fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Jan Walc w pułapce prawdy

Forum
Jan Walc pokpiwał z „autorytetów”, ale nie stanął po stronie „frustratów i oszołomów”. Dlatego pozostał zupełnie sam. Właśnie minęło 15 lat od jego śmierci
Warto wykorzystać rocznicę śmierci Walca (10 lutego minęło od niej piętnaście lat), by przypomnieć tego niezwykłego człowieka. Był jedną z głównych postaci przedsierpniowej opozycji antykomunistycznej w PRL. Współtworzył drugi obieg w najpełniejszym sensie tego słowa, bo był zarówno piszącym, wydawcą, jak i drukarzem. Ale wspomnienie o nim samym przywołuje też pamięć o ludziach jego formacji: choćby jako elegię.
Janek przyznawał się do tradycji piłsudczykowskiej PPS i nie miałby nic przeciw określeniu „lewica laicka” – gdyby nie zaczęto tak określać rozczarowanych „rewizjonistów” komunistycznych.
Trzeba przypomnieć, że w dojrzałej PRL lat 70. niemal nikt nie wiedział, na czym polega kapitalizm, a ponieważ w zachodniej Europie dominowało welfare state i socjaldemokracja – nurt demokratycznej lewicy zdawał się najlepszą alternatywą dla realnego socjalizmu (w Polsce ówczesnej prawicę stanowiło parudziesięciu starych ludzi, dożywający swych dni na nędznych emeryturach, i naiwna młodzież z KPN kontrolowanej przez SB.)Owa etykieta demokratycznego socjalizmu okazała się szybko szyldem formacji głównie towarzyskiej, bez programu innego niż przeciwstawienie się „endeckim masom” (istniejącym zresztą głównie w wyobraźni jej protagonistów). Nikt się owym brakiem nie przejmował, ponieważ wówczas i tak nie było szans, by jakiś program wprowadzać w życie.
To, co się dla Janka liczyło, to postawa moralnego sprzeciwu wobec praktyk później PRL. Jego komentarze na ich temat odznaczały się błyskotliwym stylem i niezrównanym sarkazmem. Jednocześnie jego niezwykła erudycja pozwalała na zjadliwe odniesienia do historii Polski – kierując ostrza peerelowskiej propagandy historycznej przeciwko niej samej. Było dla nas oczywiste, że jest najlepszy.
Sławny stał się jego tekst, w którym opisał wypadek zastrzelenia wiejskiego chłopca przez pijanego prokuratora podczas polowania z helikoptera (oczywiście zakwalifikowano to jako nieumyślny wypadek), w którym jako bodaj pierwszy przyrównał nomenklaturę do dawnej szlachty.Ale wtedy, ku zaskoczeniu Janka, większość ówczesnej inteligenckiej opozycji uznała, że jego „jadowita” ironia jest nie na czasie i nie na miejscu. Można się było pochylić nad ofiarą – ale „pastwienie się” nad sprawcą okazało się w złym tonie.
Incydent ten okazał się proroczy. Ta właśnie postawa wobec sprawców niezliczonych krzywd w PRL okazała się dominantą nowego ustroju po 1989 r. Sam Janek tak to komentował w 1992 r.: „»Sprawiedliwość, nie zemsta« – zatytułował swoje pamiętniki Szymon Wiesenthal, niestrudzony tropiciel zbrodniarzy nazistowskich, wyszukujący ich nawet w najbardziej niedostępnych zakątkach Ameryki Południowej. I chyba tego właśnie, że tak daleko muszą przed nim uciekać, wypada Wiesenthalowi zazdrościć. Z całej Europy Wschodniej nikomu, poza Honeckerem, nawet się nie chciało uciekać. Oni najwyraźniej są pewni, że nic im nie grozi: że sprawiedliwości nie trzeba się obawiać”.
Walc miał ogromną ochotę pisać felietony w „Tygodniku Solidarność”, lecz wiedział, że skazałby się tym samym na ostracyzm zawodowo-towarzyski
Ale nie przyłączył się do „frustratów i oszołomów”. Jak wyznał w rozmowie rzece z Andrzejem Celińskim, miał ogromną ochotę pisać felietony w „Tygodniku Solidarność”, lecz wiedział – pracując w Instytucie Badań Literackich – że skazałby się tym samym na ostracyzm zawodowo-towarzyski. „Po prostu nie zniósłbym tej sytuacji”.
Podobne rozdarcie stało się udziałem Jacka Kaczmarskiego, który też uważany był za „fundamentalistę antykomunizmu” – i który wyobraził sobie, że przed konsekwencjami swego wyboru schroni się w Australii. I przekonał się, że ucieczki nie ma. Z jego niejasnych, jakby stłumionych wypowiedzi widać, że poczucie klęski moralnej III RP i zarazem własnego zagubienia przyśpieszyło jego śmierć.
Janek nie uciekał na antypody – ale też zapłacił swoją cenę wcześniej. Gdy dwa miesiące przed jego śmiercią spotkałem go na ulicy, wyglądał jak Łazarz: z zapadniętą twarzą, cieniami pod oczyma i przejmującym, nieruchomym wzrokiem człowieka zapędzonego w pułapkę – lub balansującego nad przepaścią. Jego ironiczne felietony, w których choć pokpiwał z medialnych autorytetów, to nie opowiadał się po stronie przeciwnej – doprowadziły bowiem do tego, że w istocie pozostał zupełnie sam. Wszyscy jego dawni przyjaciele i znajomi już wybrali, czy są za czy przeciw lustracji... i wiedział, że musi w końcu dokonać tego kroku.
Przedostatni felieton w „Życiu Warszawy”, pt. „Minister Wachowski, czyli większe zło”, pisany cztery tygodnie przed śmiercią, zakończył stwierdzeniem, które zapowiadało, że zbliża się do tego wyboru: „Zamiast Havlowego »życia w prawdzie« zniosło nas w życie w kłamstwie nowego typu (...) Bo naprawdę dobrego wyjścia nie ma; (...) i w tej sytuacji wydaje mi się, że tym mniejszym złem jest mówienie prawdy”.
Co oznaczało wykluczenie z „dobrego towarzystwa”; jego środowisko uznało bowiem, że rację ma Adam Michnik, który oznajmił w 1992 r., że boi się „dyktatury prawdy”. Choć nie powiedział, czego się nie boi: demokracji kłamstwa? Oligarchii niedomówień?
Z tej sytuacji „dobrego” (łatwego) wyjścia nie było. Ale z każdej sytuacji jest wyjście ostateczne: to, które przewidziała sama natura. Albo ta Ręka, która usuwa kraty wszystkich pułapek.
Autor jest publicystą, krytykiem literackim i pisarzem. Wydał m.in. książkę eseistyczną „Na obraz i podobieństwo”
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA