fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Igor Janke o Łukaszu Kamińskim w IPN

Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Gdyby Kamiński potępił książkę Gontarczyka i Cenckiewicza, byłby historykiem w politykę nieuwikłanym. A gdyby jeszcze oświadczył, że książki nie przeczytał, bo się jej brzydzi, wtedy byłby historykiem wybitnym – ironizuje publicysta „Rzeczpospolitej”
To będzie historia o osobliwej sile mediów. Zaczęło się niewinnie. Po raz pierwszy od dawna, dziwnym trafem, główne siły polityczne porozumiały się w jednej sprawie – wyboru nowego szefa IPN. Ale bardzo szybko się okazało, że nie tak miało być. Kandydat jest co prawda „niepartyjny", ale jego niepartyjność nie jest słuszna. Dlaczego? Nie jest „nasza".
Kandydat może być niepartyjny, ale musi to być „nasz niepartyjny".
 
 
Szybko znalazł się więc poważny zarzut – wrocławski historyk Łukasz Kamiński, którego Rada IPN wskazała jako kandydata na szefa instytutu, zabrał w pewnym radiu głos w sprawie książki Piotra Gontarczyka i Sławomira Cenckiewicza o Lechu Wałęsie. Stwierdził mianowicie, że książka ta, gdyby przeszła normalne procedury IPN, mogłaby zostać przez instytut wydana. A ponieważ nie potępił przy tym książki w dość stanowczy sposób, spotkała go zasłużona krytyka. Brak potępienia Cenckiewicza i Gontarczyka okazał się kryterium decydującym o jego kwalifikacjach.
Jasne, sytuacja jest poważna i wymaga stanowczych deklaracji. Jeśli ktoś chce być szefem IPN, nie może robić uników. Poglądy kandydata muszą być klarowne i – co najważniejsze – właściwe. Do boju ruszyła zatem jak zawsze nieoceniona w takich wypadkach „Gazeta Wyborcza".

Stanowisko polityczne, towarzyszu!

Adam Leszczyński, jeden z czołowych młodych ideologów „Gazety", postawił sprawę jasno: szef IPN musi wprost i jednoznacznie powiedzieć, czy Wałęsa był agentem czy nie. „Wypada się zdecydować. Historyk dr Kamiński świetnie wie, że książka Gontarczyka i Cenckiewicza była publicystyką historyczną pisaną na zamówienie. Chodziło o to, żeby Wałęsie zniszczyć życiorys i zakwestionować jego historyczną rolę" – napisał Leszczyński.
Dla Leszczyńskiego to oczywiste. To po prostu fakt, zapewne potwierdzony naukowo: Cenckiewicz i Gontarczyk napisali książkę na polityczne zlecenie. I nowy prezes IPN musi to jasno przyznać. Brak takiej deklaracji świadczy o braku kwalifikacji w ogóle na tę funkcję.
Redaktor „Wyborczej" nie ukrywa: „Nie da się jednak uniknąć wyraźnego stanowiska w tak głośnych i ważnych sprawach – nie tylko historycznie, lecz także politycznie". Nie jest ważny warsztat historyczny, doświadczenie, pomysł na działalność instytutu. Ważne jest wyraźne stanowisko polityczne, towarzyszu! „Nie wiecie tego? Nie nadajecie się więc" – zdaje się mówić redaktor „Wyborczej".
Chciałbym podpowiedzieć redaktorom „Wyborczej", by organizując nowe wybory szefa IPN, do zasad konkursu dopisali zestaw poglądów, jakie kandydat posiadać powinien
„Bo przecież prezes IPN jest czymś więcej niż bezstronnym urzędnikiem państwowym bez poglądów" – klaruje Leszczyński. Poglądy trzeba mieć słuszne i należy je stanowczo głosić. Łukasz Kamiński nie spełnia więc warunków stawianych przez „Gazetę Wyborczą".

Bez kręgosłupa

Tylko nieco inaczej widzi sprawę inny redaktor „Gazety" Maciej Stasiński. Przyznaje wprawdzie, że Kamiński poglądy ma, ale niestety są to „poglądy pisowskie".
No, a to jest już kompletnie niedopuszczalne. Dodałbym, że posiadając „poglądy pisowskie", Kamiński łamie zasady demokracji i wszelkie europejskie standardy przyzwoitości. Na takim stanowisku można mieć poglądy platformerskie lub ewentualnie te, które w danym momencie bliskie są „Wyborczej".
Pisze Maciej Stasiński: „Działalność badawcza i publicystyczna Łukasza Kamińskiego świadczy (...) o tym, że jest historykiem miernym, zapatrzonym w archiwa SB jako krynicę wiedzy o historii PRL, że nie rozumie tych dziejów nie tylko dlatego, że jest za młody, by je pamiętać, ale dlatego, że jest niedouczony i ideologicznie uprzedzony. I dlatego jest kiepskim kandydatem na szefa IPN".
No tak, skoro Kamiński przeczytał książkę Gontarczyka i Cenckiewicza (co, rzecz jasna, jako historykowi przynosi mu wstyd, bo porządni krytycy tej książki jej nie czytali) i na dodatek jej nie potępił, to  ostatecznie go pogrąża – kandydat na szefa IPN jest historykiem „niedouczonym i ideologicznie uprzedzonym".
Stasiński stwierdza też, że Kamiński nie jest „nieuwikłanym w politykę historykiem o centrowym poglądach" – jak napisał mój redakcyjny kolega Piotr Zaremba – „lecz historykiem jak najbardziej ideologicznym i politycznym, w jak najbardziej PiS-owskim sensie".
Jaki stąd należy wysnuć wniosek? Gdyby Kamiński potępił książkę Gontarczyka i Cenckiewicza, byłby historykiem w politykę nieuwikłanym. A gdyby jeszcze oświadczył, że książki nie przeczytał, bo się jej brzydził, no, to wtedy byłby historykiem wybitnym trzymającym się z dala od brudnych gier partyjnych.
Jasne tezy stawia również na łamach „Gazety" kolejny publicysta Wojciech Mazowiecki. Jego zdaniem Kamiński to człowiek „bez kręgosłupa, stawiający zarzuty na granicy insynuacji". Ponieważ historyk od książki o Wałęsie się nie odcina, to znaczy, że kręgosłupa nie ma. W przeciwieństwie do tych, którzy bohatersko na łamach „Gazety" książkę ową potępiali. Wymagało to przecież wielkiego charakteru.
Mazowiecki apeluje, by w tej dramatycznej sytuacji unieważnić wybory i rozpisać konkurs na nowo.

Stopień obrzydzenia PiS

Chciałbym zatem podpowiedzieć redaktorom Mazowieckiemu, Leszczyńskiemu i Stasińskiemu, by organizując nowe wybory szefa IPN, do zasad konkursu dopisali konieczny zestaw poglądów, jakie kandydat posiadać powinien.
Koniecznie powinien się więc określić w sprawie inkryminowanej książki „SB a Lech Wałęsa". Następnie w kwestii bezużytecznych i fałszowanych dokumentów SB. Potem w sprawie wprowadzenia stanu wojennego przez generała Jaruzelskiego. No i chyba konieczna byłaby jeszcze deklaracja kandydata mówiąca o stopniu jego obrzydzenia Prawem i Sprawiedliwością.
To są wskazania „Gazety Wyborczej", której – przyznajmy – jakże często słucha rząd Donalda Tuska.
Ale okazuje się, że Łukasz Kamiński szybko się uczy. Zrozumiał swój błąd i czym prędzej oświadczył, że w ogóle nie powinien się wypowiadać o książce o Wałęsie. To się nazywa siła mediów!
Ale biedny Kamiński źle zrozumiał przekaz. Bo wypowiadanie się o książce Gontarczyka i Cenckiewicza wcale nie było błędem! Błędem był brak potępienia tej książki!
Czy taka miękka deklaracja wystarczy Kamińskiemu, aby zmazać grzech? Nie wiem, może zdąży się jeszcze poprawić i złoży stosowną samokrytykę.

Autostrady – tak, książki – nie

Ale cóż mu przyjdzie po najmocniejszej nawet samokrytyce, skoro niektórych sama nazwa IPN przyprawia o mdłości. A już na pewno Kamiński nie jest w stanie zadowolić Tomasza Lisa. Bo zdaniem naczelnego „Wprost" IPN ma być po prostu zlikwidowany i już. „To zbędna i szkodliwa instytucja" – obwieścił Lis.
Nie wątpię, że publicysta przeczytał albo choćby przejrzał kilkaset tomów historycznych książek wydanych przez instytut i na tej podstawie wygłosił swą światłą opinię. Nie wątpię też, że przejrzał także wiele innych książek i mógł dokonać stosownych porównań. Ton artykułu, jego głębia, powaga i moc argumentów wskazują, że Tomasz Lis spędził lata całe w bibliotekach, szlifując retorykę i wiedzę historyczną. Te lektury doprowadziły go do jednego wniosku: państwo nie jest od wydawania książek! Państwo jest od budowy autostrad. To jest wybór naczelnego „Wprost". Autostrady – tak, książki – nie.
Różnica miedzy Leszczyńskim a Lisem polega na tym, że Leszczyński chciałby, by państwo wspierało książki, pod warunkiem że będą to książki jedynie słuszne. Lisowi wystarczą autostrady. Czy premier Tusk posłucha tego wezwania?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA