fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Europa bez Unii?

Namawiam, by rozpocząć strategiczną debatę o naszej zdolności do działania i rozwoju w sytuacji, gdyby sprawy w Europie podążyły w kierunku dezintegracyjnym - pisze były wiceminister spraw zagranicznych
Rozwój wypadków w Unii Europejskiej wymaga od polskich polityków sformułowania odpowiedzi na dwa pytania. Po pierwsze, w jaki sposób przygotować nasz kraj na "Europę bez Unii Europejskiej"? Po drugie, gdzie wyznaczyć granice, po przekroczeniu których dalsze członkostwo w Unii będzie niezgodne z naszą racją stanu?
Żeby sprawa była jasna, nie namawiam do wyjścia Polski z Unii Europejskiej dziś i natychmiast. Namawiam natomiast do tego, by rozpocząć w naszym kraju strategiczną debatę o naszej zdolności do działania i rozwoju w sytuacji, gdyby sprawy w Europie podążyły w kierunku dezintegracyjnym lub też, gdyby warunki członkostwa i obostrzenia z nim związane zaczynały przeważać nad elementami pozytywnymi. Oba te założenia nie są abstrakcyjne i scenariusze takie winny być przedmiotem namysłu osób odpowiedzialnych za los państwa.
Niestety, trudno mi dostrzec dziś wśród polskich polityków partnerów do takiej debaty. Wyjątkiem jest środowisko Prawa i Sprawiedliwości i dlatego proponujemy rozpoczęcie strategicznych studiów nad przyszłością polskiej polityki europejskiej. Większość środowisk politycznych, obecnych dziś w parlamencie wydaje się bowiem tkwić albo na pozycjach bezwarunkowej akceptacji tego, co dzieje się w Unii niezależnie od kierunku jej ewolucji, albo też jest niezdolna intelektualnie do wypracowania jakiejkolwiek alternatywy dla obecnego stanu rzeczy.
W większości przypadków mamy do czynienia z tym, co nazwałbym "postawą zablokowaną". Po prostu nie dopuszcza nawet myśli, iż Unia mogłaby się rozpaść lub przybrać niekorzystny dla nas kształt. Dlatego tak trudno prowadzić dziś w Polsce otwartą debatę o integracji europejskiej. Bardzo łatwo przyklejane są bowiem etykietki "eurosceptyków" lub "eurofobów", co jest prawie jednoznaczne z rodzajem chronicznego wykluczenia z prawa do zabierania głosu. Tymczasem rozsądek nakazuje, a umiejętność tworzenia strategii alternatywnych wymaga, by być zdolnym do przygotowania się na różny bieg wydarzeń, zawsze wychodząc z jedno podstawowego założenia: optymalizacji korzyści i minimalizacji strat dla polskiego interesu narodowego. Porzućmy zatem prosty podział: za i przeciw Unii Europejskiej, bo to okres referendum. Zacznijmy subtelniejszą intelektualnie debatę!
Jest to tym bardziej niezbędne, iż wspomniana blokada umysłowa obecnych elit powoduje, że Polska przypomina omdlałe państwo, bezwładnie osuwające się w ramiona tych, którzy stoją wokół. Nie jest to, bynajmniej, działanie niezamierzone. To konsekwencja przyjętego programu działania. Jeden z ministrów obecnego rządu nazwał to procesem "stopniowego zanurzania Polski w Unii Europejskiej". Jeśli przyjąć tą metaforę należy zapytać: kiedy to zanurzenie zacznie przypominać przytapianie albo też kiedy woda, w której się zanurzamy, zamieni się w niebezpieczną dla naszego zdrowia ciecz?
Powtarzam, odpowiedzialność za Polskę wymaga dziś namysłu nad alternatywą dla zanurzenia w Unii za wszelką cenę. Nie dlatego, że tego sobie życzymy, tylko dlatego, iż nie możemy sobie pozwolić na sytuację, w której zostaniemy zaskoczeni przez rozwój  wypadków.
Musimy, jako Polska, być przygotowani na trzy ewentualności.
Po pierwsze, na przypadek, kiedy w wyniku napięć wewnętrznych w Unii Europejskiej rozpocznie się proces stopniowego jej rozpadu poprzez występowanie z Unii kolejnych państw nie zgadzających się na obrany kurs integracji (Wielka Brytania) lub niezdolnych, by udźwignąć koszty członkostwa (np. kraje tzw. Południa). Unia Europejska wejdzie więc w proces "ociosywania", będą odpadać kolejne warstwy aż do rdzenia.  Stanie wtedy przed nami pytanie: zostajemy w środku czy także się odrywamy? Jeśli zostajemy, to jak przeprowadzimy kalkulację, do którego momentu być w coraz węższej Unii? Czy trwamy w niej aż do końca, czyli do momentu, gdy Unia stanie się tożsama z Trójkątem Weimarskim? A jeśli wychodzimy, to czy włączamy się w proces tworzenia jakiejś alternatywnej formy współpracy na kontynencie, obok starzejącej się i coraz bardziej "wsobnej" dawnej Unii? Jeśli tak, to jaka miałyby być ta dynamiczna alternatywa dla stagnacyjnego rdzenia i z kim ją tworzyć?
Po drugie, musimy się przygotować na sytuację, w której procesy integracyjne nie tylko nie zwalniają, ale przeciwnie, zostają przyspieszone. Może się to odbyć poprzez obranie kierunku na ścisłą unię polityczną i podatkową i to zawiązaną w drodze pan-europejskiego referendum, jak ostatnio postulowali to politycy niemieccy. Może się rozwój integracji posunąć w kierunku centralizacji rozwoju w wydzielonym "pasie centralnym" obejmującym najbardziej rozwinięte regiony Europy z przeznaczeniem pozostałych obszarów na peryferia utrzymywane jako zaplecze oraz rezerwuar ziemi i zasobów ludzkich. Może wreszcie integracja pójść zdecydowanie w stronę koordynacji polityki zagranicznej i polityki bezpieczeństwa, poprzez ich scentralizowanie, a tym samym podporządkowanie zachowań państw członkowskich na arenie międzynarodowej wytycznym z brukselskiej centrali, np. w kwestii relacji ze Wschodem czy USA. Powstanie wtedy pytanie: co jest naszą, polską, granicą przyzwolenia na dalszy rozwój integracji europejskiej? Przekroczenie jakiej "czerwonej linii" będzie dla nas nie do zaakceptowania i będzie trzeba powiedzieć: nie, w takiej Unii nie opłaca nam się trwać! Jakie elementy wchodzić powinny do bilansu zysków i strat, przecież nie chodzi tylko o transfery finansowe, wszak członkostwo to nie kwestia "wyduszenia brukselki", ale coś znacznie poważniejszego. Można sobie wyobrazić sytuację, w której Polska powinna odmówić uczestnictwa w dalszym pogłębianiu integracji z powodów politycznych. Nie możemy wówczas tkwić w sidłach buchalterii i biadać ilu to pieniędzy nie dostaniemy, jak wyjdziemy z Unii. Musimy być gotowi na scenariusz, w którym nie przeliczamy wszystkiego na "stracone euro", tylko decydujemy w imię racji stanu a nie "szmalu".
Po trzecie, musimy się przygotować na sytuację, w której nie następuje żadna spektakularna zmiana polityczna w samej Unii, ale sytuacja Polski, lub wokół niej, ulega tak istotnej zmianie, a polityka europejska w kolejnych regulacjach nie uwzględnia naszych potrzeb (bo nie potrafimy ich przeforsować), aż w końcu dalsze uczestnictwo w Unii zaczyna stawać się obciążeniem dla naszego kraju, a nie źródłem rozwoju. Dziś taki rozwój  wypadków wydaje się nieprawdopodobny, wszak jesteśmy wciąż zalewani falami informacji o deszczu tzw. "środków europejskich" i wsparciu wsi. Nie jest to jednakże  scenariusz wykluczony. Po pierwsze, jeszcze nie znamy prawdziwego bilansu wpływu środków europejskich na polski rozwój i ich znaczenia dla gospodarki. Chodzi o całokształt długoterminowego wpływu tych środków przy oszacowaniu także skutków  niepożądanych takich jak: pieniądze błędnie zainwestowane, koszty utrzymania  powstałej  infrastruktury, koszty obsługi i spłaty powstałego w związku z absorpcją funduszy zadłużenia samorządów, czy wreszcie przy wzięciu pod uwagę podkreślanego przez sam  rząd Tuska faktu, że i tak większość pieniędzy z funduszy strukturalnych trafia w postaci wypłat kontraktów wykonawczych do krajów - płatników netto. Raptem może się okazać , iż dla gospodarstw domowych w Polsce ważniejsze znaczenie w codziennym bytowaniu na naszej zielonej wyspie mają bezpośrednie transfery pieniędzy od tych, którzy z Polski  wyemigrowali za chlebem, przypominam: kwartalnie to miliard euro żywej gotówki transferowanej do Polski! Może więc ważniejsza jest swoboda zatrudnienia i konkurencji a nie zasilanie budżetowe?  Po drugie w bilansie członkostwa trzeba brać pod uwagę  to,  iż  stopniowo zaczynamy zdawać sobie sprawę z kosztów członkostwa, ponoszonych wówczas, gdy nie umiemy skutecznie zadbać o swoje interesy na forum unijnym. Sztandarowym przykładem takiego koszu jest oczywiście likwidacja przemysłu stoczniowego na skutek regulacji dotyczących pomocy publicznej w UE. Wreszcie, po trzecie, trzeba pamiętać, że możliwe jest, iż regulacje dotyczące warunków środowiskowych wydobywania kopalin mogą rozwinąć się w takim kierunku,  iż uniemożliwi to wydobycie w Polsce gazu łupkowego, a z kolei pakiet klimatyczny dorżnie naszą gospodarkę z drugiego końca tego samego ostrego kija. Wtedy też trzeba będzie postawić pytanie: czy członkostwo w takiej Unii ma dalej sens ?
Stawiam powyższe pytania jako wyzwanie dla politycznej debaty w Polsce. Nie dlatego, że źle życzę Unii Europejskiej, ale dlatego, że dobrze życzę naszemu krajowi. W środowisku ekspertów Prawa i Sprawiedliwości rozpoczęliśmy prace nad takimi strategicznymi studiami nad przyszłością Unii Europejskiej i odpowiadającymi im wariantami polskiej polityki europejskiej.
Jesteśmy gotowi, by przedstawiać wyniki tych prac i dyskutować nad alternatywnymi strategiami przyszłości.
Odblokujmy polską debatę o Europie.
Autor jest politologiem, posłem PiS w latach 2007-2008 był wiceministrem spraw zagranicznych oraz podsekretarzem stanu w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA