fbTrack

Literatura

Josef Škvorecký i jego literatura

Josef Škvorecky
AFP
Czeskiemu pisarzowi były, jak się zdaje, bliskie słowa Marka Hłaski, że w jednej części świata żyć nie można, a w drugiej żyć się nie da. Josef Škvorecký zmarł rok temu, 3 stycznia 2012 roku, w wieku 88 lat
Tekst z archiwum tygodnika Plus Minus
Przyznany mu w 2009 roku Angelus – Literacka Nagroda Europy Środkowej uhonorował „Przypadki inżyniera ludzkich dusz”, książkę wybitną, która w przekładzie na polski zaistniała dopiero w 2008 roku, trzydzieści jeden lat po tym, jak napisał ją i wydał na emigracji czeski pisarz, Josef Škvorecky. Wtedy, w „nagrodę”, komunistyczne władze CSRS odebrały mu czechosłowackie obywatelstwo (przywrócone po aksamitnej rewolucji 1989 roku). Josef Škvorecky po agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 r. wyemigrował – najpierw do USA, a następnie do Kanady, gdzie mieszkał do śmierci. Na Uniwersytecie w Toronto wykładał literaturę angielską i amerykańską, sporo tłumaczył z tej literatury na czeski, a przede wszystkim z żoną Zdenką Salivarovą na początku lat 70. założył wydawnictwo, które w kulturze naszych południowych sąsiadów odegrało rolę podobną do Instytutu Literackiego w Paryżu Jerzego Giedroycia. Chodzi o oficynę Sixty Eight Publishers, w której przez lata ukazywały się zarówno książki autorów czeskich zakazanych w kraju, jak i pisarzy zachodnich, z uwagi na swoje antykomunistyczne poglądy źle widzianych nad Wełtawą.
„Przypadki inżyniera ludzkich dusz” to opus magnum być może największego, a na pewno najbardziej znaczącego twórcy współczesnej literatury czeskiej, datowanej od połowy XX wieku. Ważniejszego od Hrabala, od Kundery, a czytelnikowi polskiemu przynajmniej pod kilkoma względami nasuwającego skojarzenia z innym, wielkim pisarzem tej samej epoki – Leopoldem Tyrmandem. Nie tylko z racji łączącej ich miłości do jazzu.

Udana i darmowa promocja

Już pisarski debiut Josefa Škvorecky’ego z 1958 roku – „Tchórze”, przerósł najśmielsze oczekiwania czytelników, ale i 34-letniego wtedy autora. Czym bowiem była ta powieść? Kroniką kilku dni 1945 r. w prowincjonalnym czeskim miasteczku, tuż przed kapitulacją Rzeszy i zaraz po niej; oskarżeniem starszego pokolenia Czechów, któremu Škvorecky zarzucił głęboki oportunizm. Dostaje się też od pisarza młodej generacji, beznadziejnie pustej, etycznie kompletnie pogubionej. Nie ten przygnębiający obraz społeczny zadecydował jednak o wycofaniu powieści z księgarń, ale perspektywa historyczna utworu, jakże odległa od obowiązującej, uproszczonej wersji dziejów najnowszych, lansowanej przez komunistyczną propagandę. „Tchórzy” poddano totalnej krytyce w oficjalnych mediach, niesprzedana część nakładu poszła na przemiał, co przyniosło ten tylko efekt, że powieść z dnia na dzień stała się bestsellerem, a jej autor bohaterem. „Już nigdy potem – żartował autor po latach – nie miałem tak udanej i zarazem darmowej promocji”. I w następnych utworach Josef Škvorecky bulwersował partyjnych czynowników, speców od jedynie słusznego socrealizmu. Tak stało się i z opowiadaniami z tomu „Siedmioramienny świecznik” (1967) – odważnie przedstawiającymi problem antysemityzmu na podstawie losów Żydów z rodzinnego miasteczka pisarza, Nachodu – i z również skonfiskowanym, a wydanym dopiero na emigracji „Batalionem czołgów” (1971), i z powieścią „Lwiątko” (1969). W tej ostatniej – z jednej strony tradycyjnie przez władze zakazanej, z drugiej jeszcze w klimacie praskiej wiosny, sfilmowanej jako „Flirt z panną Srebrną” – niejaki Andres, przygotowując książkę o partyzantce w środkowych Czechach, która dowieść ma między innymi dwukrotnie wyższego od wcześniej ustalonego udziału ludności w ruchu oporu, osobiście dokonuje stosownych wpisów w kronikach powiatowych, a następnie wykorzystuje je jako źródło historyczne. Bohater „Przypadków inżyniera ludzkich dusz” Daniel Smiřicki (alter ego autora, pojawiający się w wielu książkach Škvorecky’ego z „Tchórzami” włącznie) w czasie okupacji hitlerowskiej luźno współpracuje z podziemną organizacją. „... nie dokonała ona – relacjonuje – jakichś bardzo bohaterskich wyczynów, poza powtarzanym od czasu do czasu w lesie nocnym przecinaniem kabli telefonicznych, o których myśleliśmy, że łączą kosteleckie dowództwo wojskowe z Berlinem. Był to jednak błąd. Okazało się później, że odcinaliśmy letnią restaurację U Mistrza Aloisa Jiraska na Czernej Horze od kosteleckiej poczty”. Kostelec to, naturalnie, rodzinny Nachod Škvorecki’ego, a ten krótki cytat mieści w sobie i Haszka, i Hrabala, i wszystko to, co najlepsze w tej literaturze, która wręcz afiszując się z autoironią i humorem, tak odległa jest od, na przykład, polskiej tradycji.

Klasowy charakter sądownictwa

"Przypadki inżyniera ludzkich dusz” to powieść w dużej mierze autobiograficzna, jak zresztą większość dzieła pisarskiego Josefa Škvorecky’ego. Większość nie znaczy jednak całość! Dzieło to bowiem ogromne, obejmujące kilkadziesiąt tomów, m.in.  zbiorów opowiadań czy powieści kryminalnych. Pisarz jest znanym miłośnikiem literatury detektywistycznej i także jego utwory głównego nurtu, chociażby „Lwiątko”, zawierają wątki charakterystyczne dla kryminałów. „Przypadki...” – swoim tytułem nawiązujące wprost do stalinowskiej definicji pisarzy, właśnie „inżynierów ludzkich dusz” – mają znaczący podtytuł: „Entertainment ze starymi tematami życia, kobiet, losu, marzeń, klasy robotniczej, tajniaków, miłości i śmierci”. To wszystko, rzeczywiście, jest w tej książce rozgrywającej się na różnych poziomach, w różnych miejscach i w różnym czasie, pisanej na dobrą sprawę w różnych językach, bo m.in. w języku emigrantów, partyjnej nowomowie, niezbornym ciągu słów półanalfabetów, a prezentującej postaci, za pomocą których pokazuje autor wszystkie nieszczęścia naszej epoki, od nazizmu i komunizmu poczynając, a kończąc na... demokracji. Bo i tej ostatniej – zdaniem Škvorecky’ego – daleko do ideału. Oczywiście, pisarz docenia wolność i możliwość pisania bez cenzury i autocenzury, ale – jak się zdaje – bliskie były mu słowa Marka Hłaski o tym, że w jednej części świata żyć nie można, a w drugiej żyć się nie da. Czy zresztą od podobnych myśli wolna jest wszelka wielka twórczość powstająca na uchodźstwie? Co jednak począć z aż takim niezrozumieniem świata, w jakim się żyje? Niejaki O’Reilly z „Przypadków...” nie widzi różnicy w represyjności systemu panującego w komunistycznej Czechosłowacji i w Stanach Zjednoczonych i z ogniem w oku dowodzi, że „amerykańskie sądownictwo ma charakter klasowy i dlatego całkiem słusznie należy traktować pensjonariuszy amerykańskich zakładów karnych jako więźniów politycznych”, co więcej – czechosłowackie sądownictwo „jest przynajmniej jawnie klasowe, a amerykańskie ma ukryty charakter klasowy”. Cóż, głupota jest wieczna i nie zna granic, a demokracja z lewicowym odchyleniem bije tej głupoty rekordy.

Zeswingowany Budionny

850-stronicowa powieść Josefa Škvorecky’ego powstawała niewiele ponad rok. Pisarz podobno zapisywał różne historie, a gdy je zebrał, pociął papier, rozłożył fragmenty na podłodze i składał je tak, jak montuje się film. Powstał „film” wyjątkowy, nowatorski pod względem rozwiązań formalnych zastosowanych w tej prozie, a jednocześnie klasyczny i wzruszający swym pietyzmem wobec tradycji czeskiej opowieści. Polifoniczność „Przypadków...” świetnie koresponduje z muzycznymi treściami powieści, w której autor – jak to ma w zwyczaju – przywołuje wielu muzyków, wiele utworów jazzowych i równie wiele historii mających podłoże w rzeczywistych, tragikomicznych zdarzeniach, jakie stały się udziałem Škvorecky’ego w czasach, gdy grywał na saksofonie. A nie było to wtedy prostą sprawą, gdyż jazzu bali się i zwalczali go zarówno naziści, jak komuniści. W „Przypadkach...” opowiada pisarz, między innymi, jak to za okupacji niemieckiej chłopcy w Kostelcu puszczali na lodowisku płytę „I’ve Got a Guy” i co wynikło z tego „amerykańskiego śpiewu na publicznej ślizgawce”. Wielokrotnie przypomina Skvorecky swych młodzieńczych idoli, z orkiestrą Chicka Webba na czele, ale przywołuje też piosenkarkę Wenus (!) Paroubkową („czy coś w tym guście”), z którą w 1951 r. wykonywał – a pisał o tym już w opowiadaniu z 1963 r. „Pieśni z zapomnianych lat” – wraz z całym wojskowym zespołem estradowym szereg kantat na cześć Józefa W. Stalina oraz „wiele ód na działa i inne rodzaje broni palnej” zaaranżowanych w stylu Glenna Millera. Dziewczyna śpiewała też „ładnym, czystym altem” „Balladę o koreańskiej dziewczynie”. Do czasu... Pojawił się w końcu na sali jakiś generał mający rozeznanie zarówno w polityce, jak w muzyce i czego jak czego, ale zeswingowanego Budionnego nie wytrzymał. Muzykalni żołnierze do końca służby kopali rowy kanalizacyjne, a Wenus wyrzucono z konserwatorium i nie pozwolono ukończyć studiów. A śpiewała jak Frankie Smith...

Równy gość, majster Vahouszek

„Przypadki...” (Wydawnictwo Pogranicze, Sejny 2008) późno, bo późno, w końcu jednak dotarły nad Wisłę. I przy całej swojej ostentacyjnej antybohaterszczyźnie oddają sprawiedliwość czasom, o których opowiadają, przedstawiając – często trudną do przyjęcia – prawdę o latach, gdy za sprawą różnych uszczęśliwiaczy ludzkości i Czechy, i cała Europa Środkowo-Wschodnia pogrążone zostały w terrorze, nędzy i beznadziei. Nic bardziej mylnego niż odczytanie prozy Škvorecky’ego jedynie na jej podstawowym poziomie i skupienie się na – fakt, że bogatej – warstwie anegdotycznej. Wspomnienia bohaterów powieści – emigrantów – wciąż dotyczą dwóch rzeczywistości: jednej – z cel więziennych i drugiej – z akademii na cześć. Pisze Josef Škvorecky: „Powraca do mnie, nie wiem dlaczego, Kostelec i jego piękne okolice. Czerna Hora. Jest jesień, nad miastem w dolinie dymią kominy. Majster Vachouszek. Dlaczego? Po co? Miliony takich jak on w piętrowych grobach historii. Niektórzy uwiecznieni na obrazach z barbarzyńskich wieków, kiedy ludzie jeszcze nie wstydzili się chlubić swym barbarzyństwem. Postaci wplecione w koła na gotyckich obrazach. Straszliwie zamęczeni wisielcy na krzyżach. Ludzie przepoławiani piłą, między nogami, od kroku aż do głowy, a obok piesek ogryzający odciętą rękę. My jednak żyliśmy w epoce narodowych i socjalistycznych realizmów. Malowano pięknie. Przyjemnie. Pisano wdzięczną czeszczyzną”. Majster Vahouszek był dzielny, nie złamano go w śledztwie, mówią o nim „równy gość”. „Ale na co to się majstrowi przyda? – stawia pisarz to pytanie, najsmutniejsze ze smutnych. – Skoro jedno, co mamy, to nasze życie. To jedno jedyne”.
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL