fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Ceremonials - recenzja płyty Florence and the Machine

Florence Welch błyskawicznie zajęła pozycję najciekawszej brytyjskiej wokalistki
Universal Music
Do sklepów trafia nowa płyta Florence and the Machine – „Ceremonials". Jest jeszcze lepsza niż debiut tej artystki – pisze Paulina Wilk
25-letnia Florence Welch zamknęła się na pięć tygodni w słynnych studiach przy Abbey Road i tam, z producentem Paulem Epworthem, nagrała mocne, ponadczasowe piosenki. W porównaniu z jej pierwszym krążkiem ukazujący się właśnie "Ceremonials" jest wzorem spójności. Zobacz na Empik.rp.pl
O mozaikowym debiutanckim "Lungs" mówiła: "To właściwie tylko brudnopis". Tamte piosenki zbierała przez lata, pracowała nad nimi z różnymi producentami. Teraz zaś stworzyła epicką opowieść, jednolite brzmienie, wyrazistą całość. Tak się zdobywa miejsce w historii muzyki. Welch dopiero się rozpędza, a już ma unikatowy styl – nagrywa baśniowe thrillery, utwory mroczne, z silnym tętnem. Rozjaśniają je chórki, westchnienia, brzmienie harfy. Debiutancki album Florence and the Machine ukazał się w lipcu 2009 r., gdy świat opłakiwał śmierć Michaela Jacksona. Welch wspomina tamten czas jako "chrzest ogniowy". Przeboje króla popu wypełniały programy radiowe i listy przebojów. I tylko dlatego płyta "Lungs" debiutowała na drugim miejscu – za składanką "Essential Michael Jackson".

Mocne wejście

To sąsiedztwo było symboliczne, bo rudowłosa Florence Welch i jej maszyna – siedmiu akompaniatorów – tchnęli w pop nowe życie. Do szablonowej muzyki, która od końca lat 90. kręci się w kółko, wnieśli artystyczną ekstrawagancję i nieobliczalność. Połączyli pop z rockiem i soulem, dodali barokowe aranżacje. Zespół napędzany charyzmą wokalistki i autorki piosenek zachwycił Brytyjczyków, a potem świat. Otrzymał prestiżową Brit Award za album roku, a amerykańscy specjaliści nominowali grupę do tytułu najlepszego nowego artysty. "Dog Days Are Over" czy "Kiss with a Fist" śpiewali fani w wielu krajach. Gdy Florence and the Machine w marcu 2010 r. występowali w Warszawie, tłum zagłuszał Welch. A przecież Florence ma głos jak kryształ: potężny i czysty.

Smutek zaczarowany

Przed premierą nowego albumu "Ceremonials" Welch znalazła się pod zdwojoną presją. Brytyjscy krytycy są szczególnie wyczuleni na syndrom drugiej płyty i surowo oceniają potknięcia młodych gwiazd. Co więcej, po śmierci Amy Winehouse zmieniła się konfiguracja wokalistek na Wyspach. Adele świętująca gigantyczny sukces swojego popowego krążka "21" odpowiada na zapotrzebowanie publiczności, która lubi słuchać "dziewczyn z sąsiedztwa" – bezpośrednich, szczerych, prostolinijnych. Adele jest budząca sympatię bohaterką dnia codziennego, wyśpiewuje frazy ze swojego pamiętnika. Ale pilnie potrzebna jest także artystka, którą można uwielbiać i podziwiać za kreację, uciec z nią od rzeczywistości. To pole opustoszałe bez nieprzewidywalnej Winehouse należy teraz do Florence. Amy i Adele czerpały z dorobku wokalistek soulowych, bluesa i jazzu. Florence sięga do innego gwiazdozbioru, chce czarować jak Tom Waits, Nick Cave i Kate Bush. Brytyjscy krytycy nazywają ją "wilczycą na wolności". Szuka natchnienia w ruchach artystycznych, mitach, postaciach historycznych. Tytuł piosenki "What Water Gave Me" pochodzi od obrazu Fridy Kahlo, a impulsem do jej powstania była lektura zapisków Virginii Woolf o samobójstwie. Florence jako nastolatka przeszła depresję, ale przetwarza swój smutek z rozmachem – nie podaje go wprost jak czarnoskóre diwy. W jej muzyce daje o sobie znać wpływ rodziców. Mama, znawczyni renesansu, jest dziekanem wydziału sztuk pięknych na jednym z londyńskich uniwersytetów. Mała Florence słuchała jej wykładów w uniesieniu i z postanowieniem, że sama też stworzy coś wspaniałego. Ojciec, specjalista do spraw reklamy, był kiedyś buntownikiem i mieszkał w squacie. Pierwsze dziecięce wspomnienie Florence to chwila zabawy z tatą – ona stoi na kufrze wypełnionym płytami winylowymi, on włącza Rolling Stonesów i tańczą jak szaleni.

Diabły na rauszu

Własną dozę szaleństwa Welch stara się ostatnio kontrolować. Po premierze "Lungs" rzadko trzeźwiała. "Nie czułam granicy. Wydawało mi się, że to część występu: po koncertach – imprezy do rana i picie do oporu. Teraz biorę większą odpowiedzialność za ludzi, którzy przychodzą mnie oglądać" – mówiła magazynowi "The Observer". Ale piosenki wciąż najlepiej się jej udają, gdy jest pijana albo na kacu. "Wtedy mój umysł jest płynny. Fragmenty tekstów zapisane na skrawkach papieru i w pamięci układają się w całość". Na nowej płycie słychać, że Florence przekroczyła próg dojrzałości. Opuszcza młodzieńczy świat, gdzie – według jej słów – "wszystko jest łatwe i za darmo". Teraz opowiada już nie tylko o zakochaniu, jest i historia o siedmiu diabłach. Florence and the Machine, Ceremonials, Universal Music CD,  2011
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA