o swojej przyszłości, a rząd im w tym nie przeszkadza, nawet jeśli ceną za to ma być obojętność władzy wobec tych, którym się nie powiodło.

Więcej na socjał, mniej na wojsko

Ale demografia Ameryki zmienia się i wraz z tymi zmianami rośnie odsetek „nowych Amerykanów”, którzy tęsknią za rządem opiekuńczym. System europejski kusi Amerykanów na wiele sposobów: nieodpłatna służba zdrowia (mieszkający w Wielkiej Brytanii Polacy mogliby coś powiedzieć o jej jakości), nieograniczony dostęp do szkolnictwa wyższego (realizacja tego postulatu Obamy szybko sprawi, że poziom uczelni polskich i amerykańskich stanie się porównywalny) czy wreszcie sieć państwowych żłobków i przedszkoli (jak wiadomo, mentorem Obamy, którego prezydent wychwala w swej książce, był znany amerykański działacz komunistyczny). Problem w tym, że system taki musi być jakoś finansowany, o czym jego amerykańscy zwolennicy rzadko wspominają. Może się to odbywać na trzy sposoby. Pierwszym i najoczywistszym jest zwiększanie podatków. Obama zarzeka się jednak, że tego nie zrobi i choć kwestia ta nie stanowi specjalnego problemu dla beneficjentów programów socjalnych (na co dobitnie acz nieostrożnie wskazał Mitt Romney w swym wystąpieniu traktującym o 47 proc. Amerykanów, którzy nigdy na niego nie zagłosują), złamanie tej obietnicy poważnie zaszkodziłoby Partii Demokratycznej w wyborach 2014 (do Kongresu) i 2016 r. (prezydenckich). Drugi sposób to zwiększanie długu państwowego, co obecna administracja już teraz czyni bez umiaru, wskutek czego kraj w najbliższym czasie stanie wobec perspektywy „klifu fiskalnego”, czyli przekroczenia dopuszczalnego poziomu zadłużenia. Nawet jeśli się uda na czas zmienić odpowiednie przepisy, problem jako taki pozostanie i powróci w bliskiej przyszłości, na dłuższą metę nie da się więc w ten sposób finansować socjalnej hojności administracji. To zaś sprawia, że jedyną realną i długofalową opcją pozostaje reorientacja wydatków budżetowych państwa. Już w tej chwili sięgają one w USA 40 proc. PKB, a choć w Skandynawii wynosi on 55 proc., to w Stanach Zjednoczonych dalszy jego wzrost oznaczałby drastyczną zmianę ustrojową. Można sobie natomiast wyobrazić, że chcąc wywiązać się z szeroko składanych obietnic socjalnych, administracja zostanie zmuszona do ograniczenia wydatków wojskowych. Skutki takiej decyzji rzeczywiście stanowiłyby przejaw „europeizacji” Stanów Zjednoczonych, ale państwa Starego Kontynentu powinny się poważnie zastanowić, co taka zmiana oznaczałaby dla nich. Już po kilku dniach interwencji w Libii okazało się przecież, że nie dysponują one wystarczającą ilością nowoczesnej amunicji, którą musiała dostarczyć Ameryka. Gdy jednak i USA zredukują swoje arsenały czy garnizony, Europa stanie przed rzeczywistym dylematem: zmniejszyć programy socjalne czy też niebezpiecznie obniżyć swój poziom bezpieczeństwa.

Ewakuacja z Marsa

Nie tylko liberałowie amerykańscy, lecz i wielu polityków czy politologów europejskich entuzjastycznie wspiera dążenia Obamy do socjalizacji, czyli europeizacji Stanów Zjednoczonych. Gdy jednak tak się stanie, Amerykanie porzucą Marsa i dołączą do Europejczyków na Wenus. Strach pomyśleć, kto wówczas przejmie miecz boga wojny: uważajcie, o co się modlicie, bo wasze prośby mogą zostać wysłuchane.

Autor jest dyrektorem Instytutu Stosunków Międzynarodowych UKSW i autorem wielotomowej „Historii cywilizacji amerykańskiej”
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL