fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Kino to nieustająca rozmowa

AFP
Lubię grać postacie antypatyczne, bo myślę, że bywają bardziej interesujące niż lukrowane lalki. Zresztą w każdym można znaleźć przynajmniej jedną cechę, jedną rysę w monolicie, którą da się polubić
Rz: W „Michaelu Claytonie”, który wchodzi dziś na polskie ekrany zagrała pani prawniczkę na usługach korporacji. Pani bohaterka bardziej przypomina żołnierza w cywilu niż niezależnie myślącego człowieka. Musi jej chyba pani nie lubić?
Tilda Swinton: A kto powiedział, że aktor ma lubić postacie, w które się wciela? To prawda, Karen Crowder jest mi kompletnie obca. Nie chciałabym być taką kobietą i mam nadzieję, że nigdy — jak ona — nie uzależnię się ani od poczucia własnej siły, ani od żadnego systemu. Nie znam zresztą świata, w którym ona żyje. Kiedy przyjęłam rolę w „Michaelu Claytonie”, spędziłam sporo czasu, wałęsając się po Manhattanie i wchodząc tam do banków i biur. Tylko po to, żeby obserwować kobiety z obowiązkowymi, śnieżnobiałymi kołnierzykami bluzek wyłożonymi na klapy marynarek. Chłodne, rzeczowe, z uśmiechem przyklejonym do twarzy i wystudiowanym sposobem poruszania się i wyrażania. Lubi pani grać antypatyczne, trudne do polubienia postacie?
Lubię, bo myślę, że bywają bardziej interesujące niż lukrowane lalki. Zresztą w każdym można znaleźć przynajmniej jedną cechę, jedną rysę w monolicie, którą da się polubić. A to, czego w swoim bohaterze nie akceptuję, staram się zrozumieć. „Michael Clayton” jest filmem o ludziach w szponach wielkich korporacji i uzależnieniu człowieka. Ale czy zawód aktorski też w pewien sposób nie uzależnia? Może niektórych uzależnia, zwłaszcza tych, którzy kochają sławę, gwiazdorstwo, bycie w centrum zainteresowania. Mnie naprawdę na tym wszystkim nie zależy. To dlaczego została pani aktorką? Jako córka szkockiego generała, która chodziła do szkoły z Dianą Spencer, mogła pani wieść zupełnie inne życie. Od tego właśnie próbowałam uciec. Nie chciałam zostać żoną z wyższych sfer. Długo nie byłam zdecydowana, co powinnam robić w życiu, ale wiedziałam, że muszę być niezależna i decydować o własnym losie. Kariera aktorska wydawała mi się dobrym sposobem na osiągnięcie takiej autonomii. Bardzo szybko jednak sztuczność tego zawodu zaczęła mnie nużyć. Poczułam się marionetką w rękach reżyserów. Gdybym nie spotkała Dereka Jarmana, zostałabym pewnie dziennikarką. Ale on pokazał mi, czym jest tworzenie. Nauczył mnie wszystkiego, co umiem. Nie ograniczał pani? Ograniczał? Odwrotnie: rozwijał, pokazywał, czym jest sztuka. Kiedy odszedł, nie potrafiłam się pozbierać. Chyba dopiero wtedy tak do końca zrozumiałam, kogo straciłam. Umierał powoli, gnębiony chorobą, tracił siły, tracił wzrok, ale dopóki tylko mógł, zapisywał na taśmie swoją chorobę i swoją wrażliwość. Do ostatniej chwili pozostał wielkim artystą. Kiedy go zabrakło, wszystko się zmieniło. Z ogromnym trudem szukałam dla siebie drogi. Stała się pani muzą twórców niezależnych. Dziennikarze czasem pytają mnie, dlaczego chętnie pracuję z debiutantami i ludźmi o mało znanych nazwiskach. Otóż mam wrażenie, że oni są ogromnie ciekawi. Walczą o każdą scenę, ale przede wszystkim chcą i potrafią rozmawiać. A ja lubię, jak kręcenie filmu jest nieustającym dialogiem. Tego też mnie nauczył Derek. Ale potem wraca pani chętnie do tych samych ludzi, tych samych ekip. Bo dla mnie atmosfera na planie jest ogromnie ważna. Muszę się dobrze czuć wśród ludzi, z którymi przyjdzie mi spędzić kilka tygodni. Proszę pamiętać, że zdjęcia do filmów rzadko odbywają w pobliżu domu aktora. Człowiek budzi się w hotelowym pokoju i wieczorem, po całym dniu pracy, też wraca nie do domu, do najbliższych, lecz do hotelu. Nie ma jak odreagować, gdy coś jest nie tak. Dlatego przywiązuję wagę do tego, z kim mam spędzić ten dzień. Z Derekiem Jarmanem współpracowaliśmy przez dziewięć lat, nakręciliśmy razem siedem filmów i nigdy nie było źle, nudno, bezsensownie, agresywnie, głupio. To jak pani teraz wybiera role? Może to się wyda dziwne, ale przede wszystkim wybieram ludzi, z którymi przyjdzie mi pracować. Scenariusz to sprawa drugorzędna. Choć przecież wiadomo, że interesujący artysta zawsze ma coś do powiedzenia. No, ale jednak przyszedł taki moment, gdy dała się pani porwać Ameryce. „Porwać” to za dużo powiedziane. Derek — tak, znowu on — zawsze mówił, że sztuka nie zna granic. No to szukając po jego śmierci sposobu na życie i uprawianie mojego zawodu, coraz częściej zaczęłam przeprawiać się za ocean. Tam zresztą też można spotkać prawdziwych artystów i fantastyczne klimaty. Na przykład praca z Tonym Gilroyem była rozkoszą. Gra pani w Stanach u twórców takich jak Gilroy czy Spike Jonze, ale również w całkowicie komercyjnych przedsięwzięciach hollywoodzkich, choćby w „Opowieściach z Narnii”. Czy udział w tym filmie to spłata długu w stosunku do własnego dzieciństwa? Absolutnie nie. Kiedy dostałam od Andrew Adamsona propozycję zagrania wiedźmy w „Opowieściach z Narnii”, nie bardzo wiedziałam, o jaką rolę chodzi. Nigdy tej książki nie czytałam. Dla mnie, jako aktorki, tak zresztą było lepiej. Pamiętam, jak się namęczyłam, grając w „Orlando” Sally Potter. Codziennie wybijałam sobie z głowy dziecięce wyobrażenia o tej postaci, powtarzałam sobie, że muszę na nią spojrzeć z perspektywy dorosłej osoby. No, ale jeśli nie z sentymentu, to dlaczego przyjęła pani rolę w „Narnii”? Pomyślałam, że człowiek, który nakręcił „Shreka”, musi być interesujący. Pani czarownica jest dość nietypowa, wieje od niej grozą, ale też strasznym chłodem. Tak to sobie wymyśliłam. Nie chciałam krzyczeć i pieklić się, do takich reakcji — własnych i ze strony rodziców — dzieci są przyzwyczajone. Poza tym ktoś, kto krzyczy, ma w sobie emocje. A ja postanowiłam zagrać kobietę zimną, z którą nie da się rozmawiać i niczego załatwić. Wypraną z uczuć. Co panią najbardziej zaskoczyło w wielkiej produkcji hollywoodzkiej? 1500 osób w ekipie, helikoptery dowożące aktorów na plan, luksusowe przyczepy-garderoby, niemal z fontannami. To coś, o czym z Jarmanem nawet nie moglibyśmy pomyśleć. Poza tym myśmy łapali nastrój chwili, masę scen powstawało na planie, pod wpływem impulsu. W produkcjach, których budżet wynosi 200 mln dolarów, nie ma miejsca na żadną improwizację. Wszystko jest zaplanowane i zaprojektowane wiele tygodni wcześniej. W takich filmach nawet pogoda nie jest w stanie popsuć ekipie szyków: zawsze można zrobić sztuczny deszcz albo rozświetlić lampami ponury dzień. W Europie nikt nie mógłby nawet o takim przepychu pomyśleć. Gra pani często w Stanach, ale jest pani wielką orędowniczką kultury brytyjskiej. Od razu chcę sprostować. Nie brytyjskiej, bo myślę, że czegoś takiego nie ma. Kultura angielska i szkocka to dwie zupełnie różne tradycje. Ta druga jest mi oczywiście dużo bliższa. Ona jest zresztą bardziej związana z korzeniami europejskimi. Anglicy kochają dramaty społeczne, często patrzą na swoich bohaterów przez pryzmat pochodzenia, przynależności do określonej warstwy. Szkoci są znacznie bardziej zainteresowani dylematami związanymi ze sprawami ostatecznymi: życiem, śmiercią, namiętnościami. Dzisiaj, mimo amerykańskiej kariery, mieszka pani w Szkocji. To jest moje miejsce. Moja rodzina jest zakorzeniona w Szkocji od wielu wieków. Matka wychowała się co prawda w Australii, ale jej matka też była z pochodzenia Szkotką. W Szkocji jestem u siebie. Mamy tam dom, w którym dobrze się czują mój mąż John Byrne i nasze bliźniaki. Nie wyobrażam sobie, żeby nasze dzieci mogły wychowywać się w Ameryce, zwłaszcza w Hollywood. Myślę, że to byłoby dla nich niezdrowe. Ale one i tak żyją w cieniu pani sławy. Wcale nie! Ja jestem niemal schizofrenicznie rozdwojona. Moja praca i moja prywatność to dwie kompletnie rozdzielne sfery. Nie ma między nimi przenikania. W domu jestem żoną i matką, a nie aktorką. Jest coś, czego pani w którejś z tych sfer żałuje? Prywatnie czuję się spełniona. A zawodowo? Może tego, że nie umiem kłócić się o pieniądze. A czy jest rola, którą bardzo chciałaby pani zagrać? Stworzyłam na ekranie tyle ostrych postaci z charakterem, że może wyzwaniem stałoby się dla mnie zagranie jakiejś istoty niezaradnej, łagodnej i kobiecej. Żeby widz nie patrzył na mnie z lekką odrazą, tylko wreszcie westchnął: „O rety, popatrzcie, jak ta Swinton ładnie wygląda”. Wysoka, szczupła, nosi się trochę po męsku. W rozmowie jest rzeczowa, nie kryguje się. Ma swoją pozycję w świecie kina, ale odrzuca wszystko, co kojarzy się z gwiazdorstwem. Kino to dla niej intelektualna przygoda w gronie przyjaciół. Tilda Swinton ma 47 lat. Urodziła się w Londynie, w starej szkockiej rodzinie, której korzenie sięgają IX wieku. Chodziła do szkoły z Dianą Spencer, przyszłą księżną, potem studiowała w Cambridge nauki polityczne i literaturę. W końcu jednak postanowiła zostać aktorką i trafiła do Royal Shakespeare Company. Wytrzymała tam tylko rok. I może znów zmieniłaby zawód, gdyby w połowie lat 80. nie spotkała Dereka Jarmana. Razem nakręcili: „Caravaggia”, „Arię”, „The Last of England”, „Ogród”, „Edwarda II”, „Wittgensteina”, wreszcie „Blue”. Po śmierci Jarmana aktorka długo nie mogła się odnaleźć. Dziś ma w swoim dorobku m.in. filmy nakręcone z Sally Potter („Orlando”), Davidem Mackenziem („Młody Adam”), Scottem McGehee i Davidem Siegelem („The Deep End”), Spikiem Jonze’em, („Adaptacja”), ale również przeboje hollywoodzkie, takie jak „Niebiańska plaża”, „Vanilla Sky”, „Constantine” i „Opowieści z Narnii”.Mieszka z mężem, plastykiem i pisarzem Johnem Byrne’em w Szkocji. Razem wychowują bliźniaki – Xaviera i Honor.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA