fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Jacek Skała o prokuratorze generalnym i prokuraturze

Jacek Skała
Fotorzepa, Darek Golik
Raz po raz media informują o przypadkach odbierania spraw prokuratorom, którzy postawili lub chcieli postawić zarzuty osobom z tzw. świecznika. Tak wygląda niezależność w zreformowanej prokuraturze – pisze prokurator
Z zaciekawieniem przyglądałem się polemice, w którą swego czasu wdał się redaktor Tomasz Pietryga z Beatą Mik na temat sytuacji finansowej i ustrojowej prokuratury na rok po rozdziale funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.
Krytyczny głos redaktora Pietrygi koliduje z niemal sielankową wizją przedstawioną przez prokurator Mik z Prokuratury Generalnej. Ponieważ w jednym z tekstów zostałem wywołany do tablicy, czuję się zobowiązany zabrać głos. Będzie to głos nie ze szczytu tej zhierarchizowanej instytucji, gdzie od lat usytuowana jest prokurator Mik, ale z perspektywy prokuratury rejonowej, gdzie 70 proc. prokuratorów prowadzi 99 proc. wszystkich postępowań.

Rzeczniczka reformatorów

Gdy czytam słowa Beaty Mik odnoszę wrażenie, że wdała się ona w rolę rzecznika „reformatorów" prokuratury, który bezwarunkowo zachwycą się przeprowadzoną nowelizacją, nie dostrzegając jej mankamentów. Według mnie wizję bliższą rzeczywistości przedstawił redaktor Pietryga.
Zupełnie niezrozumiałym wydaje mi się wyrażony przez moją koleżankę po fachu pogląd, że wizja ta ma polityczny rodowód. Nie jest to argument merytoryczny. Podobny zarzut mógłby przecież postawić Beacie Mik Tomasz Pietryga w swojej celnej ripoście. Wydaje się, że prokurator nie powinien publicznie wdawać się w oceny, czy coś jest polityczne, czy nie. Jego bowiem, a nie dziennikarza, dotyczy ustawowy wymóg zachowania apolityczności. Złamał go kiedyś były prokurator generalny, mówiąc – zresztą całkowicie bezpodstawnie – że akcje protestacyjne sędziów i prokuratorów są polityczne. Czy w tą samą pułapkę nie zapędziła się przypadkiem prokurator Mik?

Nieudana reforma

21 maja 2011 r. cztery organizacje prokuratorskie i sędziowskie – Iustitia, Związek Zawodowy Prokuratorów i Pracowników Prokuratury RP, Stowarzyszenia – Komitet Obrony Prokuratorów i Ad Vocem wydały wspólne oświadczenie przeciwko psuciu prawa przez władze ustawodawczą i wykonawczą. Można chyba odnieść wrażenie, że coś niedobrego dzieje się w tzw. legislacji związanej z wymiarem sprawiedliwości, skoro organizacje prawnicze – prokuratorskie, sędziowskie, ale także radców prawnych i adwokatów zapowiadają protesty lub już protestują przeciwko psuciu prawa. Tego jeszcze w historii nie było i o czymś to świadczy.
Czy naprawdę nie stać nas było, aby przy okazji tej dużej reformy raz na zawsze pozbyć się ustawy, której rodowód sięga niemal epoki stanu wojennego (1985 r.)?
We wspomnianym oświadczeniu wymienione są ustawy stanowiące przykłady takiego psucia. Jest to przede wszystkim nieudana, może poza realizacją samego hasła, „reforma" prokuratury z kwietnia 2010 r. Pojawia się w tym miejscu pytanie o genezę tak entuzjastycznego nastawienia Bety Mik do wprowadzonych 1 kwietnia 2010 r. w ustroju prokuratury zmian.
Odpowiedź może być zaskakująco prosta. Ustawa powstawała jeszcze, gdy Ministerstwo Sprawiedliwości i prokuratura stanowiły zespół naczyń połączonych. To właśnie w tych strukturach funkcjonowała pani prokurator i to w ich ramach współtworzyła reformę. Wystarczy sięgnąć do stenogramów z sejmowych prac nad projektem, aby się przekonać, jak jednoznacznie opowiadała się za rozwiązaniami zawartymi w rządowym przedłożeniu.
Głównym błędem, który popełniono przy okazji reformy, był grzech zaniechania. Mamy bowiem całą armię zatrudnionych na etatach rządowych legislatorów, w tym sędziów i prokuratorów, których etatowym obowiązkiem jest tworzenie dobrego prawa. Co zrobiłby będący na ich miejscu pewien normatywny wzorzec rzetelnego, apolitycznego legislatora? Otóż wziąłby spracowaną togę prokuratorską pełną nieustannie doklejanych łatek i wyrzuciłby ją na śmietnik, szyjąc całkowicie nową. Państwo polskie zasługuje na to, aby stworzyć nową „konstytucję" prokuratury, a nie doklejać kolejną łatkę. Czy naprawdę nie stać nas było, aby przy okazji tej dużej reformy raz na zawsze pozbyć się ustawy, której rodowód sięga niemal epoki stanu wojennego (1985 r.)?

Sposoby na odsuwanie

Zgodnie z tezą, jaką postawiła prokurator Beata Mik, brak jest praktycznie zagrożeń dla niezależności prokuratorów. Nie mogę się z tym zgodzić, gdy raz po raz media informują o przypadkach odbierania spraw prokuratorom, którzy postawili lub chcieli postawić zarzuty osobom z tzw. świecznika. Odbywa się to na kilka sposobów.
Ostatnio jeden z kolegów stracił cały referat. Wcześniej mieliśmy przypadki uchylania zarzutów przez szefa i nagłego „awansu" z wydziału przestępczości zorganizowanej do wydziału sądowego, ale już bez prowadzonego śledztwa. Znane są też przypadki „wędrowania" spraw po kraju, gdy ich losy nie odpowiadają oczekiwaniom. Tak wygląda niezależność w zreformowanej prokuraturze.
A wystarczyło w czasie reformy wprowadzić ustawowy zakaz odbierania spraw poza ściśle określonymi przypadkami. We wszystkich tych sprawach prokuratorzy nie mieli żadnego wpływu na swoją niezależność. Została im ona odebrana przez system. Mówienie zatem, że niezależność zależy od prokuratora, który prowadzi postępowanie, od jego kręgosłupa moralnego to tylko często powtarzany, wyświechtany slogan.

Takiej biedy dotąd nie było

Kolejny aspekt niezależności związany jest z budżetem i wpływem prokuratora generalnego na jego kształt. Prokurator Mik nie widzi problemu w tym, że jest on w sposób całkowicie arbitralny ustanawiany przez polityków, a prokurator generalny nie ma na to żadnego wpływu. Do tej pory do częstych należały sytuacje, gdy kasa prokuratury – najczęściej z końcem lata i początkiem jesieni – świeciła pustkami. Wówczas, jedną decyzją minister sprawiedliwości – prokurator generalny uzupełniał ją, dokonując wewnętrznych przesunięć. Obecnie sytuacja jest podobna.
Środki kończą się jesienią, tylko że prokurator generalny nie może takiego przesunięcia przeprowadzić. Może jedynie udać się po prośbie do jednego czy drugiego ministra lub publicznie zaapelować do posłów. Czy to się nazywa niezależność? Czy politycy będą skorzy tę kasę uzupełnić?
Zaryzykuję tezę, że mogą mieć z tym problem, zwłaszcza w takich sprawach jak te, o których pisałem powyżej, gdy jeden bądź drugi minister usłyszy zarzuty karne. Przypomnę, że budżet prokuratury w ostatnich dwóch latach był konstruowany w tej wysokości, co przed reformą tylko, co podkreślam, bez szans na dodatkowy jesienny zastrzyk.
Być może z perspektywy ul. Barskiej prokurator Beata Mik tego nie dostrzega, ale chyba czas powiedzieć to z całą stanowczością. Takiej biedy w prokuraturze dotąd nie było. Jeżeli moja koleżanka twierdzi, że nie ma to wpływu na sprawność postępowań, jakość pracy, a w dalszej kolejności bezpieczeństwo państwa i obywatela, to mogę jedynie pogratulować, dziękując za niezależność bez papieru, kodeksów, programów prawniczych, normalnie wyglądających siedzib i gabinetów, środków na pocztę, transport i przede wszystkim prowadzenie postępowań. W tej dziedzinie pomiędzy prokuraturą a sądami, które, co paradoksalne, nadal pozostają pod silną resortową kontrolą, zaczyna robić się przepaść.

Wyzwolenie trzeciej władzy

W swoim wywodzie Beata Mik odnosi się do kwestii braku inicjatywy ustawodawczej ze strony prokuratora generalnego. Według niej osiągnięciem reformy jest fakt, iż minister sprawiedliwości, chcąc wydać regulamin wewnętrznego urzędowania, musi zasięgać opinii prokuratora generalnego. W tym miejscu wystarczy, kończąc w zasadzie dyskusję, zadać jedno pytanie: czy jest on w jakiś sposób związany opinią?
Może z nią zrobić to samo, co ze słusznymi opiniami sędziowskich i prokuratorskich związków oraz stowarzyszeń np. w sprawie przygotowywanej noweli do prawa o ustroju sądów powszechnych.
Beta Mik wskazuje, że minister sprawiedliwości ustala również regulamin sądów, a żaden z sędziów nie ma o to pretensji. Widać z tego, że niezbyt uważnie przysłuchuje się dyskusji, która toczy się nad ustrojem sądów powszechnych. To w tej dyskusji, której emanacją było wysłuchanie publiczne rządowego projektu zmieniającego USP, sędziowie na każdym kroku podkreślają konieczność wyzwolenia trzeciej władzy spod wpływu władzy wykonawczej poprzez minimalizacje oddziaływania ministra sprawiedliwości m.in. na treść aktów wewnętrznego urzędowania.

Drenaż kasy

Nie sposób tu pominąć pewnej fatalnej kulminacji błędów i niedopatrzeń, wynikających bardziej z braku wizji nowoczesnej prokuratury, które zaobserwowaliśmy przez ostatnich kilkanaście miesięcy funkcjonowania nowych rozwiązań. Wystarczy wymienić brak przepisów przejściowych dla obecnych asesorów prokuratorskich przed objęciem urzędów przez pierwszych absolwentów Krajowej Szkoły Sądów i Prokuratury, efektem którego było wręczanie im wypowiedzeń umów o pracę.
Innym przykładem bałaganu legislacyjnego było wprowadzenie nowych struktur nadzorczych w prokuraturach apelacyjnych – wydziałów ocen okresowych, tym bardziej kuriozalne, że ocen tych dotąd nie przyjęto. Niedawno media wyśmiewały to rozwiązanie, tytułując materiał: „Wydziały do spraw, których nie ma – absurd w polskiej prokuraturze". Utworzenie tych wydziałów to nic innego, jak drenaż kasy państwowej. Czas postawić pytanie, kto za to odpowiada. Podobnie zresztą jak za wysłanie w stan spoczynku byłych prokuratorów Prokuratury Krajowej – znalazły się wśród nich osoby, które ledwie ukończyły 30. rok życia.
Przy okazji „reformy" z początku 2010 r. zaprzepaszczono szansę na przebudowę skostniałego samorządu prokuratorskiego, który jest niereprezentatywny dla środowiska. Wystarczy spojrzeć na skład Krajowej Rady Prokuratury, wśród której członków są niemal wyłącznie prokuratorzy prokuratury apelacyjnej, a wśród nich bodajże jeden, który na co dzień prowadzi śledztwa. Prokuratorzy prokuratur rejonowych i okręgowych, na których barkach spoczywa prowadzenie ponad 99 proc. postępowań, nie są w ogóle reprezentowani, bo ordynacja wyborcza jest całkowicie niedemokratyczna.
Fiaskiem okazała się koncepcja konkursów, które wprowadzono, ale, niestety, nie tam gdzie są one najbardziej potrzebne. Dziś w drodze konkursów przyznawane są tytuły prokuratorów jednostek wyższego rzędu. Jak pokazały doświadczenia ostatnich miesięcy, konkursy należało wprowadzić zwłaszcza na ponad tysiąc stanowisk funkcyjnych. Ich brak w tej sferze prowadzi do powoływania osób na podstawie bliżej nieokreślonych kryteriów, a także eliminuje z ubiegania się o nie tych, którzy mają ku temu predyspozycje i ambicje.
Te błędy wystawiają fatalną opinię o autorach reformy, a także o tych, którzy, uczestnicząc w pracach parlamentarnych, nie potrafili na nie zwrócić uwagi, upajając się samym rozdzieleniem obu urzędów. Wiele z nich trudno będzie naprawić.
Autor jest prokuratorem Prokuratury Rejonowej Kraków-Krowodrza, wiceprzewodniczącym Związku Zawodowego Prokuratorów i Pracowników Prokuratury
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA