Film

Fascynujący film na 20-lecie Pearl Jam

Film „Twenty
">Jacek Cieślak
NAPISZ DO AUTORA
Film „Pearl Jam Twenty", dokument o dwóch dekadach Pearl Jam, jest znakomity, choć mógłby być o 20 minut krótszy - pisze Jacek Cieślak
Na ekranie nie ma seksu, alkoholu ani narkotyków – nie licząc jednej chmurki marihuanowego dymu. Wedle stereotypów zespół, który w ten sposób podsumowuje 20 lat działalności, musi być nudny. Tymczasem jest znakomity, również dlatego, że zasłużył na miano najuczciwszego w historii rocka. Zobacz na Empik.rp.pl
Historia Pearl Jam sportretowana przez Camerona Crowe'a, dzieli się na dwa etapy wyznaczone hasłem "Nie!" i pytaniem "Co?". "Nie" grupa z Seattle powiedziała Ticketmasterowi, rekinowi amerykańskiego show- -biznesu, monopoliście sprzedającemu bilety do większości obiektów koncertowych. Zażądała, by bilety dla fanów nie kosztowały więcej niż 20 dolarów, i broniła stanowiska przed sądem antymonopolowym. Koszt był wysoki. Pearl Jam stracił dostęp do hal, nie mógł zagrać w rodzinnym Seattle. Musiał organizować występy poza miastami, co wymagało dużych nakładów. Muzycy nie dali się złamać, chociaż okres Anti-Ticketmaster Tour o mały włos nie zakończył się rozpadem formacji. Wcześniej Pearl Jam zrezygnował z usług MTV, odmówił kręcenia wideo i udzielania wywiadów.
W tej części filmu ważną rolę gra Kurt Cobain. Po sukcesie debiutanckiego albumu "Ten" lider Nirvany zarzucił Pearl Jam, że się sprzedał. Członkowie zespołu byli oburzeni. Po latach gitarzysta Stone Gossard przyznaje, że dzięki krytyce pozostali sobą i przetrwali niejeden kryzys. A dziś, nie mając umowy z żadnym koncernem, fantastycznie funkcjonują na rynku koncertowym. Byłoby pewnie inaczej, gdyby nie to, że w przeciwieństwie do innych gwiazd każdego wieczoru zmieniają repertuar. Fani to uwielbiają. Pytanie "Co?" sprowokował dramatyczny w skutkach koncert na festiwalu w Roskilde, gdzie zginęło dziewięciu fanów zdeptanych przez tłum. Jak podkreślają muzycy, dzięki tragedii zrozumieli, że by życie miało sens, warto dbać o to, co się robi każdego dnia. Ryzykancką stronę charakteru Eddie'ego Veddera pokazują zdjęcia z pierwszych koncertów, gdy wdrapywał się na konstrukcje sceny bez żadnego zabezpieczenia – czasami nawet na wysokość 15 metrów ponad estradą – i skakał z niej na widownię. Fani odwzajemniali zaufanie – lądował w morzu rąk. Piękny widok! Od początku Pearl Jam było jasne, że narkotyki są drogą donikąd i nikt, kto im ulega, nie może być kreatywny. To była lekcja wyciągnięta z doświadczeń formacji Mother Love Bone, która poprzedziła powstanie Pearl Jam. Śpiewał w niej Andrew Wood, urodzony showman, do czasu, gdy przedawkował heroinę. Właśnie wtedy w ręce muzyków trafiła kaseta z piosenkami Eddie'ego Veddera. Gdy wspomina pierwsze próby, mówi, że połączyło ich podobieństwo doświadczeń – wokalista rozliczał się z odejściem ojca, jego nowi koledzy zaś ze śmiercią Wooda. Razem zrealizowali jego sen o sławie.  
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL