fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Wielka Nagroda dla Jerzego Treli

Jerzy Trela
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Wybitny aktor Jerzy Trela otrzyma w sobotę Nagrodę Wielką festiwalu Dwa Teatry. Mówi o swojej współpracy z Tadeuszem Łomnickim, Konradem Swinarskim i Kazimierzem Kutzem
Przyznano panu nagrodę Dwóch Teatrów w czasie, kiedy TVP niszczy telewizyjną scenę.
Jerzy Trela: To bardzo miłe, że starych aktorów wyróżnia się nagrodami honorowymi za to, co kiedyś zrobili. Dzięki Teatrowi TV i Teatrowi Polskiego Radia miałem możliwość poznać piękno i tajemnicę arcydzieł literatury od Sofoklesa po Gombrowicza, Konwickiego, Mrożka, Różewicza i Głowackiego. A także dzielić się tym pięknym i mądrością z widzami oraz słuchaczami w całym kraju. Teatr TV pełnił bowiem funkcję Teatru Narodowego w pełnym tego słowa znaczeniu. Głęboko wierzę, mam nadzieję, że nastąpi otrzeźwienie i ludzie decydujący o jego losach przywrócą telewizyjną scenę do łask. Jeżeli szanuje się swój naród, powinno się dbać o wrażliwość i edukację następnych pokoleń. Nie wszystko przynosi zysk od razu. Teatr jest inwestycją w przyszłość. Dwa Teatry - czytaj więcej Najwspanialszy pana okres w Teatrze Telewizji związany jest z Kazimierzem Kutzem. W „Stalinie" był pan świadkiem ostatniej roli Tadeusza Łomnickiego i stworzył tytułową kreację: pana źrenice były ze stali.
Na początku ze strachu przed Łomnickim. Potem znalazłem na niego sposób: postanowiłem patrzeć jak gra. Ale bez aprobaty. Na trzeci dzień Kutz powiedział: „Jurek, jest dobrze. Tadeusz przyszedł do mnie i powiedział: «Kaziu, ja się Jurka zaczynam bać»". Fenomenalnie pokazał pan absolutny spokój tyrana, która morduje z zaskoczenia jak anakonda. Stalin, chociaż wszyscy wiedzieli, że jest okrutny, potrafił czarować ludzi. Churchill napisał w pamiętnikach, że nie wiedział dlaczego, ale stanął na baczność na jego wejście — dwukrotnie. Stalin był niezłym reżyserem, choć okrutnym i złym człowiekiem. Łomnicki grał żydowskiego aktora, odtwórcę Leara — postać która fascynowała tyrana. Tadeusz był tak przejęty „Królem Learem", na próby którego jechał prostu z planu do Poznania, że on, wielki perfekcjonista, pomylił się. Po przerwie obiadowej, na ostatnie ujęcie finałowej sceny założył płaszcz, zamiast go tylko narzucić na plecy, jak na początku. Wychwycił to realizator i powiedział, że to, co nagraliśmy po przerwie, musimy powtórzyć, a na nagranie zostało 1,5 godziny. Zapadła cisza. Kutz zdecydował kręcić dalej. Błąd zatarł w montażu. Traktował pan tę rolę jako zaszczyt czy okazję do rywalizacji? Ani zaszczyt, ani okazję. Znałem Łomnickiego i podziwiałem, ale nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się w teatrze. O „Stalinie" opowiadał mi w czerwcu 1991 r., gdy zatrzymał się w Krakowie, w drodze na wakacje. Pokazał nam w garderobie tekst, tytułową rolę miał grać inny aktor. Tymczasem w październiku zadzwonił Kutz i powiedział, że jest sytuacja podbramkowa: likwidują halę produkcyjną, trzeba kręcić, bo Tadeuszowi bardzo na tym zależy, a jego partner w tym czasie nie może. Zostało 4 tygodnie, miałem wyjazd do Niemiec, a tekst liczył ponad 200 stron. Nie do opanowania! A jeszcze mnie straszyli, że Łomnicki jest trudny, wymagający. Kiedy miałem z nim spotkania, nigdy nie wiedziałem, kiedy przede mną coś udaje, a kiedy jest naprawdę, bo nawet jak udawał — był sobą. Powiedziałem szczerze Kutzowi, że boję się Łomnickiego. Obiecał pomoc. Jednak, gdy pierwszego dnia, jeszcze przed nagraniem, zobaczyłem jak Tadeusz jest perfekcyjnie przygotowany, postanowiłem uciec. W Bieszczady! Przecież po takiej ucieczce nie miałem już czego w zawodzie szukać. Ale pan nie uciekł. Łomnicki też wiedział, że gram awaryjnie i zadbał o mnie. Gdy podczas przerw nie chodziłem na obiad, tylko przygotowywałem się do kolejnych scen, przynosił mi kanapki. Otworzył się przede mną. Rozmawialiśmy o rzeczach prywatnych, intymnych. Praca z Gustawem Holoubkiem, który reżyserował „Króla Edypa", to całkiem inny teatr. Pisano o teatrze słowa, a przecież wszystko wynikało z psychologii postaci i ich namiętności: miłości, nienawiści i żądzy władzy, wymieszanych przez ślepy los. Holoubek miał tyle uroku, ciepła i mądrości, że potrafił uszanować klasykę, która przetrwała ponad dwa tysiące lat. Pana pierwsze spotkanie z wybitnymi artystami — Marleną Dietrich i Zbyszkiem Cybulskim, było jak ze snu. Kończyłem liceum plastyczne i wujek, który był kelnerem w restauracji wrocławskiego hotelu Monopol, chciał mi zrobić przyjemność. Po koncercie Dietrich w Hali Ludowej, zaplanowano w Monopolu przyjęcie, a wielka Marlena poprosiła, żeby gościem honorowym był Zbyszek Cybulski, który mieszkał w Monopolu. Kelnerzy traktowali go jak syna, brata. Gdy nie miał pieniędzy — jadł i pił na kredyt. Chodził ubrany na sportowo, w pionierkach. Na kolację zorganizowali mu krawat, marynarkę i białą koszulę. Podczas przyjęcia siedziałem w kącie, ale poznałem Cybulskiego wcześniej. Zaciągnął mnie do stołu, żebym mógł zobaczyć Marlenę Dietrich z bliska. Spytała, co Cybulski pije, a kelnerzy wiedzieli, że trzeba przynieść pół litra wódki i dwa kieliszki: literatkę dla niego i stopkę na 25 gram dla niej. Zbyszek jeszcze przed toastem zdążył wypić pierwszą setkę. Dietrich była wpatrzona w niego, zauroczona. A ja się gapiłem się raz na niego, raz na nią. Rozmawiał pan z Cybulskim o aktorstwie? Niewiele. Mówił mi, żebym nie zdawał do PWST, bo studenci ze szkoły teatralnej nie umieją drzwi zamykać. Drzwi się powinno zamykać, mówił, a nie pokazywać, że się zamyka! Trafna uwaga. Zanim został pan aktorem Konrada Swinarskiego, był pan jego asystentem. Swinarski przyszedł na „Nos" Gogola w krakowskim Teatrze Proscenium. Poznaliśmy się w garderobie. Jego asystentem zostałem już w Starym, chyba tylko dlatego, że grałem najmniejszą rolę w „Żegnaj, Judaszu". Nie wiedziałem co robić, to siedziałem w kulisach. Konrad się złościł i pytał: „Gdzie jest mój asystent?!". Wychylałem się i mówiłem „Jestem!". O Swinarskim powiedziano już tyle rzeczy, że ciężko cokolwiek dodać. To był wspaniały człowiek, który żył teatrem: mieszkał w teatrze, a nawet we śnie tworzył teatr. Rano opowiadał nam swoje sny. Po epizodzie w „We wszystko dobre, co się dobrze kończy", stwierdził, że należy mi się coś poważniejszego. Byłem na planie filmowego „Janosika", gdzie grałem Bacusia, gdy przyszła wiadomość, że Swinarski obsadził mnie w roli Gustawa-Konrada. Nie wiedzieliśmy, co robić. Wiktor Sadecki zaproponował reżyserowi: „A weźże ubij Bacusia!". Bacusia ubito i narodził się Konrad. Jak pan myśli, jakie „Dziady" pokazałby dziś Swinarski? Myślę, że odkrywcze, może obrazoburcze. Ale to wynikałoby z głębokiej analizy, a nie powierzchownego buntu dla buntu. Prowadził poważny dialog z Bogiem, ze światem, z człowiekiem, z sobą. Wspaniałość Konrada, polegała na tym, że nikogo nie kształtował na swoje podobieństwo. W każdym pielęgnował to, co szczególne i najpiękniejsze. Został pan aktorem ekstremalnym na długo przed Poniedziałkiem, grając Wiarusa w „Warszawiance" Dziewulskiej i Tomaszewskiego. Ucieszyłem się na tę rolę, bo wiele się nasłuchałem o prawie stuletnim Ludwiku Solskim, który biegał wokół teatru zanim wszedł na scenę zmęczony, zziajany. Nie byłem w wieku Solskiego, a jednak Jerzy Goliński powiedział o mnie: „Jak ma się Trela zestarzeć, jak od dziecka jest stary!". Ku uciesze kolegów postanowiłem się dodatkowo umorusać. Wyszedłem z teatru w kostiumie — na podwórko, gdzie były błotniste kałuże. A kiedy się wytarzałem — poczułem dziwny zapach. Koledzy, którzy wszystko obserwowali z okien, mieli dobrą zabawę. Wcześniej widzieli, jak na podwórko weszła wycieczka... żeby się wysikać. Wniosłem na scenę coś nowego, czyli mocz. Tak zostałem aktorem ekstremalnym! W Starym Teatrze zagrał pan w spektaklu „Król umiera" Piotra Cieplaka. To rodzaj pożegnania. Nie czuje się pan jak Tadeusz Łomnicki, który tułał<\!s>się po Polsce, nie mając stałego adresu? „Król umiera" to pożegnanie pewnej epoki, ale nie aktorów mojego pokolenia. Gram dalej, bo to moja pasja. Mógłbym teraz zagrać w Starym, ale dyrektor Mikołaj Grabowski spóźnił się z telefonem o 4 godziny. Podpisałem już umowę, gdzie indziej. Oczywiście, wolałbym być w jednym zespole i to w moim Starym Teatrze, do którego Mikołaj Grabowski zaprosił mnie ponownie na przyszły sezon. Nie zamartwiam się jednak, a z mojej tułaczki zrobiłem sobie nawet żart. W odpowiedzi na apel jednego z reżyserów, że aktorzy powinni żyć na walizkach, powiedziałem „Wolnego najmitę" w programie Manna i Materny. Poza Starym w Krakowie i Narodowym, Dramatycznym, Polonii w Warszawie, zagrał pan w dwóch spektaklach filozoficznych — „Wariacje Tischnerowskie" i „Wielkie kazanie księdza Bernarda" w Teatrze STU. Pierwszy jest popisem cudownego poczucia humoru księdza Tischnera, drugi efektem szukania deski ratunkowej w momencie zagubienia. Pamiętał o mnie Krzysztof Jasiński, a tekst Kołakowskiego chodził za mną od lat. Mówiłem fragmenty „Rozmów z diabłem" na jego jubileuszu. Minęła dekada i przyjechał do Krakowa już po premierze. Rozmawialiśmy do późnej nocy. Był przejęty spektaklem. Nie mógł pojąć, że da się przełożyć jego traktat na język teatru. Na przedstawieniu siedział w pierwszym rzędzie. Najpierw głęboko w fotelu, a potem tak się wychylił — opierając brodę na lasce, że o mało nie wszedł na scenę. Miałem uczucie, że gra razem ze mną. Oczywiście, diabła! A po premierze słyszano w foyer powtarzane zdanie jednego z widzów: „Ja się, k...., chyba od dziś nawrócę!". Podobno, gdy, jeszcze jako dziecko, przyjeżdżał pan na wycieczki do Krakowa, to po całodniowym zwiedzaniu, był pan tak zmęczony, że zasypiał w fotelach Teatru im. Słowackiego. Pierwszy kontakt ze sceną był nieudany? Wręcz przeciwnie, bo fotele były bardzo wygodne! Nie mogę powiedzieć, jak wielu kolegów, że urodziłem się aktorem. Wychowywałem się na kinie objazdowym. Lubiłem książki. Moją czytelniczą wyobraźnię rozbudzała szkolna nauczycielka. Rysowałem, rzeźbiłem. Przygoda ze sceną zaczęła się od liceum plastycznego. Myślałem o scenografii na ASP. Interesowała mnie machina teatralna. Ale sytuacja rodzinna zmusiła mnie do podjęcia pracy. Zatrudniłem się w pracowni plastycznej teatru lalek w Nowej Hucie. Jaremowie zabrali mnie stamtąd do Groteski — „teatru formy", który tworzyli Skarżyńscy, Mikulski, a wcześniej Kantor. Zdał pan do szkoły teatralnej, mając 23 lata. Nie wierzyłem, że się dostanę. Namówili mnie koledzy z Groteski. Zdawałem w tajemnicy przed panią dyrektor Jaremową, równolegle grając w teatrze. Może nigdy na nic nie jest za późno? Na odrodzenie się Teatru TV też? —rozmawiał Jacek Cieślak
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA