fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Uczelnie się sprostytuowały

Ryszard Tadeusiewicz
Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
Po 1989 roku powstało wiele rzekomych szkół wyższych wydających rzekome dyplomy i kształcących rzekomą inteligencję. Niektórzy dorobili się na produkcji pseudointeligentów sporych majątków - twierdzi były rektor AGH
Były rektor o pewnych rzeczach może już mówić otwarcie?
Ryszard Tadeusiewicz: Tak, to komfortowa sytuacja. Wcześniej musiałem liczyć się ze skutkami wygłaszania moich opinii. Teraz za nic nie odpowiadam, a zdążyłem się już dużo dowiedzieć. Zatem czy jako inżynier, cybernetyk dawniej kierujący jedną z lepszych technicznych uczelni w kraju uważa pan, że powinniśmy kształcić na potrzeby rynku?
Szkoły techniczne są z definicji predestynowane do kształcenia specjalistów. Trudno sobie także wyobrazić, aby szkoły medyczne nie kształciły lekarzy. Jednak nie zgodzę się z tezą, że nauka uprawiana na uniwersytetach i w innych szkołach wyższych jest różna. Różnica tkwi tylko w nazewnictwie i tradycji zawodów, których nauczamy. Uniwersytety ogólne kształcą na zasadzie szerokiego rozwoju intelektualnego, tak, aby absolwent mógł być zaangażowany w najróżniejsze przedsięwzięcia, także te, które obecnie jeszcze nie istnieją na liście zawodów. Spójrzmy na prosty arytmetyczny fakt: czas aktywności zawodowej absolwenta od momentu uzyskania dyplomu do przejścia na emeryturę jest kilkukrotnie większy niż okres trwania typowej firmy na współczesnym rynku. Model „jednego pracodawcy" odchodzi, a kształcenie „na miarę" jest niezwykle ryzykowne. Musimy zakładać zmienność zawodów, umiejętności, potrzeb i wyzwań cywilizacyjnych. Kształcąc na potrzeby rynku możemy wykształcić ludzi, którzy kilka lat po studiach znajdą się w pułapce, bo ich wąsko- wyspecjalizowane umiejętności przestaną być komukolwiek potrzebne. A więc kogo kształcić? Zło, czyli masowe bezrobocie, nie tkwi w sposobie nauczania w szkołach wyższych, ale w tym, że przegrzaliśmy koniunkturę i przyjęliśmy zbyt wiele osób na studiaLudzi myślących. Niezależnie od ukończonego kierunku. Dobre szkoły dają formację intelektualną, dzięki której absolwent potrafi gromadzić fakty, krytycznie je analizować i wyciągać z nich wnioski. Cechą złej uczelni jest zamykanie się w getcie specjalizacji, odniesień do - istniejącego obecnie, ale mającego niewiele wspólnego z przyszłym - rynku pracy. Obawiam się, że mamy zbyt wiele takich szkół. Człowiek, który umie myśleć, da sobie radę niezależnie od środowiska, w którym się znajdzie. Ten, który jest zbyt wąskim specjalistą, niepotrafiącym spojrzeć „ponad płotem" przegra na rynku pracy. Kształcimy mnóstwo filozofów i socjologów, którzy lądują na bezrobociu. Kto potrafi myśleć, jeśli nie oni? Być może nie są wystarczająco dobrymi filozofami i socjologami. I tutaj dotykamy sedna problemu. Dawniej na uczelnie trafiali ludzie naprawdę najzdolniejsi. Obecnie przekroczyliśmy w niektórych kategoriach wiekowych 50-procentowy próg studiujących. Innymi słowy - zaczynamy czerpać również z tych, którzy są inteligentni w sposób przeciętny albo poniżej przeciętny. Może to problem systemu oświaty w ogóle? Porównujemy nasz system do anglosaskiego czy niemieckiego i twierdzimy, że jest gorszy. Tymczasem wielu naszych absolwentów robi kariery za granicą. Zło, czyli masowe bezrobocie, nie tkwi w sposobie nauczania w szkołach wyższych, ale przede wszystkim w tym, że przegrzaliśmy koniunkturę i przyjęliśmy zbyt wiele osób na studia. Uwierzyliśmy wszyscy, że jeżeli będziemy kształcić więcej studentów, to będziemy mieli więcej ludzi twórczych. Tymczasem nawet najlepsza szkoła nie jest w stanie uformować człowieka intelektualnie do końca. Studiowanie ? w odróżnieniu od edukacji średniej ? jest w znacznym stopniu samodzielnym procesem, kształceniem postaw, rozwojem ducha, wartości i tożsamości intelektualnej. Oczywiście, to odbywa się we współpracy z wykładowcami, ale w tym procesie biorą udział dwie strony. Nie przeczę, że nauczający tu i ówdzie nie są w najlepszej kondycji i nie są najlepiej motywowani, ale wyraźnie obserwuję malejący przeciętny wskaźnik inteligencji tych, którzy zasiadają w ławach szkolnych. Przyjęliśmy system finansowania, który idzie w ilość, a nie w jakość. Jak to się stało? Jako były rektor byłem pod presją ówczesnego Ministerstwa Edukacji Narodowej, które wymuszało wskaźniki ilościowe, a nie jakościowe, uzależniając od nich dotację. Inni rektorzy także zgłaszali zaniepokojenie wskazując, że w pewnych obszarach nieodzowne jest kształcenie elit, jak robi to, przykładowo, francuska École Normale Supérieure, oferująca wykształcenie na wybitnym poziomie. W Polsce po '89 roku chciano się pochwalić wysokim wskaźnikiem skolaryzacji. Propaganda sukcesu? Oczywiście, był w tym pierwiastek propagandy. Mówiono: spójrzcie, w PRL studiowało tyle i tyle osób, a teraz aż tyle i tyle. Ale statystyka jest jak bikini ? niby wszystko widać, ale najważniejsze jest zawsze ukryte. Wprowadzono różne punktacje, ale to, czy osiągnięcia naukowe mają jakikolwiek sens i oddźwięk na światowej scenie nikogo nie interesuje. Zgubiliśmy sens, którym jest kształcenie ludzi przyczyniających się do rozwoju cywilizacyjnego. I teraz koń jaki jest, każdy widzi. Nie można było tego przewidzieć? Oczywiście, ale jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. Okazało się, że nauczanie na poziomie rzekomego szkolnictwa wyższego i tworzone w tym celu naprędce uczelnie były, po prostu, świetnym interesem. Władze nie miały w tym interesu. Ale ministerstwo godziło się na to, bo istniało społeczne zapotrzebowanie na dyplomy i awans społeczny. Podobnym PR-owym zabiegiem było zlikwidowanie matematyki z matury (którą szczęśliwie niedawno przywrócono). W efekcie powstało wiele rzekomych szkół wyższych wydających rzekome dyplomy i kształcących rzekomą inteligencję. Niektórzy dorobili się na produkcji pseudointeligentów sporych majątków. Myślę, że pieniądze odegrały tutaj wielką rolę. Nie tylko szkoły prywatne wydawały rzekome dyplomy. Gorzej ?dla tych państwowych stworzono system dotacji zależnych od liczby przyjmowanych studentów. Każdy student przynosił ze sobą woreczek budżetowych pieniędzy. Szybko okazało się, że tych pieniędzy w ogóle nie jest za wiele, woreczki przynoszone przez studentów topniały. Obecnie ilość pieniędzy przeznaczanych na studenta w najlepszych polskich uczelniach jest kilkadziesiąt razy - a więc o kilka tysięcy procent! - mniejsza, niż budżet wnoszony przez studenta w najlepszych uniwersytetach na świecie. Niestety, nawet bardzo dobre nasze uczelnie sprostytuowały się. Poszły w ilość. To rodzi bylejakość nauczania, a ta rodzi bylejakość absolwentów. A więc jednak „oszukani", jak przekonuje prof. Jan Stanek z UJ, w liście otwartym? Oszustwo byłoby wtedy, gdyby ktoś nam wmawiał, że będzie inaczej. My natomiast, którzy braliśmy udział w powstawaniu nowego systemu, zostaliśmy ogłuszeni pałką w stylu „albo przyjmiecie, co wam dajemy, albo zginiecie z głodu". Grzechem było pełne uzależnienie się od decyzji państwa i jego urzędników. System, w którym państwo jest jedynym dostawcą środków finansowych jeszcze nigdy nikomu nie wyszedł na dobre. Najlepsze uczelnie amerykańskie niewielki odsetek pieniędzy pozyskują od państwa.  Stworzyły rozwinięty system subwencji pochodzących z portfela pracodawców i absolwentów, którzy robią to w swoim dobrze pojętym interesie. Owszem, ale ci sami Amerykanie teraz przyznają, że zapędzili się w kozi róg. I teraz zastanawiają się, czy finansowane w większości przez biznes badania naukowe są wciąż niezależne. Uzależnienie nauki od jakiejś formy mecenatu zawsze istniało. Na pewnym etapie postęp nauki realizowali tyko ludzie, którzy byli finansowani przez prywatny pieniądz. Trzymając się pańskiej klamki, mogli jednocześnie prowadzić swoje badania naukowe. Ale mecenat rozumiany jako darowizna, a nie grantowy outsourcing nie istnieje u nas nie tylko w nauce, ale także w kulturze. Jeśli Janusz Filipiak kupił sobie drużynę sportową, to wierzę, że dorobimy się kiedyś biznesmenów, którzy chcieliby w podobny sposób „hodować" np. uczelnie wyższe i mieć wpływ na ich jakość. Tak przecież powstał Uniwersytet Stanforda. Teraz jesteśmy zdeterminowani celami, które wymyślili biurokraci nie mający ku temu kompetencji. To funkcjonuje jak naukowy PGR. I co dalej? Jesteśmy na rozdrożu, w punkcie zwrotnym. Obecny model dotarł do krańca swoich możliwości, a czynnik demograficzny, czyli malejąca liczba tych, których moglibyśmy kształcić, wywoła trzęsienie ziemi. Czeka nas bolesny proces. Sporo uczelni zostanie zlikwidowanych. Ale absolutnie nie twierdzę, że linia podziału przebiegnie pomiędzy szkołami prywatnymi a państwowymi. Matematycy nazywają to punktem bifurkacji. Niewielkim impulsem w jedną czy drugą stronę wybieramy jedną z dróg, która w dłuższej perspektywie znacząco poróżni się z innymi i skutki końcowe będą bardzo odmienne. Typowy efekt motyla. Póki co, zamiast myśleć o strategii rozwoju szkolnictwa wyższego i jego misji w kontekście II poł. XXI wieku koncentrujemy się na kolejnych biurokratycznych rozwiązaniach, które niczego merytorycznie nie zmienią. Najnowszym pomysłem jest wprowadzenie tzw. Krajowych Ram Kwalifikacji, a więc systemu oceny, który ukierunkowany jest na cele kształcenia, a nie jego sposoby. Krótko mówiąc ? nie jest istotne, jak uczymy, ale to, co umie absolwent. To źle? Źle. Bo jesteśmy w stanie kontrolować metody kształcenia i sposoby. Natomiast deklarowane cele są brane z sufitu. To, czy je osiągniemy jest czystą hipotezą. Ale papier jest cierpliwy i wszystko przyjmie. Zbyt małą uwagę przywiązujemy do tego, co możemy osiągnąć w systemie, który mamy, nawet jeśli jest niedoskonały. Nie można oceny jakości uczelni opierać na zawartych w tabelkach deklaracjach, nie mających nic wspólnego z rzetelnym kształceniem i zdrowym rozsądkiem, ale za to zgodnych z wymogami biurokratycznymi. To próba jakiejkolwiek oceny jakości uczelni. Potrzebujemy takich wskaźników. Mamy alternatywę? Tak. Jest sposób na to, aby wiedzieć, kto, gdzie i kiedy dobrze kształci ? wystarczy spojrzeć, gdzie trafiają absolwenci. Tam, gdzie absolwenci sobie radzą, a potwierdza to pozytywna reakcja rynkowa, tym uczelniom powinniśmy dawać zielone światło. Ale powiedział pan, że nie powinniśmy kształcić na potrzeby rynku. Słowo rynek zastąpiłbym tutaj słowem społeczeństwo, a moralnie dwuznaczne „radzenie sobie" określeniem „odnajdywanie się w nowych sytuacjach". Z naciskiem na „nowych". Rynek jest zbyt wąskim, ekonomicznym pojęciem. Świetnie wykształceni na uczelniach uzyskujących zielone światło zarabiają 1800 zł i nie twierdzą, że sobie radzą. Tak, jak ci, którzy wyjeżdżają z kraju. Mamy takie społeczeństwo, jakie sobie wykształcimy. To nie jest oczywiste na pierwszy rzut oka, gdy patrzymy na losy jednostkowe. Poprzez odpowiednie wykształcenie człowieka rozumiem wyposażenie go w wędkę, a nie w rybę. Radzą sobie ci, którzy mają ofensywny stosunek do rzeczywistości, zmieniają ją, proponują nowe rozwiązania, które społeczeństwo na podstawie swojego wyboru aprobuje. W coraz większym stopniu przyszłość należeć będzie do zawodów i profesji, które niekoniecznie będą miały cele rynkowe, ale będą akceptowane... ... i wobec tego także wynagradzane w sposób społeczny. Działalność produkcyjna na wszystkich frontach mechanizuje się i automatyzuje, maszyny wypierają ludzi. W społeczeństwie sukces odniosą ci, którzy tym niezatrudnionym w przemyśle zaoferują coś ciekawego. Nadchodzi era przemysłu czasu wolnego, a my jesteśmy w coraz większym stopniu homo ludens, czyli człowiekiem bawiącym się. To nie pracodawcy wystawiają nam cenzurki, ale życie i społeczeństwo. Jeśli społeczeństwo nie będzie akceptowało tego, co oferują absolwenci, to musimy zmieniać kierunki studiów, a nie społeczeństwo. prof. dr hab. inż. Ryszard Tadeusiewicz ? cybernetyk, trzykrotny (najdłużej urzędujący w Polsce) rektor Akademii Górniczo-Hutniczej w latach 1998 - 2005, członek m.in. Prezydium Polskiej Akademii Nauk, Polskiej Akademii Umiejętności, Europejskiej Akademii Nauk, rady naukowej Collegium Invisibile.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA