fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Francuskie działa i pruska biegunka

Jean-Baptiste Mauzaisse „Bitwa pod Valmy”
bridgeman art library
W tym miejscu i od tego dnia rozpoczyna się nowa epoka w historii świata – oświadczył Johann Wolfgang Goethe, uczestnik tej batalii
220 lat temu, 20 września 1792 roku, armia francuska zwyciężyła wojska austriackie i pruskie w bitwie pod Valmy. Tekst z archiwum miesięcznika "Uważam Rze Historia"
Zaiste, dziwna to była bitwa, która po obu stronach pochłonęła zaledwie kilkaset ofiar, a Prusakom dały się we znaki – bardziej niż kule Francuzów – zielone winogrona powodujące dezynterię. Ale wieńczyła ona trzy miesiące, które bardziej bodaj wstrząsnęły Francją i Europą niż poprzednie trzy lata rewolucji.

Druga rewolucja

Wiosną 1792 roku król Ludwik XVI prowadził dość nieudolnie podwójną grę. Na pozór sprawiał wrażenie przejętego budową nowej Francji i jej obroną przed agresją zewnętrzną. W kwietniu wzbudził nawet entuzjazm oświadczeniem „Przybywam dzisiaj, aby zgodnie z konstytucją zaproponować Zgromadzeniu Narodowemu wypowiedzenie wojny". W rzeczywistości liczył na zwycięstwo interwencyjnych wojsk austriackich i pruskich, przy których postępowali rojaliści francuscy. I oto 20 czerwca szydło wyszło z worka, kiedy zgłosił weto wobec ogłoszenia zaciągu nowych ochotników. Rozsierdzony lud paryski wdarł się wtedy do pałacu Tuileries, zmuszając władcę do odwołania rządu, cofnięcia weta i patriotycznych, upokarzających go deklaracji.
5 lipca legislatywa ogłosiła dekret „Ojczyzna w niebezpieczeństwie" i wydała polecenie, by wszyscy obywatele uzbroili się i rozpoczęli czynną służbę w Gwardii Narodowej. Gniew sankiulotów (ochotników rewolucjonistów z niższych warstw społecznych) spotęgowała deklaracja naczelnego wodza armii prusko-austriackiej Karola Wilhelma Fryderyka księcia Brunszwiku, wydana 25 lipca, której treść dotarła do stolicy Francji 1 sierpnia. Zapowiadał on walkę z rewolucją aż do skutecznej restauracji monarchii i pisał: „Mieszkańcy, którzy odważą się bronić przed oddziałami Ich Cesarskiej i Królewskiej Wysokości i strzelać do nich, będą natychmiast ukarani, a ich domy zostaną zniszczone lub spalone".
W Paryżu powołano radykalną komunę powstańczą, która obok wszechwładnego wówczas ministra Georges'a Dantona wpływała na dalszy bieg wydarzeń. 10 sierpnia nastąpiła „druga rewolucja" – 20 tys. sankiulotów, wspieranych przez armaty na Pont Neuf, zaatakowało Tuileries, zabijając i mordując 950 gwardzistów szwajcarskich. Król bezskutecznie szukał schronienia w legislatywie. Komuna uwięziła go w Temple, a legislatywę zmusiła do ogłoszenia wyborów do nowego parlamentu – Konwentu Narodowego. Rozbrat z feudalną Europą stał się całkowity.
Los monarchii – a zatem również los rewolucji – zależał od wyniku orężnej walki w polu.

Wstydliwa przypadłość Prusaków

Wroga armia przekroczyła granice Francji rychło po uwięzieniu króla. Francuscy emigranci tworzyli w niej niezdyscyplinowane formacje złożone ze szlachty, których wartość bojowa była iluzoryczna. Natomiast szczególny postrach budzili Prusacy, którzy od czasów Fryderyka Wielkiego cieszyli się opinią najlepiej wyćwiczonych i nieustępliwych w boju. Potrafili przeprowadzać pod ostrzałem nieprzyjaciela najbardziej skomplikowane manewry, a do ataku szli tak posłusznie, jakby nadal brzmiał im w uszach słynny okrzyk Starego Fryca: – Bydlaki, czy chcecie żyć wiecznie?! Od piechoty i kawalerii słabszą mieli natomiast artylerię. W przeciwieństwie do Austriaków, którzy wrócili z wojny tureckiej, nie byli też ostrzelani w prawdziwej bitwie.
Najmocniej dotknęła ich jednak – co wkrótce przyniosło dość ponure, ale także śmieszne zarazem skutki na polu walki – wstydliwa przypadłość wynikająca z opóźnień w dostawach żywności. Zawiodła rzekomo najwspanialsza niemiecka organizacja i pruscy grenadierzy chodzili głodni. W deszczu i chłodzie błąkali się wokół obozowisk i żarli to, w co obrodziły stoki francuskiego pogranicza: zielone, niedojrzałe jeszcze winogrona. Efektem była czerwonka i dezynteria. Tak, tak – groźni Prusacy, którzy szli ocalić francuskiego króla, mieli po prostu sr... kę.
Armię Prusaków, Austriaków i rojalistów francuskich podzielono na cztery grupy operacyjne. Centrum stanowiły oddziały pruskie w sile 42 tys. (w tym 12 tys. jazdy), wsparte 200 działami. Za nimi podążał dwutysięczny oddział elektora Moguncji oraz większość z 8 tys. emigrantów. Na prawym skrzydle od strony Namur nadciągał 15-tysięczny korpus austriacki dowodzony przez hrabiego Clerfayta. Celem sił głównych były twierdze Longwy, Montmedy i Verdun, a następnie – Paryż, do którego miały pójść przez Chalon.
Lewe skrzydło stanowiła kolejna, 14-tysięczna armia austriacka wraz z sześciotysięcznym oddziałem heskim pod dowództwem ks. Hohenlohe-Kirchberga. Miała ona przekroczyć Ren pod Mannheim i zdobyć Landau, Sarrelouis i Thionville. W odwodzie pozostawało 15 tys. Austriaków księcia von Sachsen-Teschena, z marszrutą wyznaczoną na Lille i Maubeuge.
Naczelny wódz książę brunszwicki Karol Wilhelm należał swego czasu do ulubionych dowódców Fryderyka Wielkiego. Odznaczył się w wojnie siedmioletniej, a ponieważ był światłym władcą, przyjacielem filozofów i prominentnym masonem, jako pierwsi w 1792 roku naczelne dowództwo zaproponowali mu Francuzi. Wybrał ofertę Habsburga i Hohenzollerna. Podczas manewrów poprzedzających marsz na Paryż rzekł: – Panowie, po co tyle ambarasu, to będzie tylko wojskowy spacerek...

Armia niebieskiego fajansu

Działania rewolucyjnej armii francuskiej budziły wiosną 1792 roku rozbawienie i politowanie w całej Europie. Znani byli dragoni, którzy na daleki odgłos przypadkowych wystrzałów wiali nocą pod Mons z okrzykiem: – Jesteśmy zdradzeni! Ratuj się, kto może! W Quievrain żołnierze piechoty wzięli własną kawalerię za wroga i otworzyli ogień. W chaosie, jaki potem zapanował, uciekali w popłochu, rzucając broń i ekwipunek. Panika ogarniała inne oddziały. Toteż na dworach europejskich przekręcano hasło towarzyszące idącym do boju z „vaincre ou mourir" („zwyciężyć albo zginąć") na „vaincre ou courir" („zwyciężyć albo zwiewać"). Rewolucyjną armię odzianą w błękitne mundury określano mianem niebieskiego fajansu, który rozleci się na kawałki.
Niepowodzenia na froncie (zanim jeszcze doszło do wyprawy większych sił interwentów!) powodowały nadmierną czujność rewolucyjnych władz, które wszędzie wietrzyły spiski i zdradę. Po 10 sierpnia miały powody; na stronę wroga przeszedł m.in. bohater wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych generał Lafayette. Regularną armię francuską opuszczali wtedy szlacheccy dowódcy, dyscyplina zaczęła zanikać, a oddziały ochotników – choć na ogół żarliwie oddane sprawie rewolucji – uczyły się dopiero regulaminu, taktyki, a nawet celowania z karabinu. Nowi dowódcy, zwykle dotychczasowi podoficerowie, sami niezbyt wprawni, mieli spore kłopoty z opanowaniem niekarnych i nieostrzelanych sankiulotów. Napoleon nie pojawił się jeszcze na horyzoncie; od błyskotliwych zwycięstw jego Armii Włoch dzieliły Francuzów trzy lata...
Atutem rewolucjonistów były natomiast karabiny i armaty. Wzór z 1777 roku uchodził wówczas za najlepszy skałkowy karabin na świecie, a artyleria miała najcelniejsze, najtrwalsze i najłatwiejsze w użyciu działa, z których strzelano już ładunkami gotowymi: pociskami połączonymi z materiałem miotającym. To zasługa generała Gribeauvala i jego reform z połowy XVIII wieku. To właśnie armaty zadecydują o wyniku spotkania pod Valmy.
Formalnie naczelnym wodzem pozostawał uwięziony król. Dopiero pod koniec sierpnia poczynaniami wojsk stojących na drodze interwentów zaczął kierować popierany przez Dantona minister wojny Charles Dumouriez. Dowództwo wysuniętej na południe Armii Renu sprawował Biron, który miał pod komendą 30 tys. gotowych do boju żołnierzy. Armią Środka dowodził Kellermann z kwatery głównej w Metz, który dysponował 30 tys. żołnierzy, w tym 15 batalionami ochotników. Armia Północna (przemianowana później na Armię Ardenów) liczyła 52 tys. ludzi, w tym 30 batalionów ochotniczych. Jedna z jej dwóch dywizji stacjonowała w departamencie Pas-de-Calais, druga zaś w departamentach Nord i Aisne. Dowodził tu sam Dumouriez.

Opowieści Lasu Argońskiego

Pod koniec sierpnia padła twierdza Longwy, a rychło potem Verdun. Na północy interwenci zagrozili Lille. Dumouriez postanowił więc na granicy niderlandzkiej pozostawić nieliczne jednostki, a linię obrony rozciągnąć od Sedanu na południe wzdłuż Lasu Argońskiego. Gęsto porośnięte wzgórza na krańcach, bagna pośrodku i tylko trzy dukty wiodące przez ów bór czyniły zeń dogodną pozycję obronną. Aby ją zająć przed znajdującym się bliżej wrogiem, Francuz dokonał niebywale brawurowego manewru, defilując niejako przed frontem Austriaków i Prusaków (wyróżnił się wtedy kawalerzysta Józef Miączyński, kompan Dumourieza jeszcze z czasów konfederacji barskiej).
Sojusznicy, którzy nie wykorzystali dobrego momentu do uderzenia i rozbicia Francuzów, mogli ich obejść, ale towarzyszący ekspedycji król pruski Fryderyk Wilhelm II wymógł, by przedrzeć się przez Las Argoński i jak najszybciej ruszyć na Paryż. Względy polityczne zadecydowały o wyborze gorszego już w tym momencie wariantu, ale książę brunszwicki nadal był pewien zwycięstwa. Do tego stopnia, że zlekceważył marsz Kellermanna na północ, a nawet był mu rad, sądząc, że jednym uderzeniem zetrze obie połączone armie francuskie. Zależało mu na szybkim stoczeniu bitwy, tym bardziej że – jak pamiętamy – dręczeni biegunką Prusacy coraz gorzej znosili przedłużające się operacje wojskowe.
Armie gotowały się do starcia wokół wysuniętego najbardziej na południe i strategicznie najważniejszego przejścia przez las w Les Islettes (wcześniejsze manewry spowodowały zresztą, że Francuzi stali od wschodu, a ich wrogowie od zachodu, od strony Paryża).
Ruchy wojsk i pierwsze starcia zaczęły się wraz z nadejściem świtu 20 września. Mżyło i unosiły się mgły. Awangarda Armii Ardenów pod dowództwem Stengla nie miała wystarczających sił, aby zaatakować wroga. Zajęła więc kluczową pozycję na wzgórzu nad wioską Valmy i szczęśliwie doczekała się nadejścia Kellermanna z południa. Zajął on wzgórze, a Stengel przeszedł na sąsiednie wzniesienie Yvron.
Trzy linie piechoty utworzone z batalionów regularnych i ochotników, kawaleria dowodzona m.in. przez księcia Chartres (przyszłego króla Francuzów Ludwika Filipa!), odwody Armii Ardenów pod dowództwem Wenezuelczyka, gen. Mirandy, 36 dział – tak wyglądała pozycja Kellermanna. Kiedy opadły mgły, interwenci na ten widok po raz pierwszy poczuli obawę, zwłaszcza że porażona czerwonką armia pruska liczyła tylko 34 tys. sprawnych żołnierzy i była nieco mniej liczna od przeciwnika. A jednak znów zadecydował król Fryderyk Wilhelm II i tuż po południu Prusacy ruszyli do natarcia.

Artyleria niebieska i niebiańska

Świadkowie bitwy – znalazł się wśród nich poeta Johann Wolfgang Goethe, który na szczęście przeżył – zwracali uwagę na dwa powody, dla których sankiuloci nie pierzchnęli od razu z pola walki. Po pierwsze pruscy artylerzyści fatalnie pudłowali, mimo wiatraka stanowiącego widoczny cel na wzgórzu, a francuscy strzelali celnie ze swych wspaniałych armat. Po drugie Kellermann dowiódł ogromnego opanowania i odwagi, uwijając się na koniu (wkrótce go pod nim ubito) wśród żołnierzy. Trzymał nad głową kapelusz z trójkolorowym pióropuszem, a jego okrzyk: „Vive la nation!" podjęły tysiące ust. Francuzi śpiewali obok „Ca ira" („Powiedzie się") i „Marsylianki" również „Karmaniolę" ułożoną właśnie w Piemoncie na wieść o wydarzeniach paryskich. Oto trzy pierwsze zwrotki w wolnym tłumaczeniu:
Pani Veto miał pomóc kat
Ściąć wszystkich ludzi do stu lat
Ale w Paryżu armat śpiew
Uczynił naszej Pani wbrew
Niech karmanioli tańczy krąg
Niech żyje śpiew, niech żyje śpiew
Niech karmanioli tańczy krąg
Niech żyje śpiewu armat gniew!
Panie Veto przysięgę daj
Że będziesz kochał cały kraj
Lecz jeśli będziesz kochał ćwierć
To naród skaże cię na śmierć.
Kellermann ostentacyjnie witał się – mimo kul – z Dumouriezem przed frontem oddziałów (podobną odwagę okazał król pruski) oraz sformował żołnierzy do kontrataku, co wywarło duże wrażenia na wrogu. W miejscu baterii zniszczonej przez wybuch jaszczy błyskawicznie sprowadził drugą. Wreszcie Francuzi odparli popołudniowe natarcie Prusaków – zarówno w Valmy, jak i na Mont Yvron. Ledwie zaś zamilkły działa błękitnej artylerii, a niebo rozdarła błyskawica i własną kanonadę zaczęła artyleria niebiańska.
Choć bitwa nie była krwawa – z obu stron padło nie więcej niż pół tysiąca ludzi – ani nie zakończyła się rozbiciem armii interwentów, Francuzi odnieśli niebywałe zwycięstwo polityczne i moralne. Oto zmoknięci, poobijani, nieszczęśliwi interwenci postanowili odstąpić zarówno z pola bitwy, jak i – po tygodniu negocjacji – od zamierzenia marszu na Paryż. Wojska rewolucyjnej Francji odniosły swe pierwsze zwycięstwo nad feudalną Europą.
Następnego dnia po bitwie pod Valmy, 21 września 1792 roku, Zgromadzenie Narodowe uchwaliło obalenie monarchii.
Lipiec 2012
Źródło: Uważam Rze Historia
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA