fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Outsourcing polityczny - media i inteligenci

Mateusz Matyszkowicz
Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński
Inteligenci rozpuścili polityków. Przestali być siłą zdolną do wywierania nacisku na polityczny establishment. Stali się podwykonawcami partyjnego przekazu – pisze publicysta
We współczesnym biznesie furorę robi pojęcie outsourcingu. Oznacza ono przekazywanie wielu zadań firmom zewnętrznym. Po co samemu zajmować się systemami informatycznymi albo szkoleniem pracowników, skoro można to zlecić komuś, kto zrobi to taniej i lepiej. Jak się okazuje – przy pewnych zastrzeżeniach – pojęcie outsourcingu można zastosować także w stosunku do relacji organizacji partyjnych z intelektualistami. Ale po kolei.
A więc dawniej było prosto. Mieliśmy SLD, które pogrywało sobie antyklerykalizmem, ale bez przesady – ot, jakiś wypad na bocznych liniach frontu, spalenie kilku wiosek i trochę gromkich okrzyków. Ponieważ na SLD głosowało wielu katolików, a gniew biskupów był srogi i dla lewicy, te akcje nie mogły być ani długotrwałe, ani specjalnie spektakularne. I wtedy SLD wymyślił sobie outsourcing. Antyklerykalizm przeniósł do instytucji zaprzyjaźnionych, oficjalnie niezwiązanych z samą partią. Podobny zabieg zastosowano w przypadku komunistycznych sentymentów. Dzięki temu radykalne grupy były trzymane w bezpiecznej odległości od partii matki, ich wpływ na nią został skutecznie ograniczony, ale Sojusz nie tracił cennych głosów tych niszowych grup.
SLD nie potrafił jednak jeszcze wykorzystać wszystkich korzyści, jakie daje outsourcowanie aktywności ideologicznych. Wyzyskał jeden aspekt: koszty. Trzymanie takich grup na zewnątrz nie powoduje strat powstających w wyniku kumulowania się negatywnego elektoratu. Więcej udało się dopiero Platformie Obywatelskiej. Platforma postawiła nie tylko na cięcie kosztów (choć i jej zależy na tym, by nie tracić katolików), ale partia rządząca skorzystała nie tylko na kosztach, lecz także na jakości. PO i PiS unikają jednoznacznych odniesień aksjologicznych. One prowadzą outsourcing, zlecają te kwestie środowiskom, które są na obrzeżach polityki W przeciwieństwie do SLD grupy antyklerykalne już nie są trzymane pod korcem, ale dzięki wstawiennictwu liderów wchodzą na salony. Ich hasła przynoszą korzyści, są wiarygodne (Tusk, który nagle przemieniłby się w radykalnego antyklerykała, nie tylko zraziłby część wyborców i ryzykował rozpad partii, ale i byłby nie do końca wiarygodny). Lepiej więc, gdy zajmują się tym inni. Dobrym przykładem jest Europejski Kongres Kultury. Usługa jego organizacji została w pełnym tego słowa znaczeniu outsourcowana. Powierzenie jej ideologicznej grupie spoza PO było bezpieczne. Jakieś pretensje do polityków, do partii, do rządu? Ale skądże. Kongres zorganizowali przecież ludzie kultury. Że stronniczo? Pretensje nie do nas, ale do podwykonawcy. Czyżby ktoś chciał więzić twórców i narzucać kajdany kulturze? Spójrzmy też na sprawę Palikota. Wypchnięty z PO, stworzył ugrupowanie, które zbiera populistyczny antyklerykalny elektorat, a jednocześnie zwiększa możliwości koalicyjne swoich dawnych kolegów. Staje się katalizatorem spadku notowań Platformy, przechwytując po trosze elektorat jej i SLD. Dzięki temu oponenci PiS mogą grać na kilku fortepianach. W przypadku PiS sprawa jest bardziej złożona. Partia, która przez wiele lat była odrzucona przez największe media i środowiska uniwersyteckie, postanowiła sama wspierać bliskie sobie środowiska i tytuły. Odniosła tu sukces. Po raz pierwszy od lat istnieje tak wiele ośrodków różniących się przekazem od liberalnych mediów i instytutów. Powstaje jednak problem, czy powinna to być sytuacja trwała, czy zdołają one wybić się na samodzielność, czy też media i środowiska będą się już na zawsze dzielić na pisowskie i platformerskie. Ideałem byłby stan, w którym istnieją media liberalne i konserwatywne, ale potrafiące zaatakować partie, z którymi sympatyzują ich dziennikarze w sytuacji, gdy politycy zaczną odchodzić od bliskich im ideałów. Podobnie środowiska intelektualistów, instytuty i komitety, których rolą powinno być przede wszystkim wywieranie nacisków na polityków. Czy tak jest? W przypadku Platformy – niespecjalnie. Wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie, jak zachowały się  liberalne think tanki wobec rządu Donalda Tuska, gdy ten zarzucił większość wcześniejszych postulatów gospodarczych. Czy podniosło się larum, gdy nagle podatek liniowy okazał się nieaktualny? W przypadku PiS z taką sytuacją mieliśmy do czynienia choćby w czasie głosowań nad ustawodawstwem lepiej chroniącym życie. Kiedy kilka lat temu była szansa na zmianę konstytucji, ośrodki konserwatywne nie były w stanie – lub nie były wystarczająco zdeterminowane – aby wymóc na PiS poparcie tych zmian. Skończyło się odejściem z partii Marka Jurka. Taka sytuacja – gdy sympatyzujące z partią ośrodki gotowe są ją popierać niezależnie od jej ideologicznej linii – wciąż istnieje. Dowodem może być niedawne odrzucenie krytycznego wobec PiS felietonu Pawła Milcarka dotyczącego wspomnianej powyżej sprawy Jurka przez katolicki tygodnik „Niedziela". Trudno więc powiedzieć, jak zachowają się w przyszłości stowarzyszenia i organizacje, gdy partie, z którymi sympatyzują, będą rezygnować ze swoich postulatów. Czy będą zdolne do skutecznego promowania polityki historycznej albo społecznego solidaryzmu, gdy układ sojuszy i taktyczne rozgrywki sprawią, że bliskie im partie postanowią te projekty zarzucić? Albo co się stanie, gdy prawicowa partia wejdzie w sojusz z postkomunistami? Czy zacisną zęby i będą milczeć? Można powiedzieć, że taka jest polityka. Skuteczność przed ideowością. Taktyka przed wyrazistością. Praktyka przed teorią. Spryt przed mądrością. Wizerunek przed treścią. To prawda. Ale czy to samo ma charakteryzować intelektualistów i dziennikarzy? Poniekąd to ta determinacja środowisk niezależnych ma największy wpływ na to, czy dane rozwiązanie znajdzie społeczne poparcie, czy zaakceptuje je elektorat, czy zostanie ono odpowiednio przedstawione i uargumentowane. To siła, z której jeszcze nie potrafimy dostatecznie korzystać. W polskiej polityczności istnieje piękny ideał ograniczania władzy. Niczego nie bano się bardziej niż samowoli króla. Dziś niebezpieczeństwem jest samowola polityków, którzy bezkarnie mogą dyscyplinować elektorat i narzucać tematy publicznych dyskusji. Czy naprawdę tym, co pociąga intelektualistów, jest nieustanne wspieranie tez głoszonych przez sympatycznych dla nich liderów, rozwijanie ich, dokładanie paliwa? Nie, naszym zadaniem jest wprowadzanie do dyskursu publicznego racjonalności. Oznacza to także powściągnięcie politycznej samowoli – pustej i bezideowej dominacji taktyki oraz władzy dla niej samej. Naszym celem powinno być także państwo, silne i trwałe, zdolne przetrwać największe zmiany. To oczywiście utopia, ale od tego jesteśmy. Problem będzie coraz większy, bo główne partie – PO i PiS – unikają jednoznacznych odniesień aksjologicznych. One prowadzą outsourcing, zlecają je środowiskom, które znajdują się na obrzeżach. Tam dokonuje się praca u podstaw, organicznikowskie szerzenie idei, które ostatecznie doprowadzają do partii matki, ale za nic jej nie obciążają, bo te pozostają cudownie wolne od określoności. Gdyby na sprawę patrzeć z technicznego punktu widzenia, to można by powiedzieć, że następuje profesjonalizacja polityki, oddzielenie zadań ekspertów od zadań polityków. Podobnie jak we współczesnych korporacjach, osobno ustala się ścieżkę kariery dla eksperta, osobno dla menedżera. Zarządzający ma przede wszystkim charakteryzować się pewnymi cechami osobowości, musi mieć charyzmę i zdolność podejmowania decyzji, musi organizować zespół i nadzorować projekty. Wiedza ekspercka potrzebuje natomiast autonomii i specjalizacji. Ekspert nie zarządza, ale dostarcza wiedzę. Podobnie w polityce: polityk zarządza, a proces pozyskiwania i porządkowania wiedzy wyprowadza na zewnątrz. Daje mu to elastyczność, możliwość doboru tych ekspertów, którzy dostarczają wiedzy potrzebnej w danym momencie. Zapewne też lepszy poziom informacji chroni przed skostnieniem i typowym dla organizacji partyjnych dostosowywaniem informacji do oczekiwań partyjnych liderów. O ile bowiem wiernopoddańcze zachowania szeregowych polityków są dopuszczalne (choć niekoniecznie pożądane), to podobna sama postawa w przypadku ekspertów może prowadzić do katastrofy. W Polsce jednak ten proces dokonuje się powoli, think tanki, owszem, powstają i jest to godne pochwały. Obecnie każda duża partia może poszczycić się dość długą ławką ekspertów. Wszelako nie jest to jedyny przypadek outsourcowania usług inteligenckich i wcale nie jest on na najszerszą skalę. O wiele bardziej widoczne jest bowiem organizowanie i podporządkowywanie sobie środowisk, których celem jest nie tyle wiedza ekspercka, ile praca propagandowa. Inteligenci dziś służą zwieraniu partyjnych szeregów, zbiorowo podpisują listy i zbiorowo się oburzają. Zbiorowo tworzą komitety i równie zbiorowo chwalą swoje partie. Sympatia dla inteligenta uzależniona jest od tego, czy popiera tego, kogo ma popierać. Filmy reżysera stają się wielkie lub też godne potępienia w zależności od tego, jaki ma się stosunek do komitetu politycznego, w którym się znalazł twórca. Gdzieś ginie w tym wszystkim inteligencki etos, z którym niegdyś kojarzył się swego rodzaju nonkonformizm. Czy taki inteligent jest gotowy publicznie postawić trudne pytanie politykowi, którego popiera? Kilka lat temu Paweł Milcarek postawił tezę o niesamodzielności opinii katolickiej w Polsce, mając na uwadze przede wszystkim tę katolicką inteligencję, która okazała się niezdolna do wywierania presji na polityków decydujących o konstytucyjnych poprawkach broniących życia. Dziś chyba można powiedzieć to o prawie wszystkich formacjach inteligenckich w Polsce. Wystawiają one czeki in blanco partyjnym liderom. Inteligenci rozpuścili polityków. Przestali być tym samym siłą zdolną do wywierania nacisku na polityczny establishment. Stali się podwykonawcami partyjnego przekazu. Za każdym razem jest to indywidualny wybór, indywidualne przyłączenie, często okupione odrzuceniem w najbliższym środowisku, w instytucie, na wydziale czy w redakcji i trudno tu mówić o jakiejś grze czy nieczystych intencjach. Trudno też odmawiać prawa do takich decyzji. O wiele trudniej jest jednak tym, którzy takich partyjnych wyborów nie chcą dokonywać. Jeśli są za czymś lub przeciwko czemuś, a nie za partią lub przeciwko niej. Tacy, którzy dokonują często wyborów intelektualnych nawet na przekór partii, na którą zagłosują za kotarą. Ich lektury, argumenty, wizje są autonomiczne. I to nieznośne pytanie, które pojawia się często w komentarzach do tekstów: czy pisząc dany artykuł, ktoś jeszcze popiera jakąś partie czy już nie. A przecież inteligent – taki idealny i na wyrost trochę – nie powinien pisać po to, by zwierać szeregi. Mickiewiczowe „widzę i opisuję" jest najcenniejsze. Jeszcze jeden eksperyment na koniec: wyobraźmy sobie Polskę za 10, za 20, za 50 lat. To perspektywa wykraczająca poza bieżące taktyki i gierki, personalne sympatie i antypatie, poza bieżące zapotrzebowanie na outsourcing. Kto to za nas zrobi? I czy zrobimy to razem? Autor jest filozofem i publicystą „Teologii Politycznej". Ostatnio wydał „Śmierć rycerza na uniwersytecie"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA