Opinie

Deregulacja zawodów: Czy w Polsce mamy za mało taksówkarzy

Andrzej Bałaban profesor, kierownik Katedry Prawa Konstytucyjnego i Integracji Europejskiej Uniwersytetu Szczecińskiego
Rzeczpospolita
Propozycja jednoczesnego reformowania 49 zawodów, a potem kilkuset dalszych, oznacza konieczność zbiorczej dyskusji nad ich problemami, czyli niebywały chaos argumentacyjny, który obserwujemy już dziś – pisze profesor Andrzej Bałaban
Minister sprawiedliwości proponuje na początek „otwarcie" 49 zawodów za pomocą „ustawy deregulacyjnej". Ale tak naprawdę z punktu widzenia elementarnej wiedzy prawniczej nie mamy tu do czynienia ze zwykłą ustawą, lecz ubraną w szaty ustawowe decyzją polityczną i administracyjną opartą na pozornych i populistycznych argumentach, z którymi nie da się dyskutować, tak jak nie dało się dyskutować ze „sprawiedliwym" charakterem rewolucji październikowej czy „wyższością" ustroju komunistycznego nad kapitalistycznym. Minister Jarosław Gowin w wywiadzie zamieszczonym w „Rzeczpospolitej" z 13 lutego 2012 r. stwierdził autorytatywnie: „Szacujemy, że w tych zamkniętych korporacjach jest kilka milionów miejsc pracy". Tak więc dla ministra, wobec szansy uzyskania nowych miejsc pracy, bez znaczenia jest to, że kilkadziesiąt tysięcy osób porzuci swe zderegulowane warsztaty pracy działające poniżej kosztów ich utrzymania.
Kiedy śledzi się pomysły prawodawcze naszych polityków, trudno czasami oprzeć się wrażeniu, że nie bardzo zdają sobie oni sprawę, czym tak naprawdę jest ustawa. A przecież ustawa ma być przede wszystkim symbolem pewności (niezmienności) prawa w państwie. Jeśli uchwalono ją w demokratycznym państwie i demokratycznym trybie, ma stanowić trwały grunt do budowy stabilnych struktur społecznych, wspólnotowych, samorządowych, korporacyjnych, a także zwyczajów, etosu i kultury zawodowej, pewności inwestowania etc. Nie może być zmieniana na zawołanie z powodu politycznego widzimisię kolejnych ekip rządzących (po roku 1990 było już 20 ministrów sprawiedliwości). W ustawach dokonuje się z reguły jedynie drobnych i niezbędnych korekt zgodnie z rzymską zasadą quieta non movere (spokojne – nie ruszać). Konstytucyjna zasada ochrony praw nabytych stoi na straży pewności prawa. Zgodnie z nią Trybunał Konstytucyjny ma obowiązek zakwestionować ustawę godzącą w pewność prawa, a sądy powszechne przyznać odszkodowania właścicielom zniszczonych warsztatów pracy (art. 77 Konstytucji RP). Zasada proporcjonalnego użycia prawa oznacza zakaz wkraczania z regulacją prawną tam, gdzie działać mają wolny rynek, swoboda działalności gospodarczej, wolność wykonywania zawodu, prawo do autonomii wspólnot obywatelskich. Około 2 tysięcy ustaw zawierających administracyjną reglamentację działalności gospodarczej w Polsce jest miarą polskich dokonań w tej dziedzinie i rzeczywistym wyzwaniem dla naszej deregulacji.
Obowiązek oceny skutków regulacji (OSR) to nakaz wszechstronnych badań dotyczących niezbędności i przewidywanych skutków nowego aktu prawnego. W związku z omawianą ustawą deregulacyjną na początek należy zadać pytanie zupełnie podstawowe: czy w Polsce brak jest dostatecznej liczby taksówek, przewodników turystycznych, bibliotekarzy, zarządców nieruchomości, notariuszy, adwokatów etc.? Czy istnieje możliwość obniżenia istniejących cen usług z zachowaniem ich minimalnej opłacalności? Przygotowanie każdej ustawy wymaga czasu na wewnątrzrządowe procedury legislacyjne, konsultacje społeczne i prace sejmowe. Zapowiedź przesłania projektu ustawy do Sejmu już w kwietniu sygnalizuje próbę jej pośpiesznego uchwalenia na zasadzie dyscypliny partyjnej i z poparciem samej idei bez wnikania w jej konsekwencje rynkowe i społeczne. Nie mamy tak naprawdę żadnych wyliczeń, żadnych symulacji, co przy tego rodzaju kontrowersyjnej ustawie jest rzeczą niezbędną. Ustawa musi mieć nazwę, przedmiot i zakres. Określenie „ustawa deregulacyjna" oznacza tylko metodę reformy (zresztą niezbyt jasną). Propozycja jednoczesnego reformowania 49 zawodów, a potem kilkuset dalszych, oznacza konieczność zbiorczej dyskusji nad ich problemami, czyli chaos argumentacyjny, który już obserwujemy. Można podjąć dyskusję nad reformą każdego z tych zawodów oddzielnie i taka solidna dyskusja okazałaby się z pewnością znacznie trudniejsza niż planowana „akcja deregulacyjna". Dlaczego reformą kilkuset zawodów, w trybie de facto administracyjnym, ma się zajmować minister sprawiedliwości, a nie minister administracji i spraw wewnętrznych? Wiarygodność deregulacyjna Ministerstwa Sprawiedliwości w ostatnich latach, zwłaszcza po roku 2005, jest niewielka, gdyż zajmuje się ono głównie reglamentacją sądownictwa. Ostatnia niekonsultowana zmiana prawa o ustroju sądów powszechnych, wprowadzająca nowe formy nadzoru zewnętrznego ministra sprawiedliwości nad sądami i okresowe oceny sędziów (zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego, a mimo to pośpiesznie wcielana w życie), zbędna reforma małych sądów, zamrożenie sędziowskich płac, podporządkowanie ministrowi sprawiedliwości szkoleń na aplikacjach prawniczych, zmniejszanie liczby asystentów sędziego – to zdarzenia z tego zakresu. Przez chwilę można było mieć nadzieję, że minister Jarosław Gowin w ramach jego „szajby deregulacyjnej" spróbuje rozwiązać te nabrzmiałe problemy. Że zacznie wreszcie usprawniać postępowania sądowe. Jednakże, jak widać, znalazł cel zastępczy. Niefortunne działania w sprawie refundacji leków czy umowy ACTA powinno skłonić rząd do ostrożnego operowania narzędziami prawnymi. Szkoda, że tak się jednak nie stało, a przecież skala obecnej reformy i jej przewidywanych negatywnych następstw jest gigantyczna. Autor jest profesorem, kierownikiem Katedry Prawa Konstytucyjnego i Integracji Europejskiej Uniwersytetu Szczecińskiego
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL