fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Alina Pienkowska dodawała odwagi opozycji

Była szczupła, wręcz mikrej postury. Sprawiała wrażenie nastolatki. To, że taka dziewczyna angażuje się w działalność opozycji przeciwko systemowi komunistycznemu, budziło w nas podziw, dodawało nam, mężczyznom, odwagi - wspominali Alinę Pienkowską dawni działacze Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża
10 lat temu, 17 października 2002 roku, w wieku 50 lat zmarła Alina Pienkowska. Tekst z archiwum tygodnika Plus Minus
- Uważałem, że kobiety są jak kwiaty, które należy pielęgnować, a więc do polityki się nie nadają. To Alina zmieniła mój pogląd na rolę kobiet - mówił Lech Wałęsa.
Odwiedziłem Alinę Pienkowską pół roku przed jej śmiercią, przygotowując materiał do słownika biograficznego opozycji w PRL. Mówiła wtedy, że bardzo chciałaby napisać wspomnienia nie tylko o działaniu i walce, ale o Peerelu z perspektywy kobiety. Niestety, nie zdążyła opowiedzieć o życiu, które stało się częścią najnowszej historii Polski.

Obłuda systemu

Jej ojciec był stoczniowcem. W grudniu 1970 roku strajkował jak inni. Pewnego dnia wrócił podenerwowany do domu. Zamknął się z matką w kuchni, nie chciał, żeby dzieci słyszały o strasznych wydarzeniach przed stocznią. Ona jednak coś usłyszała. Na drugi dzień gazety pisały co innego. Same kłamstwa. To wtedy przekonała się o obłudzie systemu komunistycznego.
Ukończyła pomaturalną szkołę pielęgniarek i zaczęła pracować w stoczniowej służbie zdrowia. Tam znów w opowieściach kierowców karetek pogotowia wożących rannych i zabitych powraca Grudzień '70.
Wyszła za mąż, ale niedługo potem została wdową. Małego Sebastiana wychowywała samotnie przy pomocy rodziców.
W 1977 roku na kilka miesięcy pojechała do stryja do Londynu. W klubie polonijnym emigracja bez znajomości rzeczy deliberowała o krajowych sprawach wielkich i małych. Pienkowska nie wytrzymała - opowiedziała o tym, co dla niej jest ważne, o tym, co stało się w 1970 roku na Wybrzeżu. Tam w Londynie poznała zakazaną w PRL literaturę emigracyjną, dowiedziała się o istnieniu w kraju opozycji demokratycznej.

W szpilkach na szczyt

Wróciwszy do Polski zaczęła poszukiwać bibuły. Na dyżurach jawnie czytała "Bratniaka" i "Robotnika". Kiedyś jeden z kolegów zwrócił jej uwagę, że nie ma w nich o tym, co złego dzieje się w stoczni. Postanowiła, że napisze sama. Z nazwisk widniejących w stopkach redakcyjnych wybrała Bogdana Borusewicza.
Była wiosna 1978 roku, Pienkowska miała wtedy 26 lat, ale wyglądała na licealistkę. Pukając do drzwi Borusewicza była onieśmielona, pewna, że jest starszym człowiekiem w okularach, z brodą. - To już są szczyty! Przychodzą licealistki, za chwilę przyjdą przedszkolaki - pomyślał Borusewicz. Żeby udowodnić, że jest tą, za którą się podaje, pokazała dowód osobisty. Tym go rozbroiła.
Na spotkanie WZZ przyszła w czerwonych, wysokich szpilkach i czerwonej sukni. Borusewicz zauważył silną obstawę tajniaków ze Służby Bezpieczeństwa, postanowił więc wyprowadzić grupę do lasu. Scieżka wiodła pod stromą górę. Borusewicz był przerażony, że "chucherko", wspinając się z mozołem, zgubi szpilki i zjedzie ze zbocza góry. Potem mówił, że ta trudna wspinaczka miała wymiar symboliczny. Wspólnego działania w opozycji i dzielenia życia. A szczytem tej góry stała się inna Polska.

Działać od dziś!

Rodzice nie byli zachwyceni zaangażowaniem córki w opozycji. W drzwiach stawał ojciec i mówił: - A pan, w jakiej sprawie? Dajcie jej spokój, ona ma dziecko. Za którymś razem usłyszał w odpowiedzi od Borusewicza: "Przychodzę, bo pana córka mi się podoba". Wtedy jeszcze nie była to prawda.
Początkowo była onieśmielona bogatszym doświadczeniem kolegów, zabierając głos rozpoczynała od przepraszam. W końcu Andrzej Gwiazda się zdenerwował i rzucił: - Przestań przepraszać, że żyjesz, tylko mów!
Szybko nabrała pewności. Z pierwszego spotkania Jacek Kuroń zapamiętał ją jako przebojową i stanowczą. - Mówiłem jej: "Alinko, kiedyś w Polsce będzie lepiej". Ona odpowiedziała, że na pewno będzie lepiej, ale pod warunkiem, że zaczniemy działać od dziś.
W czerwcu 1978 roku przystąpiła do Komitetu Założycielskiego WZZ, zaczęła pisać w "Robotniku Wybrzeża", jej adres widniał w stopce redakcyjnej. Pisała o złych warunkach pracy, przyczynach chorób zawodowych, lekarzach obciążonych biurokracją. Zajmowała się tym samym, co wszyscy opozycjoniści - protestami, kolportażem bibuły, działalnością samokształceniową.
Była jedynym żywicielem rodziny, więc nie można było jej dyscyplinarnie zwolnić z pracy. Ale można było karnie przenieść ze stoczni do innego zakładu - "Elmoru" lub wstrzymać wypłatę 500 zł dodatku do skromnej, wynoszącej 1100 zł pensji. Rewizje w mieszkaniu, zatrzymania na 48 godzin w areszcie stały się nieodłącznym elementem jej życia. Gdy zbliżały się ważne rocznice, mały Sebastian nocował u dziadków.
W roku 1979, przed nielegalnymi obchodami Grudnia '70, władza postanowiła zamknąć całą gdańską opozycję. Pienkowska była śledzona. Napotkanemu mężczyźnie powiedziała, że jacyś ludzie ją zaczepiają i poprosiła, by ją odprowadził. Gdy ubecy rzucili się na nią mężczyzna stanął w jej obronie, więc jego też zamknęli.
Już po powstaniu "Solidarności" na Uniwersytecie Gdańskim odbyło się spotkanie na temat WZZ. Jeden z jego uczestników wstał i zaczął opowiadać: - Wie pani, ile mnie pani kosztowała zdrowia? Myślałem, że SB chodzi o jakieś dolary czy złoto. A oni mnie wypytywali o Borusewicza, którego za Boga nie znam. Ale to jeszcze nic. Wypuścili mnie po 48 godzinach. Idę do domu i tłumaczę żonie, że zostałem zatrzymany. Ona pyta o dowody. Tłumaczę, że nie dali zaświadczenia. A ona "Won! - Byłeś na pewno u jakiej baby". SB to nic w porównaniu z żoną, która przez pół roku nie dawała mi spokoju.

Mężczyźni opuścili ręce

W sierpniu 1980, po rozpoczęciu strajku w Stoczni Gdańskiej władza odcięła telefony. Zapomniała o tych w stoczniowej przychodni. Stamtąd Pienkowska zadzwoniła do Kuronia, który przekazał informacje o strajku do Radia Wolna Europa.
Dwa dni później stoczniowcy zakończyli negocjacje z dyrekcją, strajk w stoczni zaczął się załamywać. Do stoczni zjeżdżały delegacje z kilkunastu strajkujących zakładów, a przez bramy już płynęła rzeka wychodzących do domów robotników. - Opuściłem ręce, wszyscy mężczyźni dali za wygraną - wspominał Borusewicz. Opanowanie i determinację wykazało kilka kobiet. Pienkowska ruszyła pod bramę nr 3. Od koleżanki dowiedziała się poźniej, że płakała, nawołując przez tubę, żeby kontynuować strajk, bo bez stoczni inni nie mają żadnych szans.
Strajk się nie załamał, a Pienkowska trafiła do prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Własną ręką spisała sześć pierwszych ze słynnych 21 postulatów. Wraz z kolegami opracowała postulat numer 16, dotyczący służby zdrowia. Podczas negocjacji z komisją rządową Jadwiga Staniszkis, ekspert strajkujących, na boku zwierza się Pienkowskiej, że nie zna się na problemach lecznictwa. - To trudno. Proszę tylko robić mądre miny i potakiwać, resztę bierzemy na siebie - zachęcała Pienkowska.
Potem był sierpniowy sukces, powszechna euforia. Pienkowska zapamiętała jednak, że właśnie wtedy, gdy organizowała nowy związek, zwykli ludzie mieli do niej tylko dwa podstawowe pytania: co dalej z wczasami i kasą zapomogowo-pożyczkową.

Legendy podziemia

Zwolniona z internowania w lipcu 1982 roku od razu odnowiła stare kontakty, zajęła się organizowaniem mieszkań i żywności dla podziemia. Po latach Borusewicz wspominał, że właśnie wtedy, pomimo wyczerpującego zaangażowania w konspirację, niełatwego czasu stanu wojennego, były to dla nich dwojga dobre dni. Mieli dla siebie znacznie więcej czasu niż później, kiedy pracowali w parlamencie.
Wtedy też przyszła na świat ich córka Kinga. - Największy dowód porażki SB, która wiedziała, że Alina jest moją dziewczyną, a nie potrafiła mnie ująć - mówi Borusewicz. Chrzciny Kingi, jak i niektóre inne wydarzenia ze stanu wojennego, obrosły legendarną otoczką. Legendy, wtedy podtrzymujące nadzieję, dotrwały do dziś.  "New York Times", przedstawiając wspomnienie o Pienkowskiej, opisał jak to w ceremonii chrztu wziął udział przebrany za kobietę Borusewicz. A Wałęsa, nie domyślając się, z kim ma do czynienia pocałował go w rękę... Tak naprawdę Borusewicza na chrzcinach nie było, ponieważ SB wiedziała o uroczystości i obstawiła kościół.
Obawiając się, że Bogdan może trafić na wiele lat do więzienia, postanowili wziąć tajny ślub kościelny. - Na aresztowanie Bogdana Alina była przygotowana. Kiedy siedział w więzieniu, nigdy nie mówiła o prześladowcach z nienawiścią - wspomina przyjaciel Grzegorz Boros.

Jaka "Solidarność"

Pienkowską wybrano z listy związku na senatora II kadencji. W województwie gdańskim dostała ponad 200 tysięcy głosów. Borusewicz został posłem "S". To był najcięższy dla nich jako rodziny czas. Sejm i Senat obradują w innych terminach. Mijali się w pociągach w połowie drogi między Gdańskiem i Warszawą.
- Sebastian chodził wtedy do szkoły, małą Kingę wychowywali dziadkowie. Alina ciągle miała wyrzuty sumienia, że zbyt mało czasu poświęca dzieciom - wspominał Borusewicz. "S" z początku lat 90. różniła się od tej z lat 1980 - 1981. Inne problemy, inni ludzie. - A dla Aliny najbliżsi byli ludzie z roku 1980, z "Solidarności" - jak mówiła - przez duże "S" - opowiadała przyjaciółka Roma Zawitkowska.
Gdy związek obalił rząd Hanny Suchockiej, Borusewicz odszedł z "S" i zbliżył się do Unii Demokratycznej. Pienkowska nie jest wybierana do władz regionalnych związku. - Za to, co robiłem ja, płaciła ona. Jako osoba wrażliwa bardzo to przeżywała - mówił Borusewicz. Rozważała nawet wypisanie się ze związku. - Akceptacja tych, z którymi pracujesz, ludzi ze stoczniowego ZOZ jest dla ciebie najważniejsza - przekonywał ją Borusewicz. Dlatego pozostała w "Solidarności".
- Kiedy przestała być senatorem, zastanawiała się, jak przyjmą ją ludzie - mówiła Teresa Małek, która znała Alinę od 1974 roku. - To jest twoja przychodnia i praca, twój związek. Wracaj! - poradziła koleżanka. - Wróciła dlatego, że była skromną osobą. Niektórzy byli zdziwieni, że wraca na stanowisko pielęgniarki w poradni. Byli zaskoczeni, że nie szuka wsparcia w mężu, nie usiłuje, korzystając ze znajomości, coś sobie załatwić. A ona po prostu kochała ten zawód - dodała Zawitkowska.
Kilka tygodni przed śmiercią ponownie została przewodniczącą komisji zakładowej.

Najpierw wróćmy, potem zobaczymy

- Alina nie kreowała siebie, działała, roztapiała się w działaniu. Hołdowała zasadzie: ludzie pomagają ludziom - mówiła Jadwiga Staniszkis. Odpowiadała na wezwania czasu. Nie bała się wyzwań. - Nie jestem feministką, ale uważam, że nadchodzi era kobiet. Szkoda, że zabraknie w niej Aliny.
W 1997 roku Pienkowska wyjechała z Borusewiczem na długo oczekiwany wypoczynek. Pierwszy, słoneczny dzień urlopu zbiegł się z początkiem powodzi na południu kraju. Postanowiła wracać do Gdańska. Borusewicz nie chciał. - Przecież dopiero co przyjechaliśmy! Jest rząd, MSW, wojewoda, którzy przecież za to odpowiadają - tłumaczył. Przekonywała go drugi dzień, trzeciego dnia przekonała. - Ale po co mamy wracać, co mamy robić? - dopytywał. - Przede wszystkim wróćmy. A potem zobaczymy - odparła. Wrócili, zebrali pieniądze i sprowadzili na odpoczynek na Pomorzu kilka pociągów dzieci z rodzin, które ucierpiały podczas powodzi.
- Katorżniczą półtoraroczną pracą, kosztem rodziny, uratowała naszą spółdzielnię mieszkaniową - relacjonował Grzegorz Boros. Zadłużoną spółdzielnię wyprowadziła na prostą, dzięki niej kilkanaście szeregowców nie trafiło na licytację. Za przykładem tej spółdzielni ruszyły przewłaszczenia domów w innych spółdzielniach. Podejmując się roli prezesa, postawiła jeden warunek. Będzie prezesem społecznym, gdyż ludzie nie mają już zaufania do władz spółdzielni. Żeby je odzyskać, musi pracować za darmo.
Personel ZOZ, w którym pracowała, namówił ją, żeby wystartowała w konkursie na dyrektora. - Szpital ma poważne problemy. Uważałyśmy, że jeżeli ktoś coś może zmienić, to tylko ona - mówiła Małek.

Ogród zazieleni się wiosną

Przez lata mieszkali w bardzo skromnych warunkach, na trzydziestu paru metrach kwadratowych. Alina zawsze marzyła o domku z ogrodem. Przeprowadzili się do niewykończonego szeregowca, na goły beton, bez podłóg i drzwi wewnętrznych, z jedną umywalką i toaletą. Spali przy jakiejś stercie desek, każdego ranka budzeni przez robotników. Rzeczy mieli w kartonach i w workach.
Wykończenie domu ciągnęło się latami, bo Borusewicz ciągle pracował w Warszawie. Najpierw, jako członek specjalnej komisji sejmowej, zajmował się sprawą "Olina", później był wiceministrem spraw wewnętrznych.
- W 2001 nie zostałem posłem, dzięki temu miałem więcej czasu dla niej i dla domu. Prace wykończeniowe ruszyły. Po wyjściu ze szpitala Alina strasznie piliła mnie, żebym urządził ogród. Chciała móc wyjść na taras i popatrzeć na zieleń. Choroba nie dała mi szansy... - mówił Borusewicz.
Listopad 2002
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA