fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kaczyński w pułapce

Piotr Zaremba
Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
PiS ma z pakietem antykryzysowym Tuska kłopot. Dotąd w chórze z liberalnymi ekonomistami zarzucał ekipie PO, że nie reformuje. Teraz musi konkretnie odpowiedzieć na rządowe plany – zauważa publicysta
Powstał drugi rząd Donalda Tuska, w kontrowersyjnym składzie i z kontrowersyjną ofertą programową, a media wciąż radzą  najchętniej na temat Jarosława Kaczyńskiego i PiS. Ogłoszono już setki razy jego porażkę (którą zresztą kilka razy naprawdę poniósł), a mimo to pozostał dyżurnym postrachem elit. Ikoną lorda Vadera, jak zauważył kiedyś Michał Kamiński.
Z jednej strony wieszczy się na setki sposobów jego koniec, zapowiadając lub sugerując – od reporterów TVN po Tomasza Machałę i Cezarego Michalskiego – że zastąpi go, już zastępuje, nowa, atrakcyjniejsza dla Polaków opozycja spod znaku Millera i Palikota. Z drugiej nie oznacza to wcale odłożenia do lamusa antypisizmu jako podstawowego narzędzia oglądania i opisywania rzeczywistości.
Pokażmy drobny, ale znamienny przykład. Relacjonując oskarżenia opozycji wobec premiera ogłaszającego opodatkowanie kopalin,  "Fakty" TVN w ogóle pominęły pierwszego dnia udział w tej wrzawie SLD i Ruchu Palikota, choć to lider tej drugiej formacji posunął się do pomówień Jana Krzysztofa Bieleckiego. Mowa była wyłącznie o wystąpieniach pozostających w tej sprawie akurat lekko w tyle posłów PiS.
Reporter powiadamiał jednak widzów grobowym głosem i po raz tysięczny, że Kaczyński z Macierewiczem wybrali model opozycji totalnej. Czy to utrwalony nawyk, czy nadal spełnianie zapotrzebowania PO chcącej mieć tego akurat wroga jako ważny punkt odniesienia? W praktyce wychodzi na jedno.

Kłopot z reformami

Jak się w tym odnajduje sam Kaczyński? Napisałem na gorąco, że jego wystąpienie w debacie nad exposé Tuska było orędziem wizjonera mówiącego o tym wszystkim, czego zabrakło w antykryzysowej pobudce premiera. O konieczności zajęcia przez Polskę wyrazistego stanowiska w pogłębiającym się europejskim chaosie, o potrzebie obrony tradycyjnych wartości czy o porażkach polskiego systemu edukacyjnego.
To skądinąd przyczynek do debaty, kto jest w Polsce i w jakich kwestiach prawdziwą opozycją. Niewątpliwie w wielu podstawowych to Kaczyński prezentuje alternatywną wizję i wobec tego, co zamierza ekipa Tuska, i wobec korekt, jakie podsuwają tej ekipie Palikot z Millerem.
Zarazem przyznajmy: PiS ma z pakietem antykryzysowym Tuska kłopot. Przecież tyle czasu w jednym chórze z liberalnymi ekonomistami, czasem nawet ze swoimi krytykami, zarzucał rządowi PO, że nic nie robi, że nie reformuje – były to skądinąd zarzuty prawdziwe. Tyle że zwalniało to opozycję z realnego sporu z tym rządem na argumenty, wystarczył sygnał: premier siedzi z założonymi rekami.
Mówi się często, że PiS był wygodną opozycją dla PO. Ale i PO nie stawiała mu specjalnych wymagań. Dziś ta sytuacja się zmienia. Jeśli nowy rząd będzie próbował spełnić swoje zapowiedzi, trzeba będzie się wreszcie opowiedzieć, i to w każdej sprawie oddzielnie.
Na razie słyszymy takie uwagi jak ta, że rząd mógł zacząć działać wcześniej. Albo że Tusk szedł do wyborów bez ujawnienia swojego programu naprawczego. Ale te argumenty, aczkolwiek znów literalnie słuszne, nie mogą wystarczyć za program. Ileż razy można je powtórzyć, gdy przyjdzie pracować nad konkretnymi ustawami?

Bujać łodzią?

Na dłuższą metę PiS ma tak naprawdę do wyboru dwie postawy. Jedną jest totalne odrzucenie pomysłów Tuska w imię racji prospołecznych i w imię scenariusza prawie rewolucyjnego objęcia władzy na fali niezadowolenia. Takie sygnały już się w wystąpieniach samego Kaczyńskiego i innych polityków PiS pojawiły.
Stawką może tu być pozyskanie różnych środowisk, które w miarę angażowania się koalicji rządzącej w realne reformy będą się od niej odwracać. Dobrego przykładu dostarcza choćby ewentualna wojna w obronie KRUS dająca możliwość jeszcze mocniejszego wejścia prawicy na wieś.
Ale taka postawa ma też swoje słabości. Opozycja nieudzielająca odpowiedzi na pytanie, na czym sama chce oszczędzać, ma tyleż samo szans na pozyskanie jednych, co na zniechęcenie innych. Nie wystarczy powtarzać formułki o zbyt rozdętej administracji (choć jest zbyt rozdęta) czy szukać pieniędzy poprzez bardziej szczelny system podatkowy (choć nie należy z tego rezygnować). To nie da mimo wszystko wystarczających sum, a polski wyborca nie jest kompletnym ignorantem. Rozumie, na czym polega kłopot z oddłużeniem i budżetowym deficytem.
Szukając poparcia wśród konkretnych niezadowolonych grup, PiS może stracić statystycznego obywatela wybierającego kuracje może nawet niezbyt wygodne, ale przewidywalne i klarownie tłumaczone. To by wskazywało na konieczność bardziej selektywnego stosunku do oszczędnościowego programu. Raczej szukania korekt niż totalnej negacji.
Na ile znamy dotychczasowe nastawienie Kaczyńskiego, w sprawach społeczno-ekonomicznych wybierał on zwykle bujanie łodzią i ostre socjalne komunikaty, nawet jeśli jego własny kurs ekonomiczny okazywał się – podczas dwulecia rządów – dużo bardziej umiarkowany. Można kwestionować ten krzykliwy radykalizm: i z pozycji pytania o skuteczność, i z przyczyn pryncypialnych. W czasie gdy Kaczyński był premierem, o tym, że podniesienie wieku emerytalnego czy reforma emerytur mundurowych będą konieczne, dowiadywał się od własnych ministrów.
Ale widać, że ostateczna decyzja w tej kwestii jeszcze nie zapadła. Dlatego mowa Kaczyńskiego była trochę skrętem w bok. Przypominanie o patriotyzmie, sprzeciw wobec euro czy wizje innego wychowania młodzieży zamiast konkretnych deklaracji, co ciąć i do jakiego stopnia.

Ziobro za plecami

Z tym wiąże się oczywiście inny jeszcze problem: języka i stylu uprawiania opozycji. Słyszymy, że Kaczyński wahał się pod wpływem różnych grup doradców, czy mówić teraz bardziej do wyborców PO czy do swego tradycyjnego elektoratu. I podobno w ostatniej chwili wybrał prawicową wyrazistość. A zarazem to jego wystąpienie było w formie mniej napastliwe niż te, które wygłaszał w poprzedniej kadencji. Unikał na przykład wycieczek personalnych. Także tu nie ma więc pełnej jasności co do wybranej drogi. Ślady rzeczowej retoryki poprzedniej kampanii mieszają się z pokusami, aby wobec nowego kursu Platformy znów dorzucać emocji do pieca.
Naturalnie powodów tych wahań jest więcej. Odwołując się do smoleńskiej tragedii czy bijąc na alarm w sprawie stanu polskiej demokracji, Kaczyński wyraża swoje najgłębsze przekonania. Jednocześnie pojawił się nowy, opisany już przez komentatorów wątek: nakręcająca się licytacja z formacją Zbigniewa Ziobry. Choć Ziobro z Kurskim także nie podjęli strategicznego wyboru, w którą stronę podążyć, w praktyce wraz ze swymi sejmowymi kolegami robią to, co umieją najlepiej: eskalują tradycyjną pisowską retorykę.
W konsekwencji decyzja Kaczyńskiego, aby mówić przede wszystkim do "swoich", może oznaczać cofnięcie się za prawicową miedzę wyznaczaną przez "Gazetę Polską" i koncern ojca Rydzyka. Byłby to krok w tył nawet w stosunku do ostrożnych kampanijnych eksperymentów.
Można by rzec, że w  2007 i 2010 roku prezes PiS przystąpił po przegranych wyborach do operacji przesadnego utwardzania własnego już utwardzonego obozu, bo tak lubił. Teraz, kiedy zdawał się wychodzić z pułapki takiego rozumowania, jest do tego zmuszony okolicznościami.

Równanie do Palikota

To wybór tyleż naturalny (gdy konkurent wchodzi na nasze terytorium), co zdradliwy, i to już dla całej prawicy, bo Ziobry ten problem dotyczy także. Nie ma wątpliwości, że PO miała w Kaczyńskim przez lata stosunkowo wygodnego głównego przeciwnika. Ale dziś jej stratedzy przymierzają się do całkiem nowej operacji socjotechnicznej. Tusk ma być uosobieniem umiaru i zdrowego rozsądku pomiędzy dwiema skrajnościami: lewicową i prawicową. Palikot i w jakiejś mierze Miller wchodzą w tę rolę. Ulega jej także PiS.
Dotyczy to nawet kwestii socjalno- -ekonomicznych. Przypomnijmy, że Ziobro, Kurski i Cymański zdążyli już zarzucić Kaczyńskiemu gotowość zdrady ideałów solidarnej Polski na rzecz liberalnych pokus. Jak w takiej sytuacji przyjmować rolę realistycznego recenzenta platformerskich "wysiłków"? Nawet gdyby się szczerze chciało?
Wyjście z tej pułapki w sprawach światopoglądowych jest jeszcze trudniejsze. Łatwo radzić Kaczyńskiemu, aby nie szukał dziwnych sojuszy z kibolami, ale jak ma się zachowywać, powiedzmy, wobec ataków na krzyż w Sejmie? Przypomnę, wbrew stereotypom, że jeszcze niedawno, podczas ostatniej kampanii wyborczej, PiS nie angażował się mocno w światopoglądowe bijatyki. Teraz jest na to skazany – i przez prowokacje Palikota, i przez oddech Ziobry na karku.
Prezes budzi irytację, kiedy w liście do członków partii objaśnia rozłam spiskowymi teoriami. To prawda, Ziobro z Kurskim pisali własne scenariusze od dawna, tyle że w demokratycznych partiach działają frakcje, które tym się właśnie zajmują. Cudzych ambicji ten lider zaakceptować jednak nie jest w stanie i w dalszej perspektywie na tym przegrywa.
A zarazem nawet w tym samym liście Jarosław Kaczyński zawarł sporo celnych analiz i obserwacji. Z najważniejszą na czele: prawica ma dziś w Polsce pod górkę z wielu politycznych i społecznych powodów wykraczających poza sam tylko wizerunek. Brak jedności, powrót syndromu lat 90., będzie dodatkową przyczyną kłopotów. To się już materializuje na naszych oczach.
Autor jest publicystą tygodnika  "Uważam Rze"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA