fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Salonowa lewica

Piotr Gursztyn
Fotorzepa, Waldemar Kompała
Jędrzej Bielecki
Niezauważenie znika z polskiej polityki lewica obyczajowa. Okazuje się, że w Polsce nie ma zapotrzebowania na światopoglądowy radykalizm - pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
Trzyprocentowy sondaż Ruchu Palikota, choć to zdarzenie jednorazowe, poruszył polską politykę. Rzadko się zdarza, aby jakieś ugrupowanie zaledwie w kilka tygodni zgubiło większość swoich zwolenników. Na dodatek w zestawieniu z innymi zjawiskami sondażowa zapaść partii Janusza Palikota uzmysłowiła, jak niewiele w polskiej polityce daje odwoływanie się do haseł światopoglądowych. Rzecz dotyczy przede wszystkim lewicy, a nie prawicy, bo po drugiej stronie sceny politycznej radykalizm raczej popłaca.
Te inne zjawiska, z którymi należy zestawić złą passę Palikota, to sondażowa i organizacyjna stabilizacja głównego konkurenta, czyli SLD. Nie ma tu nic oszałamiającego, bo mówimy o notowaniach rzędu 10 procent, ale pamiętajmy, że jeszcze wiosną Palikot zapowiadał całkowitą anihilację Sojuszu.
Drugie zjawisko to kondycja tzw. liberalno-lewicowego skrzydła Platformy Obywatelskiej. W tej kwestii jest w ogóle poważny definicyjny problem. Co jakiś czas opinia publiczna jest informowana o kolejnym, ostrym ponoć, sporze dzielącym PO w kwestiach obyczajowych. A to spór o in vitro, a to o związki partnerskie, wreszcie o konwencję Rady Europy ws. przemocy w rodzinie. Spór ma się toczyć między plaformerskimi konserwatystami, których twarzą jest Jarosław Gowin, a lewicową częścią PO. Rzecz jednak w tym, że wiemy, kim jest Gowin, i znamy nazwiska polityków PO deklarujących konserwatywne poglądy. Za to po drugiej stronie mamy do czynienia z garstką osób, zazwyczaj nieznanych opinii publicznej, które epizodycznie zabierają głos w konkretnych sprawach.

Dla kogo listek marihuany

Zjawisko uwiądu lewicy obyczajowej dotyczy odległych od siebie środowisk. Przyczyna jednak jest wspólna -  niewielu wyborców interesują hasła „wyzwolenia obyczajowego". Na lewicy zaś najbardziej nośne są hasła socjalne.
-  Sprawy obyczajowe są ważne tylko na etapie gry „zaistnieć", dalej nie. Palikot na antyklerykalizmie mógł osiągnąć maksymalnie 10 procent -  zauważa politolog dr Jarosław Flis.
Inny politolog, dr Rafał Chwedoruk, dodaje: -  „Obyczajówka" jest ważna dla części elektoratu wielkomiejskiego, któremu i tak bliżej do PO czy dawnej Unii Wolności.
Czyli ludzi raczej zamożnych, którzy w swoich wyborach politycznych kierują się także innymi czynnikami niż tylko walka o „prawa" homoseksualistów. Zresztą Chwedoruk ze śmiechem słusznie rysuje obraz wyborcy SLD -  emerytowanego pułkownika MO, który miałby dołączyć do owej walki. Każdy przyzna, że byłaby to groteska.
Udana reanimacja SLD to efekt ostrego oporu wobec podniesienia wieku emerytalnego i współpracy ze związkami zawodowymi. Żartobliwie można stwierdzić, że to zasługa Donalda Tuska, bo jesienią poturbowany wyborczą klęską Sojusz chciał za wszelką cenę dołączyć koalicji. Tusk nie chciał, więc SLD nie pozostało nic innego, jak stać się opozycją. Jak widać, wyrazista postawa opłaciła się partii Leszka Millera, tak jak niewyrazista zabija ugrupowanie Palikota.
Rzecz nawet nie w tym, że Janusz Palikot lawirował od haseł o budowaniu fabryk do wolnorynkowego liberalizmu. Wszystkie inne partie też halsują w razie potrzeby. Ale każda z nich -  PO, PiS, SLD -  dorobiła się wiernych elektoratów, które nawet z zaciśniętymi zębami, ale wybaczą wiele swoim reprezentantom. Palikot zaś nie zdobył oddanych wyborców. I nie jest to efekt tego, że jego partia działa od niedawna. Nie miał czym pozyskać ich wierności. Wpięty w marynarkę listek marihuany to za mało. Słusznie zauważył w rozmowie z „Rz" doradca Palikota Piotr Ikonowicz, że co z tego, iż amator marihuany będzie mógł sobie ją swobodnie kupić, gdy nie będzie miał na to pieniędzy. Zresztą wśród miłośników trawki frekwencja wyborcza raczej nigdy nie będzie zbyt wysoka, w odróżnieniu od ubożejących emerytów.

Politycy typu „buu"

Historia Janusza Palikota uzmysławia jeszcze jeden problem z lewicą obyczajową w Polsce. To sztuczny konstrukt, który -  w porównaniu z innymi nurtami politycznymi -  nie ma swoich społecznych czy historycznych korzeni. Palikotowi wypomina się wspieranie konserwatywnego tygodnika „Ozon". Oczywiście zdarzają się gwałtowne zmiany poglądów, ale w jego przypadku wiele osób podejrzewa go o koniunkturalizm. Nawet jeśli niesprawiedliwie, to jest to zagrożenie dla jego wiarygodności. Mało który inny polski polityk ma ten problem -  nawet najbardziej nienawidzące Jarosława Gowina czy Leszka Millera osoby nie kwestionują ich światopoglądowej integralności.
Palikot odbierany jest jako osoba, która wygrała casting na polityka lewicy obyczajowej. Grupa jego przyjaciół, z których najbardziej znana jest prof. Środa, potrzebowała mieć swojego reprezentanta. Tego samego chciała „Gazeta Wyborcza". Palikot odpowiedział na zapotrzebowanie.
Podobnie jest w PO. „Salon" chciał mieć lewicowe skrzydło, więc objawiło się kilku polityków, którzy uznali to za swoją szansę. W ten sposób mało znana, pozbawiona środowiskowego zaplecza posłanka Agnieszka Kozłowska-Rajewicz została pełnomocnikiem rządu ds. równego traktowania. Od czasu do czasu oczko w tę stronę puszczała polityk bardziej znana, czyli Małgorzata Kidawa-Błońska. Robi to jednak bardzo ostrożnie i wiadomo, że nie polegnie za lewicowe ideały.
W odróżnieniu od Jarosława Gowina, bo on i kilku innych konserwatystów z PO są zdolni do powiedzenia swojego „non possumus". Zresztą nawet gdyby wypadli z PO, to wcześniej czy później odnaleźliby się gdzieś z tymi samymi swoimi hasłami. Z nimi bowiem przyszli do PO. Nikt ich im nie zaprojektował.
Bezmiar słabości platformerskiej lewicy pokazuje znaczący szczegół. Nikomu w Polsce nic nie mówi nazwisko działacza PO z Gdyni Radomira Szumełdy. Mimo to wspierająca ten nurt „Gazeta Wyborcza" robi z nim wywiad. Pan Szumełda bowiem napisał list do Gowina z pretensjami za sprzeciw ministra wobec związków partnerskich. Co to znaczy? Że „GW" nie mogła znaleźć nikogo bardziej miarodajnego w skrzydle liberalno-lewicowym. Oraz to, że rzekomi liderzy tego skrzydła boją się zabrać głos.
Nawiązując do określenia Donalda Tuska, są politykami typu „buu". Czyli wystarczy krzyknąć na nich „buu" i już ich nie ma. Bo nie stoją za nimi, tak jak za konserwatystami i lewicą socjalną, masy wyborców.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA