fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Błyskotliwa kariera Patricka Makau

ROL
Na kenijskim płaskowyżu narodziło się pokolenie biegaczy, dla których złamanie granicy dwóch godzin w maratonie nie jest marzeniem, tylko celem. Jednym z nich jest Patrick Makau – nowy rekordzista świata z Berlina
Mówią o nich „pokolenie Wanjiru”, bo tragicznie zmarły w maju mistrz olimpijski z Pekinu Samuel Kamau Wanjiru był najbardziej znanym przedstawicielem generacji. Zobaczył swą przyszłość w sporcie, przeskoczył szybko (niektórzy twierdzą, że za szybko) z nędzy do pieniędzy, pokazał, że wielkiej kariery nie trzeba wykuwać na stadionie, nie trzeba czekać, by mierzyć się z rekordami. Zginął w wieku 24 lat skacząc z balkonu własnego domu, gdy chciał gonić rozgniewaną żonę.
Nowa grupa kenijskich mistrzów to dwudziestolatkowie z zagranicznymi menedżerami, możnymi sponsorami i precyzyjną wizją swych startów. Zawodowcy. Zarabiają dużo, nie boją się wyzwań i szybko inwestują zarobki na czas po karierze. Szczęście jest im potrzebne tylko na początku – muszą dać się odkryć i wejść na orbitę najlepiej opłacanych startów w Europie, USA i Azji. Szczęściem Patricka Makau, nowego rekordzisty świata w maratonie (2.03,38) była Catherine, też biegaczka, którą spotkał w 2007 roku na obozie treningowym w Ngong.
Catherine mówi: – Zaczęliśmy razem biegać i tak jakoś wyszło, że po drodze zakochaliśmy się. Przedstawiłam go mojemu menedżerowi Zane Bransonowi, reszta to historia. Pracował tak ciężko, że ustanowił rekord. Dziś Catherine to żona Patricka, mają trzyletnią córeczkę Christine, drugie dziecko jest w drodze. Patrick Makau przeszedł typową drogę biegacza z pokolenia Wanjiru. Urodził się 26 lat temu na wschodzie Kenii, w Manyanzwani, w dystrykcie Tala Kangundo. Do 16 roku życia nie trenował wiele, ale gdy ukończył szkołę średnią w Misani uznał, że bieganie długodystansowe to najlepszy sposób na biedę. Najpierw ćwiczył jak potrafił, bardziej na wyczucie. Spotkanie Catheriny dało mu wiedzę o programach treningowych i właściwym planie odżywiania. Żona twierdzi, że jej wkład w sukcesy polega też na tym, że mąż ma spokój wokół siebie. Amerykański menedżer Zane Branson z firmy Posso Sports ma bazę w Belgradzie i Pradze, reprezentuje najlepszych kenijskich biegaczy od ponad 20 lat. Też kiedyś biegał. Poznał się na talencie Makau, sprawił, że biegacz został członkiem Teamu Adidas i wysłał go w świat wielkich biegów. Najpierw do półmaratonów, tak zaczynał też Samuel Wanjiru. Przez dwa sezony Makau pokazywał, że zasłużył na zaufanie, był dwukrotnie srebrnym medalistą mistrzostw świata, rekord życiowy w półmaratonie doprowadził do drugiego wyniku w historii – 58.52. Na bieżni pojawiał się rzadko, nie lubił, rekord życiowy na 10000 m nie powala: 28.00. W 2008 roku w Nowym Jorku przebiegł ten dystans na ulicy w czasie 28.19. Wygrał trochę przez przypadek, bo miał startować miesiąc wcześniej w półmaratonie, ale wiza przyszła za późno. Przejście do startów w maratonie poszło gładko: w 2009 roku w debiucie w Rotterdamie zajął czwarte miejsce, rok później w tym samym miejscu był już pierwszy w czasie 2:04.48, wówczas czwartym w kronikach światowych. Porzucił bieżnię na zawsze. Rekord w Berlinie chciał pobić już zeszłej jesieni, ale przeszkodził deszcz. Czas i tak był rewelacyjny: 2:05.08. W tym roku znów przyjechał do stolicy Niemiec i po samotnym ataku 28 września poprawił rekord Hajle Gebrselassiego z 2008 roku (też z Berlina) o 21 sekund. Jest członkiem plemienia Kamba, które, oprócz zmysłu do biznesu i rozwijania sztuki użytkowej bardzo ceni wartość rodziny. Zane Branson potwierdza, że w przypadku Patricka Makau też tak jest. – Oddaje krewnym pewnie z połowę dochodów. Zbudował domy rodzicom, innym kupił działki – mówi menedżer. Jest kenijskim milionerem. Inwestuje i daje pracę innym od chwili, gdy zarobił pierwsze dolary. W nieruchomości (właśnie postawił pierwszy 10-piętrowy apartamentowiec w Nairobi) i produkcję rolną – hoduje mleczne krowy, zbiera kukurydzę i kawę. Ma też cegielnię, a także pobudował komercyjne budynki w Machakos i rodzinnym okręgu Tala. Z dwoma kolegami biegaczami zainwestował w budowę ośrodka treningowego w Kangundo, biznes prowadzi Jimmy Muindi (dawny mistrz maratonów w Rotterdamie i Honolulu), wspiera Patrick Ivuti, zwycięzca z Chicago. W odróżnieniu od Samuela Wanjiru jest cichy i skromny. Przepraszał dziennikarzy, gdy niewiele się odzywał na lotnisku po przylocie z Berlina, albo gdy uciekał przed nimi w centrum handlowym w Nairobi. Pewnie wie, że sława może trwać krótko, bo jemu podobnych jest dziś wielu. Jest Abel Kirui, o którym mówią, że w 2008 roku, gdy pomagał Gebrselassiemu bić rekord, musiał zejść z trasy, bo był mocniejszy od mistrza z Etiopii. Jest Goeffrey Mutai, który w wygrał w Bostonie w czasie 2:03.02 (nie jest to oficjalny rekord świata z powodu braku homologacji trasy przez IAAF). Są Emmanuel Mutai, Moses Mosop, Kipsang Wilson i jeszcze kilku, którzy z biegania maratonów uczynili sztukę wygrywania i zarabiania jednocześnie. Kenijczycy mają dziś 7 z 10 najlepszych czasów w historii maratonu, 15 z 20, 30 z 50 i 59 w pierwszej setce. W kenijskiej prasie pojawiła się propozycja, by ustanowić nowe narodowe święto wolne od pracy – Dzień Maratończyka.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA