fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Plus Minus poleca

Rzeczpospolita
Dariusz Rosiak o obrazie gustów i wrażliwości, Anna Applebaum o zamachach z 11 września 2001 roku, Jarosław Trybuś o warszawskich blokowiskach... "Plus Minus" poleca
Fascynacje kobietami, kontakty z SB. Pierwsza biografia zmarłego sześć lat temu ks. Jana Twardowskiego odkrywa wiele tajemnic z życia poety - pisze Agnieszka Rybak w tekście Ksiądz Jan od grzeszników, skreślonym na marginesie lektury książki „Ksiądz Paradoks". „Szukając, jaki naprawdę był ks. Twardowski, nie zdaje sobie Pani sprawy ze stopnia trudności zagadnienia. Jest to praca porównywalna do dochodzeń Sherlocka Holmesa" – to fragment listu znajomego Księdza. Magdalena Grzebałkowska zaczyna od niego własną opowieść o poecie w wydanej właśnie w Znaku książce. Autorce, z wykształcenia historykowi, a od trzynastu lat reporterce „Gazety Wyborczej", udało się odkryć kilka skrzętnie skrywanych tajemnic.
Znaki zapytania zaczęły się pojawiać już za życia. Kiedy popularność rosła, a nakłady wierszy przekraczały sto tysięcy egzemplarzy, czytelnicy zapragnęli dowiedzieć się, kim jest autor słów, które przemawiają do nich bardziej niż kazania. Ksiądz Jan Twardowski bronił jednak swej prywatności. W wywiadach mówił ogólnikami. Wiele pracy wkładał w zacieranie śladów. Darł korespondencję, wyrzucał do kosza. Jego przyjaciel powie później, że Twardowski nie chciał, by zostało po nim coś więcej niż poezja. Redaktorom i potencjalnym autorom proponującym pomoc w napisaniu autobiografii stanowczo odmawiał. Dopiero po jego śmierci – po otwarciu testamentu, w którym jedyną spadkobierczynią uczynił swoją wieloletnią edytorkę Aleksandrę Iwanowską, po awanturze z pogrzebem – stało się jasne, że „Jan od Biedronki", jak go często nazywano, nie był poczciwym, naiwnym piewcą uroków przyrody, urody życia i wszechmocy Boga. Prostolinijnym księdzem – poetą."
? ? ?
„Elity litewskie przestały się bawić w tolerancję. Rok temu wpływowy polityk partii socjaldemokratycznej Justinas Karosas powiedział publicznie, że jeśli Polakom na Litwie coś się nie podoba, to proszę bardzo, granica jest otwarta. Niech się wynoszą do swojej Polski. Wstrząsające jest to, że nie oburzył się i nie zareagował żaden poważny polityk litewski" — mówi jeden z rozmówców mai Narbutt, autorki reportażu Polacy dostają szkołę.
„Kiedy rozmawia się z litewskimi Polakami uderza, że ustawa o oświacie najbardziej zaskoczyła tych, którzy do tej pory wierzyli że można być Polakiem i dobrze funkcjonować w środowisku litewskim. Wystarczy doskonale opanować jeżyk litewski, być lojalnym obywatelem Republiki Litewskiej a w swojej dziedzinie być powiedzmy dwa razy lepszym niż etniczni Litwini. Czasem trzeba zacisnąć zęby i znieść jakieś upokorzenie, ale droga do kariery stoi otworem.
Kariery w pewien sposób ograniczonej, bo trudno oczywiście sobie wyobrazić, by Polak przyznający się do polskości był na Litwie ministrem, ale niższe szczeble w administracji wydawały się osiągalne.
Dzisiaj ta grupa najlepiej funkcjonujących w społeczeństwie litewskim Polaków, którzy od razu na początku poparli litewską niepodległość jest najbardziej rozgoryczona i wyciąga wnioski z zaostrzającego się kursu wobec mniejszości polskiej.
— Moje dzieci nie mają przyszłości w tym kraju. Jeśli oczywiście chcą być Polakami. Wybór jest oczywisty — albo mają się zasymilować albo będą traktowani jako obywatele drugiej kategorii, Których najchętniej by deportowano, ale Europa się przecież nie zgodzi — mówi mi, zastrzegając anonimowość, mój rozmówca. — To krach wszystkiego, w co wierzyłem. Dziś wiem, że Polak na Litwie jest traktowany przez państwo jako anomalia, którą trzeba naprawić, by stał się on prawdziwym Litwinem".
? ? ?
„Robert Biedroń czujnie dostrzegł w profanacji pomnika w Jedwabnem szansę dla gejów. Według niego z faktu niedawnego zbezczeszczenia pomnika wynika konieczność uchwalenia jak najszybciej ustawy rozszerzającej karalność za tzw. mowę nienawiści" – tak Dariusz Rosiak zaczyna swój pamflet Wolność od Biedronia poświęcony zaprzęganiu prawa do obrony przed obrazą czyichś gustów i wrażliwości.
„Mnie non stop w tym kraju ktoś obraża. Ostatnio moją inteligencję obrażają koledzy dziennikarze, którzy najwyraźniej traktują "Starucha" jako obiecującego socjologa młodego pokolenia, któremu leży na sercu tradycja Powstania Warszawskiego, a nie stadionowego barbarzyńcę, który różni się od swoich współplemieńców tylko tym, że umie złożyć trzy zdania do kupy. Obraża mnie wybitny profesor, który porównuje mur oddzielający Izrael od terytoriów palestyńskich do muru w getcie warszawskim i obrażają mnie polscy zwolennicy Flotylli Wolności, którzy uważają Hamas za organizację narodowowyzwoleńczą. Obraża mnie, choć nie dziwi, decyzja publicznej telewizji o zatrudnieniu Adama Darskiego. I choć śmieszy mnie sądowe uzasadnienie uniewinnienia Darskiego od zarzutu obrażania uczuć religijnych, to uważam, że nie powinien on być ukarany sądownie za podarcie Biblii na zamkniętym koncercie. To tylko taki pobieżny wybór rzeczy, które obraziły mnie w ostatnich dniach. Nie lubię opinii, z którymi się nie zgadzam, ale to jeszcze nie powód, by wysyłać do więzienia ich autorów.
Obcowanie z opiniami, które nas oburzają, a nawet bycie obrażanym to elementy ludzkiego doświadczenia, podobnie przykre jak np. kontakt z głupotą, zawiścią, agresją i innymi złymi cechami ludzi. Jednak jeśli ktoś chce brać udział w życiu publicznym musi to zaakceptować, a nie tchórzliwie chronić się za parawanem prawa. Ustawa o mowie nienawiści, której domaga się Biedroń, Wanda Nowicka, SLD i inni jej zwolennicy zakłada w istocie sprzeczny z ludzkim doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem postulat poszerzenia sfery praw człowieka o prawo do „nie bycia obrażanym". Nie wolno godzić się na zawłaszczanie sfery publicznej przez jedną grupę, choćby nie wiem jak wpływową medialnie".
? ? ?
„Zapewnimy bezprzewodowy Internet w każdej szkole i wprowadzimy uczniów w świat technologii informacyjnej" – Robert Mazurek zagaja swoją rozmowę z Łukaszem Naczasem, działaczem SLD cytując jego program. Na pytanie, skąd na to środki, pada odpowiedź że wystarczy likwidacja IPN.
Tak, wiem, że nie wystarczy, bo budżet Instytutu Pamięci Narodowej to 120 mln złotych.
Myli się pan, 240 mln, więc żeby wam starczyło na iPady musielibyście IPN zlikwidować 40 razy.
To ja już panu precyzyjnie odpowiadam. Pieniądze z likwidacji IPN poszłyby na stworzenie Narodowego Zasobu Cyfrowego, czyli na zinformatyzowanie i zdigitalizowanie wszystkich zasobów bibliotecznych.
Czyli jak zwykle na lewicy: obiecujecie dać iPady, a stworzycie urząd, w którym posady znajdą działacze młodzieżówki SLD. Na iPady już forsy zabraknie.
Ja jestem młodym działaczem lewicy, a nie zasiadałem i nie zasiadam w żadnej radzie nadzorczej. A urząd byłby potrzebny, żeby dostarczyć dokumenty do nauki. Chętnie jednak odpowiem na pytanie skąd pieniądze na wyposażenie dzieci w sprzęt komputerowy? Choćby z opodatkowania Kościoła.
No jakże bym mógł zapomnieć! Kościół - pański konik. Lewica zawsze ma dwa źródła oszczędności: likwidacja IPN i opodatkowanie Kościoła.
I w końcu to wprowadzi. Na likwidacji IPN zaoszczędzimy ok. 100 milionów.
Zostaje jeszcze dziewięć i pół miliarda...
Pracujemy teraz nad białą księgą dotyczącą stosunków państwo – Kościół i jasno z niej wynika, że opodatkowanie Kościoła może przynieść budżetowi 5 miliardów rocznie.
Pięć miliardów? Mógł pan od razu powiedzieć: pięćset i tak nikt nie sprawdzi. A przy okazji, kto wam to wyliczył?
Nasi eksperci, nie znam wszystkich nazwisk, nie wiem którzy naukowcy tym się zajmują.
„Zapewnimy każdemu dziecku bezpłatne miejsce w publicznym żłobku i przedszkolu." Oprócz tego nakłady na naukę wyniosą 3 procent PKB, na kulturę – 1 procent. Skąd na to pieniądze?
Są z grubsza dwa rodzaje pozyskiwania środków w budżecie. Pierwszy to likwidacja. Mówiłem już o likwidacji IPN-u, nie ma już komisji majątkowej, a SLD postuluje też likwidację Funduszu Kościelnego.
Który wynosi 89 milionów, czyli niespełna 0,03 procent budżetu państwa! To kompletnie niezauważalne sumy.
Jak się połączy te miliony, to wyjdzie całkiem pokaźna kwota. Ale likwidacje to nie jedyny sposób szukania dodatkowych dochodów. Drugim są różnego rodzaju legalizacje. Ja na przykład jestem zwolennikiem legalizacji miękkich narkotyków, z czego państwo będzie miało pokaźne środki. Szacuje się...
Przepraszam, ale kto konkretnie szacuje?
Nie znam autorów tych badań. Ale mówi się o pięciu miliardach złotych...To nie wszystko, bo ja jestem również zwolennikiem legalizacji prostytucji w Polsce.
Przypomnę, że prostytucja jest legalna.
Tylko indywidualna prostytucja.
A pan mówi o jakiejś prostytucji zbiorowej?
Prostytucja jest rzeczywiście legalna, ale nielegalne jest sutenerstwo, czyli czerpanie zysków z cudzej prostytucji. Ja uważam, że należy skończyć z tą fikcją i opodatkować te wszystkie salony masażu, agencje towarzyskie i podobne firmy, których zyski są w Polsce nielegalne. Szacuje się, że to kolejne pięć miliardów złotych...
Znowu: kto szacuje?
Niech pan sobie poczyta w internecie – radzi młody polityk lewicy i taki też jest tytuł tej frapującej rozmowy.
? ? ?
„Ameryka jeszcze nie wygrała wojny z terroryzmem, ale już nie przegrywa. Jedno się nie zmieniło: wciąż najskuteczniejszym sposobem walki z terrorystami jest ich fizyczna likwidacja Z jednej strony predatory i wszechobecne satelity, z drugiej kawałek semteksu skręcony drutem. Zaprawieni w boju, świetnie wyszkoleni i wyposażeni komandosi  kontra fajtłapy. Potężne komputery, śledzące przepływy finansowe na całym globie, kontra wieśniacy, przewożący zwoje banknotów na swoich wychudzonych osiołkach.
Dotychczas terroryści mieli przewagę, bo ich religijny fanatyzm i nienawiść do Zachodu wygrywały w rywalizacji z predatorami i komputerami. Im mniej jednak będzie kandydatów na szahidów, i gdy zabraknie pieniędzy na opłacenie ich rodzin, tym bardziej oczywisty stanie się wynik tej potyczki" – pisze Marek Magierowski w analizie na rocznicę ataków z 11 września 2001 zatytułowanej Pustki w sali samobójców
„Zwrot w amerykańskiej polityce zagranicznej po 11 września to nie klęska. Ale za rządów Busha zawęziliśmy nasz horyzont, przestaliśmy myśleć w szerszych kategoriach strategicznych i nie zwracaliśmy należytej uwagi na przyszłych rywali – a tym mniej na własne, krajowe słabości. Prezydent Barack Obama, który zastał złą sytuację, nie miał dość energii, zasobów albo silnej woli, by poradzić sobie lepiej. Dziesięć lat po tamtych wydarzeniach zadaję sobie pytanie: czy nie jest aby tak, że samoloty, jakie spadły na Nowy Jork i Waszyngton, wyrządziły mniej szkody krajowi niż kaskada złych decyzji, jakie potem nastąpiły?" – pyta z kolei Anne Applebaum w drugiej rocznicowej analizie Czego nie chcieliśmy widzieć  po 11 września.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA