fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Koniec ferajny z Lehmana

„Gracze” Vicky Ward Kurhaus
Rzeczpospolita
Vicky Ward: Upadek bankuGdy w styczniu 1977 r. znajomy Chrisa Pettita z koszykarskiego boiska dyrektor zarządzający Jim Boshart zaprosił jego i Toma Tuckera do Lehman Commercial Paper Inc. na rozmowę o pracę, mieli na sobie nowe garnitury po 49,99 dolara za sztukę.
Tucker ze zdenerwowania zapomniał oderwać metkę z ceną. Nie wypadli najlepiej – nie mieli doświadczenia w finansach ani finansowego wykształcenia. Pettit ukończył West Point. Obaj, choć nie od razu i nie bez wątpliwości, zostali jednak przyjęci.
Szybko awansowali, Pettit, który wyrósł na lidera, ale też inni: Tucker, Steve Lessing i Joe Gregory. Mieszkali w Huntington, przez wiele lat razem dojeżdżali jednym autem do pracy. Mieli być dobrymi chłopcami Wall Street, obiecali też sobie, że pieniądze ich nie zmienią, a także, że po pewnym czasie porzucą świat wielkiego biznesu. To w głównej mierze oni oraz Richard „Dick" Fuld sprawili, że Lehman – bank ze 160-letnią tradycją – odzyskał niezależność, odrodził się i wszedł do grupy najpotężniejszych instytucji Wall Street. Fuld został prezesem, Pettit, zanim rozstał się ze swoimi zasadami, dając tym samym okazję przyjaciołom, by wbili mu nóż w plecy, prezydentem i dyrektorem operacyjnym nowego, rosnącego Lehmana. Joe Gregory, który zaczął pracę w banku jeszcze wcześniej niż Tucker i Pettit, a jako stażysta strzygł trawniki przed domem jednego z dilerów, wydawał się najbardziej nie pasować do tego świata. Był podobno jednym z niewielu pracowników, którzy w testach wypadali jako „odczuwający", choć znano go też jako „Pałka Joe". Potem tworzył nową kulturę Lehmana, troszcząc się o kobiety i mniejszości seksualne. Ale nie pilnował biznesu i nie radził sobie z nim. Niepokornych wyrzucał – nawet bardzo kompetentnych. Na posiedzeniach komitetu wykonawczego mówił wiele o kolejnych domach i jachtach. Ale nie chciał słuchać o ryzyku. To tylko przeszkadzało Lehmanowi w zarabianiu pieniędzy, a więc Gregory'emu też – otrzymał od firmy w sumie kilkaset milionów dolarów.
Książka Vicky Ward wspomina o odrodzeniu i metamorfozie Lehmana oraz o jego upadku, ale nie jest ani o jednym, ani o drugim, nawet jeśli czasem zdradza takie ambicje. Nie jest też analizą poczynań i inżynierii finansowej, które spowodowały rozkwit, a później zepchnęły w przepaść potężny bank inwestycyjny. To książka o ludziach Lehmana. Nie ma w niej jednak szczegółowych biografii czy psychologicznych portretów, ale z wielu historii, wypowiedzi i faktów można poskładać interesujący, czasem nawet bardzo, obraz pewnego środowiska, nie tylko „chłopców z Ponderosy" i Dicka Fulda, ale wszystkich, w rękach których był los Lehmana, i ich wzajemnych relacji.
To z początku obraz optymistyczny, z czasem jednak się zmienia i staje przestrogą, że wcale nie jest łatwo być dobrym chłopcem na Wall Street. Jest to więc przy okazji jeszcze jedna historia o ludzkiej głupocie, której – jak to często bywa – towarzyszą pycha i arogancja. No i rzecz jasna chciwość.
Upadek Lehmana miał odmienić świat. Czy i jak bardzo odmienił? To pytanie o to, czy książka jest tylko opowieścią o tym, co się wydarzyło, czy też lustrem, w którym odbija się również dzisiejsza Wall Street.
„Gracze" Vicky Ward Kurhaus
Krzysztof Jedlak, redaktor naczelny „Parkietu"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA