fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Ubrania tanio kupię

Fotorzepa, Sławomir Mielnik
Piotr Mazurkiewicz
Powoli kończy się sezon letnich wyprzedaży. Nie oznacza to jednak, że ceny ubrań przestaną spadać
Rynek odzieżowy i obuwniczy już od dawna odczuwa najmocniej spadek popytu i większą skłonność do ograniczania wydatków konsumpcyjnych. W badaniach właśnie ta kategoria wskazywana była zazwyczaj jako jedna z pierwszych, na której Polacy planują oszczędzać.
Dlatego nie ma się co dziwić, że firmy wszelkimi sposobami starają się zachęcać klientów, aby z kupowania ubrań czy butów jednak nie rezygnowali. W tym roku letnia wyprzedaż w wielu sieciach rozpoczęła się już na początku czerwca – aż o miesiąc wcześniej, niż działo się to w latach poprzednich.

Taniej w sieci

Choć w tradycyjnych sklepach w centrach handlowych posezonowe obniżki cen już się kończą, to nadal w najlepsze trwają w Internecie. Z analizy wykonanej przez firmę PayU wynika, że na największe obniżki można liczyć w e-sklepie Cropp – rabaty wahają się od 50 do 75 proc. W przypadku marki House można liczy na ceny niższe o 20–50 proc., z kolei w przypadku Wólczanki czy Vistuli można robić zakupy nawet o połowę taniej niż wcześniej. Nic więc dziwnego, że tradycyjny handel odczuwa coraz mocniej zmiany zachowań konsumentów. Liczba klientów w galeriach handlowych spada – wiele sklepów przyznaje, że klienci przychodzą do nich jedynie przymierzyć towar, którego i tak poszukają – z reguły za niższą cenę – już w sieci.
– Dodatkowo konsument, który zawarł umowę sprzedaży przez Internet, może od niej odstąpić bez podawania przyczyn, składając stosowne oświadczenie na piśmie w terminie dziesięciu dni, licząc od dnia wydania rzeczy. Najlepiej przesłać takie oświadczenie listem poleconym za zwrotnym potwierdzeniem odbioru – mówi Adrian Witkowski z PayU. – W takiej sytuacji kupujący zostanie zwolniony także z poniesionych wcześniej kosztów przesyłki, odpowiednia kwota powinna zostać mu zwrócona – dodaje.
Z badania przeprowadzonego przez firmę PMR wynika, że 38 proc. sieci odzieżowych i obuwniczych ocenia obecną sytuację rynkową jako raczej niekorzystną. Duże firmy są jednak bardziej optymistyczne w przewidywaniach na drugą połowę roku – oczekują poprawy lub nie przewidują zmian. Ogółem 54 proc. firm przewiduje, iż ich przychody w 2012 r. wzrosną, a zdaniem 30 proc. ich wartość się nie zmieni. PMR podaje także, że w 2011 r. sprzedaż odzieży i obuwia wzrosła o 1 proc., do 27 mld zł. Na 2012 r. firma prognozuje wzrost wartości rynku o 2,5 proc.

Popularne dyskonty

Polacy faktycznie z zakupów nie rezygnują, ale kupują je w innych sklepach, niż robili to wcześniej. Sieci hipermarketów przyznają, że odzież stanowi co najmniej kilka, a nawet 10 proc. obrotów. W przypadku największych firm w tym kanale dystrybucji oznacza to rocznie nawet do 1 mld zł. – Dużej grupy naszych klientów nie interesuje marka produktu. Ubrania mają być tanie i wyglądać w miarę dobrze – mówi przedstawiciel jednej z sieci. Ofertę tego typu produktów rozwijają także sieci dyskontowe – widać to bardzo mocno zwłaszcza w przypadku sieci Lidl. Jednak tradycyjnym sklepom odzieżowym wyrasta także nowy rywal, czyli dyskonty odzieżowe. Dla nich także priorytetem są niskie ceny, a marka produktu w zasadzie nie ma znaczenia. Duże zainteresowanie ich ofertą przekłada się na tempo rozwoju – dwaj przedstawiciele tego rynku, czyli Pepco oraz Textilmarket, to już odpowiednio druga oraz trzecia pod względem liczby placówek sieć odzieżowo-obuwnicza w Polsce. Pochodzące z RPA Pepco ma ich już ponad 340, rocznie otwiera 60–80 nowych, a według firmy na polskim rynku jest miejsce na co najmniej 600.
– Zakładamy uruchomienie ok. 60 sklepów w całym 2012 r., z czego 22 zostały już otwarte – mówi Radosław Wiśniewski, prezes zarządu Redanu, do którego należy Textilmarket. – Dostępny u nas towar pochodzi przede wszystkim od krajowych producentów i dystrybutorów. Udział bezpośredniego importu z Dalekiego Wschodu jest jeszcze niewielki, ale stopniowo zaczyna rosnąć – dodaje Wiśniewski.
masz pytanie, wyślij e-mail do autora p.mazurkiewicz@rp.pl
Mniejsze wydatki na odzież

Polacy ograniczają kupno ubrań

W statystycznym gospodarstwie domowym miesięczny budżet na tego typu wydatki to ledwie ok. 50 złotych na osobę. Co więcej, w ostatnich latach wartość wydatków na ubrania w zasadzie się nie zmienia. Rośnie za to wolumen kupowanej odzieży, co oznacza, że coraz chętniej kupowane są rzeczy z coraz niższymi cenami. Nie jesteśmy pod tym względem w Europie ewenementem. Wydatki na odzież ograniczają także mieszkańcy najbogatszych państw Unii Europejskiej. Dlatego dla firm odzieżowych zarówno ze średniej, jak i najwyższej półki od lat głównym kierunkiem rozwoju jest Azja, a zwłaszcza Chiny.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA