fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Katedra na piasku

„Finnegans Wake” to jedyna w swoim rodzaju gra, którą Joyce stworzył dla wykazania możliwości swego niezwyczajnego umysłu, po czym nie opracował do niej instrukcji. To wyzwanie na miarę grafik Eschera
Forum
Przełożenie na polski „Finnegans Wake" Joyce'a wywołało falę entuzjazmu. Jaki jest jednak sens pracy nad spolszczeniem książki, której kody i odwołania muszą zniknąć w tłumaczeniu?
Czy moż­na wy­po­wia­dać się o książ­ce, któ­rej się nie prze­czy­ta­ło i nie wie się, co jest jej isto­tą? Franc Fi­szer uwa­żał, że to nic trud­ne­go, a cał­kiem spo­ra gru­pa współ­cze­snych re­cen­zen­tów po­twier­dza je­go opi­nię. Po dłuż­szym okre­sie za­po­wia­da­nia wy­da­rze­nia, któ­re­go moc mia­ła do­rów­ny­wać ude­rze­niu ko­me­ty, uka­zał się pol­ski od­po­wied­nik dzie­ła Ja­me­sa Joy­ce'a „Fin­ne­gans Wa­ke", no­szą­cy ty­tuł „Fin­ne­ga­nów tren". Zo­stał po­wi­ta­ny pro­win­cjo­nal­ny­mi unie­sie­nia­mi nie nad dzie­łem jed­nak, co wy­ma­ga­ło­by okre­ślo­nej wie­dzy, lecz nad fak­tem, że oto w Pol­sce, u nas, nad Wi­słą, uka­zał się prze­kład te­go ar­cy­dzie­ła.
Re­ak­cje me­diów two­rzą mi­ły dla ucha jed­no­głos, któ­re­go naj­wy­raź­niej nie na­le­ży za­kłó­cać. Gdy po przy­ję­ciu za­pro­sze­nia do wy­stę­pu w au­dy­cji ra­dio­wej po­świę­co­nej tej książ­ce pi­szą­cy te sło­wa za­po­wie­dział swój kry­tycz­ny do niej sto­su­nek, pro­po­zy­cja na­gle się zde­ma­te­ria­li­zo­wa­ła. Przy pro­ble­mach, ja­kie sam miał z wy­daw­ca­mi, cen­zu­rą i re­cen­zen­ta­mi, Joy­ce z pew­no­ścią do­ce­nił­by iro­nię tej sy­tu­acji.
Za­cznij­my jed­nak od po­cząt­ku. Wbrew za­baw­ne­mu en­tu­zja­zmo­wi „Ga­ze­ty Wy­bor­czej", któ­ra przy oka­zji za­chwa­la­nia pu­bli­ka­cji tłu­ma­cze­nia „Fin­ne­gans Wa­ke" do­po­mi­na­ła się, by na tej sa­mej za­sa­dzie prze­ło­żyć rów­nież prze­oczo­ną po­wieść Hen­ry'ego Ja­me­sa, utwór Joy­ce'a nie jest po­wie­ścią w sen­sie, w ja­kim zwy­cza­jo­wo uży­wa­my te­go po­ję­cia, na­wet w od­nie­sie­niu do dzieł po­wszech­nie uwa­ża­nych za „trud­ne". A na­wet w tym zna­cze­niu, w ja­kim uży­wa się go w sto­sun­ku do ta­kich utwo­rów jak „Com­po­si­tion No 1" Mar­ca Sa­por­ty, czy­li zbio­ru luź­nych kar­tek, któ­re na­le­ży sa­me­mu uło­żyć w do­wol­nej ko­lej­no­ści i od­czy­ty­wać go za każ­dym ra­zem ina­czej. „Fin­ne­gans Wa­ke" to spe­cy­ficz­na i je­dy­na w swo­im ro­dza­ju gra, któ­rą Joy­ce stwo­rzył dla wy­ka­za­nia moż­li­wo­ści swe­go nie­zwy­czaj­ne­go umy­słu i do któ­rej nie chciał, lub nie zdą­żył, opra­co­wać in­struk­cji.
Ta gra, naj­pro­ściej mó­wiąc, po­le­ga na ta­kim prze­kształ­ca­niu słów lub ich zbi­tek, by skła­da­ją­ce się na nie li­te­ry al­bo wy­ni­ka­ją­ce z nich gło­ski da­wa­ły się od­czy­tać na róż­ne spo­so­by w róż­nych ję­zy­kach. Po­służ­my się pro­stym przy­kła­dem, za­war­tym w pierw­szym peł­nym zda­niu książ­ki, czy­li fra­zą „vio­ler d'amo­res". Nie­mal każ­dy czy­tel­nik do­strze­że tu in­stru­ment mu­zycz­ny o na­zwie vio­la d'amo­re, ale nie moż­na też prze­oczyć, że „vio­ler" to po fran­cu­sku „gwał­cić", „vio­let" to od­cień pur­pu­ry, znaj­du­ją­cy się na krań­cu tę­czy, a „d'amo­res" to po por­tu­gal­sku „do­ty­czą­cy mi­ło­ści".
 
To pierw­szy po­ziom za­ko­do­wa­nia tek­stu. Dru­gi to ukry­te al­bo na­wet jaw­ne, ale czę­sto nie­oczy­wi­ste na­wią­za­nia do ele­men­tów kul­tu­ry i wie­dzy ogól­nej, co zresz­tą czy­nił w swo­ich utwo­rach tak­że (nie­wie­le ła­twiej­szy w od­bio­rze) wiel­ki po­eta mo­der­ni­stycz­ny Ezra Po­und. W tym sa­mym pierw­szym zda­niu książ­ki ma­my na przy­kład Sir Tri­stra­ma. Ła­two od­czy­tać alu­zję do Sir Tri­stram­sa de Lyons z ro­man­su Tho­ma­sa Ma­lo­ry'ego, ale czy ja­kie­kol­wiek tłu­ma­cze­nie do­star­czy nam wie­dzy, że mo­że to być tak­że Sir An­tho­ny Tri­stram, hra­bia Howth, czy­li dziel­ni­cy Du­bli­na? Al­bo że Bre­ta­nię, gdzie się uro­dził, zwa­no daw­niej Ar­mo­ri­cą, co wy­ja­śnia ko­lej­ną fra­zę tek­stu „North Ar­mo­ri­ca". Je­śli ktoś to wie, tłu­ma­cze­nie pol­skie nie jest mu po­trzeb­ne; je­śli nie wie, tekst pol­ski mu nie po­mo­że. Co wię­cej, sko­ro trud­no mu czy­tać po an­giel­sku, to bę­dzie miał tak­że pro­ble­my z po­słu­że­niem się od­po­wied­ni­mi po­mo­ca­mi na­uko­wy­mi. Jak wia­do­mo, mo­der­nizm ob­no­si się ze swą eli­tar­no­ścią.
Trze­ci wresz­cie po­ziom trud­no­ści to alu­zje do wy­da­rzeń czy osób z pry­wat­ne­go ży­cia au­to­ra. W tym za­kre­sie wręcz ko­niecz­na jest umie­jęt­ność się­gnię­cia do od­po­wied­nich ko­men­ta­rzy ist­nie­ją­cych tyl­ko po an­giel­sku. Do­pie­ro po od­cy­fro­wa­niu tych wie­lo­ra­kich na­wią­zań moż­na się od­wo­łać do, jak wy­kła­dał to Po­und, za­sa­dy kom­po­zy­cyj­nej hie­ro­gli­fu, zgod­nie z któ­rą łą­cząc znak „że­la­zo" ze zna­kiem „czer­wo­ny", otrzy­mu­je się zna­cze­nie „rdza". Al­bo­wiem za­sa­dą kom­po­zy­cyj­ną „Fin­ne­gans Wa­ke" jest, by wszyst­kie za­war­te w da­nym frag­men­cie tek­stu zna­cze­nia mieć jed­no­cze­śnie w świa­do­mo­ści i z nich wszyst­kich łącz­nie stwo­rzyć no­wą ja­kość.
Pro­blem w tym, że Joy­ce ope­ru­je ta­ki­mi zło­żo­ny­mi zna­cze­nia­mi nie tyl­ko na po­zio­mie po­szcze­gól­nych słów, lecz tak­że zwro­tów, zdań, aka­pi­tów. A wresz­cie ca­łej książ­ki, któ­ra sta­no­wi kom­plet­ny, uni­kal­ny zbiór wza­jem­nie się uzu­peł­nia­ją­cych zna­czeń, alu­zji, sym­bo­li. Nad je­go skom­po­no­wa­niem Joy­ce pra­co­wał bez wy­tchnie­nia przez 17 lat, tłu­macz Krzysz­tof Bart­nic­ki oświad­cza zaś z peł­ną de­zyn­wol­tu­rą: „Ja sam książ­ki nie prze­czy­ta­łem. Od ra­zu rzu­ci­łem się do tłu­ma­cze­nia, a vi­sta, bez wstęp­nej lek­tu­ry". Po­gra­tu­lo­wać.
Mu­si­my też pa­mię­tać o spe­cy­ficz­nych ce­chach ję­zy­ka an­giel­skie­go, dia­me­tral­nie róż­nią­cych go od ję­zy­ka pol­skie­go. Skła­da się on za­rów­no ze słów ger­mań­skich („krót­kich"), jak i ro­mań­skich („dłu­gich") o tym sa­mym zna­cze­niu: na przy­kład „put out" i „extin­gu­ish" zna­czą do­kład­nie to sa­mo („uga­sić"). Ta dwo­istość ety­mo­lo­gicz­na da­je znacz­nie więk­sze moż­li­wo­ści two­rze­nia gier słow­nych, niż jest to moż­li­we po pol­sku. Co wię­cej, ję­zyk an­giel­ski nie jest ję­zy­kiem flek­syj­nym, co zna­ko­mi­cie uła­twia ukry­wa­nie przez au­to­ra swo­ich in­ten­cji. Naj­prost­szy przy­kład: w „Fin­ne­gans Wa­ke", „wa­ke" to za­rów­no sty­pa, jak i prze­bu­dze­nie, czy­li po­czą­tek i ko­niec, cy­klicz­ność by­tu – ale czy­je? Fin­ne­ga­na czy Fin­ne­ga­nów? Od­po­wiedź za­le­ży od te­go, gdzie po­sta­wi­my „bra­ku­ją­cy" apo­strof. A w tłu­ma­cze­niu, za­nim jesz­cze otwo­rzy­my okład­kę książ­ki, z wie­lu moż­li­wo­ści in­ter­pre­ta­cji ty­tu­łu ory­gi­na­łu zo­sta­je nam tyl­ko jed­na: „Fin­ne­ga­nów tren". Zni­kło zmar­twych­wsta­nie, że­gnaj Fin­ne­ga­nie.
 
Mo­gło zresz­tą być go­rzej, bo tłu­macz, jak mó­wi, za­mie­rzał dać książ­ce ty­tuł „Quo Wa­kis". Wer­sja nie­miec­ka, fran­cu­ska, ho­len­der­ska wszyst­kie na­zy­wa­ją się po pro­stu „Fin­ne­gans Wa­ke", ale dla pol­skie­go trans­la­to­ra to za­pew­ne nie dość am­bit­ny po­mysł.
Joy­ce nie bez po­wo­du twier­dził, że je­go ide­al­ny czy­tel­nik wi­nien cier­pieć na bez­sen­ność i ca­łe ży­cie po­świę­cić na od­czy­ty­wa­nie zna­czeń ukry­tych w „Fin­ne­gans Wa­ke". Ta­ki czy­tel­nik ist­nie­je ale wła­śnie na spo­sób joy­ce'owski. Otóż są nim set­ki, mo­że ty­sią­ce lu­dzi roz­sia­nych po ca­łym świe­cie, któ­rzy stop­nio­wo do­kła­da­ją ko­lej­ne moż­li­we od­czy­ta­nia ka­wał­ki tej ła­mi­głów­ki. Przez wie­le lat wy­ni­ki ich prac oma­wia­no na mię­dzy­na­ro­do­wych sym­po­zjach, gdzie rze­czy­wi­ście zda­rza­ło mi się spo­tkać lu­dzi, któ­rzy te­mu za­da­niu po­świę­ca­li ca­łe swo­je ży­cie. Dzi­siaj, dzię­ki In­ter­ne­to­wi, jest to znacz­nie prost­sze, a jed­na tyl­ko ze stron po­świę­co­nych „Fin­ne­gans Wa­ke" za­wie­ra do­brze po­nad 80 tys. ob­ja­śnia­nych ha­seł i cią­gle ro­śnie.
Joy­ce stwo­rzył swo­je uni­kal­ne ar­cy­dzie­ło nie ja­ko za­ba­wę i z pew­no­ścią nie ja­ko efekt schi­zo­fre­nii, jak to nie­sto­sow­nie su­ge­ru­je w wy­wia­dach Bart­nic­ki. Mo­der­nizm, jak wia­do­mo, cha­rak­te­ry­zo­wał się mię­dzy in­ny­mi sta­ra­nia­mi o prze­kra­cza­nie ogra­ni­czeń po­szcze­gól­nych dzie­dzin sztu­ki. „Akt scho­dzą­cy po scho­dach" Mar­ce­la Du­cham­pa to pró­ba wpro­wa­dze­nia ru­chu w ob­szar ob­ra­zu, ku­bi­stycz­ne eks­pe­ry­men­ty Pi­cas­sa to chęć prze­ła­ma­nia dwu­wy­mia­ro­wo­ści płót­na, i tak da­lej. Joy­ce'a na­to­miast zaj­mo­wa­ła kwe­stia po­ko­na­nia li­ne­ar­no­ści tek­stu li­te­rac­kie­go. Słu­cha­jąc kon­cer­tu, sły­szy­my jed­no­cze­śnie wie­le in­stru­men­tów mu­zycz­nych, pa­trząc na ob­raz, do­strze­ga­my w tym sa­mym cza­sie roz­ma­ite je­go ele­men­ty, ale po­zna­jąc tekst, czy­ta­my go sło­wo po sło­wie, li­nij­ka po li­nij­ce. By wy­ra­zić jed­no­cze­sność, pi­sarz mu­si uży­wać pro­tez w ro­dza­ju: „w tym sa­mym cza­sie, gdy", ale Joy­ce'a to nie sa­tys­fak­cjo­no­wa­ło.
Już w „Ulis­se­sie" pró­bo­wał po­słu­żyć się tzw. mo­ty­wa­mi, czy­li przed­mio­ta­mi lub sfor­mu­ło­wa­nia­mi, któ­re po­ja­wia­jąc się w tej sa­mej po­sta­ci w róż­nych opi­sach, sy­gna­li­zo­wa­ły zbież­ność cza­so­wą od­ręb­nych wy­da­rzeń. Ale efekt nie był w peł­ni za­do­wa­la­ją­cy i do­pie­ro w „Fin­ne­gans Wa­ke" zna­lazł spo­sób, by w tym sa­mym cza­sie, przy wy­ko­rzy­sta­niu tych sa­mych li­ter czy gło­sek, prze­ka­zać jed­no­cze­śnie wie­le róż­nych ko­mu­ni­ka­tów. Je­śli zło­ży­my je wszyst­kie ra­zem, jak chciał te­go au­tor, uzy­ska­my efekt od­bio­ru do­sko­na­łe­go; je­śli cze­goś nie do­strze­że­my, to jak­by­śmy w or­kie­strze nie sły­sze­li na przy­kład obo­ju, choć na­dal sły­szy­my in­ne in­stru­men­ty; je­śli do­po­wie­my so­bie zna­cze­nie, któ­re nie by­ło in­ten­cją Joy­ce'a, to uzy­ska­my chrząk­nię­cie czy skrzyp­nię­cie krze­sła na kon­cer­cie.
Ale zu­peł­nie czymś in­nym jest prze­nie­sie­nie moż­li­wych sko­ja­rzeń na grunt in­ne­go ję­zy­ka i in­ne­go krę­gu kul­tu­ro­we­go, w któ­rym nie mo­gą one po­zo­stać zgod­ne z in­ten­cją au­to­ra. Joy­ce skon­stru­ował na ba­zie ję­zy­ka an­giel­skie­go au­tor­ski ze­staw zna­czeń i tro­pów ukry­wa­nych w uni­kal­nym ze­sta­wie li­ter i gło­sek, a nie wy­ło­żo­nych za po­mo­cą po­wszech­nie uży­wa­nych słów. Żad­na trans­po­zy­cja ta­kie­go ze­sta­wu na in­ny ję­zyk nie mo­że dać au­tor­skie­go efek­tu. „Tłu­ma­cze­nie" „Fin­ne­gans Wa­ke" to za­bieg wręcz bar­ba­rzyń­ski. Czy ko­muś przyj­dzie do gło­wy zmie­nić in­stru­men­ta­li­za­cję kon­cer­tu Ba­cha na swoj­skie trza­skaw­ki, trom­bi­tę czy bił­go­raj­ską su­kę? A je­śli już ktoś po­czu­je ta­ką po­trze­bę, to niech na­pi­sze no­wy utwór, na­zwie go „wa­ria­cja­mi na te­mat" i bro­ni na­zwi­skiem wła­snym, a nie twór­cy, któ­ry nie mo­że wy­krzy­czeć swe­go sprze­ci­wu.
 
„Fin­ne­ga­nów tren" znie­kształ­ca od­biór in­ten­cji Joy­ce'a, a na­wet go unie­moż­li­wia. Na przy­kład wspo­mnia­ne vio­ler d'amo­res to w pol­skiej wer­sji vio­leur d'amo­res na ja­kiej za­sa­dzie tłu­macz za­ciem­nia za­mysł au­to­ra na rzecz wła­snych kon­cep­tów? Bo na przy­kład su­ge­ro­wa­ne w „vio­leur" fran­cu­skie „fleur" mo­że na­wią­zy­wać do Le­opol­da Blo­oma („Kwiat­ka") z „Ulis­se­sa", cze­go w ory­gi­na­le nie ma. A czy­tel­ni­ka in­te­re­su­ją sko­ja­rze­nia Joy­ce'a, nie Bart­nic­kie­go! Z ko­lei Sir Tri­stram miał przed uda­niem się do Ar­mo­ry­ki (czy­li Bre­ta­nii) prze­pły­nąć, w pol­skim tłu­ma­cze­niu, „mo­rze krót­kie". Pol­ski czy­tel­nik nie do­my­śli się, że to „Short Sea", Mo­rze Ir­landz­kie, któ­re trze­ba po­ko­nać, pły­nąc z Ir­lan­dii do An­glii i do­pie­ro wte­dy da­lej na kon­ty­nent, i któ­re­go zna­cze­nie dla hi­sto­rii Ir­lan­dii jest oczy­wi­ste. Tłu­macz za­pew­ne bez pro­ble­mu spraw­dził w jed­nym z opra­co­wań, o co cho­dzi i zro­zu­miał, że już na pierw­szej stro­nie stoi przed trud­nym pro­ble­mem. Ale co tam, „short" to prze­cież „krót­ki" i moż­na dziar­sko po­dą­żać da­lej, gdyż, jak sam mó­wi, książ­kę się tłu­ma­czy, bo jest. A po­za tym, jak rów­nie ra­do­śnie oznaj­mia, ma­jąc 25 lat, był tłu­ma­czem przy­się­głym i po­trze­bo­wał w CV „prze­pust­ki do pra­cy z prze­kła­dem li­te­rac­kim". „Fin­ne­gans Wa­ke" ja­ko wpraw­ka? Nie le­piej za­czy­nać od Har­le­qu­ina?
Tłu­macz przy­zna­je też, że wraz z wy­daw­cą cze­ka­li, aż skoń­czy się ochro­na praw au­tor­skich Joy­ce'a, czy­li okres, w któ­rym do sko­rzy­sta­nia z je­go utwo­rów po­trzeb­ne by­ło ze­zwo­le­nie. I ten czas rze­czy­wi­ście mi­nął. Ale nie upły­nął, i ni­gdy nie upły­nie, czas, w któ­rym win­ni je­ste­śmy sza­cu­nek wiel­kim twór­com. Przy­zwo­itość na­ka­zu­je o tym pa­mię­tać, bez wzglę­du na ta­kie czy in­ne za­pi­sy praw­ne.
To oczy­wi­ście nie zna­czy, że kwe­stio­nu­ję w ogó­le sens tłu­ma­czeń li­te­rac­kich. Z po­wo­dów prak­tycz­nych by­wa­ją one nie­zbęd­ne, tak jak nie­zbęd­na by­wa czar­no­-bia­ła fo­to­gra­fia ob­ra­zu, ale nikt ro­zum­ny nie zgłę­biał­by es­te­ty­ki barw­nych pól Mar­ka Ro­th­ko na pod­sta­wie ta­kie­go zdję­cia. Kie­dy na przy­kład czy­ta­my po pol­sku po­wie­ści Wil­lia­ma Faulk­ne­ra, po­zna­je­my ich fa­bu­łę, ale nie za­zna­je­my, bo za­znać nie mo­że­my, ich sma­ku, któ­ry po­le­ga na mi­strzow­skim od­da­niu spe­cy­fi­ki ję­zy­ków ame­ry­kań­skie­go Po­łu­dnia. Faulk­ner od­dał ich me­lo­dię, po­ety­kę, od­stęp­stwa od norm gra­ma­tycz­nych i in­ne cha­rak­te­ry­stycz­ne ele­men­ty. Te­go wszyst­kie­go czy­tel­nik prze­kła­du nie uzy­sku­je. Nie wie też, dla­cze­go He­min­gway mó­wi usta­mi jed­ne­go ze swych bo­ha­te­rów, że „ca­ła współ­cze­sna li­te­ra­tu­ra ame­ry­kań­ska po­cho­dzi z jed­nej je­dy­nej książ­ki Mar­ka Twa­ina, któ­ra na­zy­wa się 'Przy­go­dy Huc­ka'"? W pol­skiej wer­sji ję­zy­ko­wej „Huc­kle­ber­ry Finn" to bo­wiem je­dy­nie pro­sta opo­wiast­ka dla dzie­ci z se­rią mniej lub bar­dziej ka­bo­tyń­skich fi­gli, gdyż osią­gnięć Twa­ina ja­ko twór­cy ame­ry­kań­skie­go ję­zy­ka li­te­rac­kie­go nie moż­na prze­trans­po­no­wać na ża­den in­ny ję­zyk.
Sko­ro jed­nak do zro­zu­mie­nia „Fin­ne­gans Wa­ke" i tak nie­zbęd­na jest zna­jo­mość ję­zy­ka an­giel­skie­go (i wie­lu in­nych), to je­go wy­da­nia po pol­sku nie da się wy­tłu­ma­czyć po­trze­bą przy­bli­że­nia utwo­ru czy­tel­ni­kom tyl­ko tym ję­zy­kiem się po­słu­gu­ją­cym. Co wię­cej, z ogro­mem „Fin­ne­gans Wa­ke" moż­na się zmie­rzyć, gdy upraw­nia­ją nas do te­go na­sze osią­gnię­cia li­te­rac­kie i translatorskie: jak wia­do­mo, sta­nąć na ra­mio­nach gi­gan­tów to nie wstyd. Tym­cza­sem Krzysz­tof Bart­nic­ki stwier­dza w  jed­nym z wy­wia­dów, że „Słom­czyń­ski i Mir­ko­wicz to by­li lu­dzie świa­tli i oczy­ta­ni. Ja nie je­stem". Przede wszyst­kim zaś, co Bart­nic­ki po­wi­nien do­strzec, i Ma­ciej Słom­czyń­ski, i To­masz Mir­ko­wicz trak­to­wa­li prze­ło­że­nie frag­men­tu dzie­ła Joy­ce'a ja­ko hołd zło­żo­ny ge­niu­szo­wi z Du­bli­na, po­ka­za­nie, jak bar­dzo go po­dzi­wia­ją i jak bar­dzo chcie­li­by na­pi­sać ta­ką książ­kę po pol­sku, ale wie­dzą, że nie jest to moż­li­we. A tym­cza­sem Bart­nic­ki oświad­cza, że „Nie tyl­ko da się prze­tłu­ma­czyć Fin­ne­gans Wa­ke, ale da się to zro­bić bez prze­czy­ta­nia tek­stu". Spo­ko.
 
Nie ma sen­su oma­wia­nie ko­lej­nych wy­znań tłu­ma­cza do­ty­czą­cych je­go spe­cy­ficz­ne­go warsz­ta­tu, któ­ry po­zwo­lił mu w ileś tam lat skoń­czyć prze­kład, czy­li, jak to wdzięcz­nie okre­śla, „ubić be­stię". Ale gdy zmie­nia te­mat i wy­po­wia­da się o „Fin­ne­gans Wa­ke", to oznaj­mia, że nie wie, o czym jest ta książ­ka. Otóż oba­wiam się, że to jed­no stwier­dze­nie po­ka­zu­je, jak da­le­ki jest on od isto­ty utwo­ru, któ­rym się za­jął. Tak, w „Fin­ne­gans Wa­ke" są ja­kieś po­sta­ci, coś się dzie­je, ale dy­wa­ga­cje „o czym jest ta książ­ka", ma­ją mniej wię­cej ty­le sen­su, ile py­ta­nie, „o czym jest ob­raz Jack­so­na Pol­loc­ka". Do naj­więk­sze­go li­te­rac­kie­go osią­gnię­cia mo­der­ni­zmu świa­to­we­go nie moż­na pod­cho­dzić z apa­ra­tem po­ję­cio­wym czy­tel­ni­ka XIX­-wiecz­nej po­wie­ści oby­cza­jo­wej.
Mam nie­od­par­te wra­że­nie, że znacz­na część osób za­chwa­la­ją­cych opu­bli­ko­wa­ne efek­ty sta­rań Krzysz­to­fa Bart­nic­kie­go nie wie te­go wszyst­kie­go i nie od­czu­wa po­trze­by ta­kiej wie­dzy. Star­si spo­śród czy­tel­ni­ków pa­mię­ta­ją jesz­cze, że przez la­ta 60. XX w. li­te­rac­ka Pol­ska ży­ła ko­lej­ny­mi ko­mu­ni­ka­ta­mi o pra­cy Ma­cie­ja Słom­czyń­skie­go nad „Ulis­se­sem". Prze­pro­wa­dził on no­wa­tor­ską li­te­rac­ką kam­pa­nię PR, na czym zy­ska­ła sprze­daż książ­ki, on sam i czy­tel­ni­cy, któ­rym po raz pierw­szy tak sku­tecz­nie uświa­do­mio­no, z ja­ki­mi pro­ble­ma­mi mu­si się zmie­rzyć tłu­macz ar­cy­dzie­ła. Po­dob­ny za­bieg usi­łu­je się te­raz po­wtó­rzyć w od­nie­sie­niu do „Fin­ne­ga­nów tre­nu". Ale choć moż­na do­ce­nić pro­fe­sjo­na­lizm XXI­-wiecz­nych me­tod pia­row­skich, to zwy­kła przy­zwo­itość na­ka­zy­wa­ła­by za­cho­wać rze­czy mia­rę.
I to by by­ło, bar­dzo ogól­nie, na ty­le. „Fin­ne­gans Wa­ke" nie jest książ­ką „do czy­ta­nia" ani na­wet „do stu­dio­wa­nia". Jest za­ba­wą in­te­lek­tu­al­ną dla wy­bra­nych, po­zwa­la­ją­cą czer­pać sa­tys­fak­cję ze zna­le­zie­nia no­we­go tro­pu i po­dzie­le­nia się nim z garst­ką po­dob­nych za­pa­leń­ców na świe­cie. To książ­ka, któ­ra w za­mie­rze­niu au­to­ra mia­ła być ja­ko­ścią nie­po­wta­rzal­ną i nie do  na­śla­do­wa­nia. Nie mia­ła wska­zy­wać dro­gi dal­sze­go roz­wo­ju li­te­ra­tu­ry, lecz sta­no­wić je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju triumf umy­słu twór­cze­go po­dob­nie jak sfor­mu­ło­wa­nie jed­no­li­tej teo­rii po­la, nad czym Ein­ste­in pra­co­wał przez więk­szą część swe­go ży­cia, mia­ło być naj­do­sko­nal­szym osią­gnię­ciem umy­słu ści­słe­go. W ta­kich przy­pad­kach wszel­kie tłu­ma­cze­nia na ję­zy­ki są zbęd­ne.
Autor wykłada stosunki międzynarodowe na UKSW i literaturę na Uczelni Vistula. Był redaktorem „Literatury na Świecie", gdzie opracował m.in.  numer poświęcony dorobkowi Joyce'a
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA