Publicystyka

Miłość ci wszystko wypaczy

Starcie PO z PiS to nie starcie partii politycznych, ale starcie Dobra i Zła. Miłość wygrała, ale nie dość wygrać z nienawiścią, trzeba ją jeszcze całkowicie zniszczyć i wypalić – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
W nowej sytuacji politycznej jedni stawiają diagnozy trafne, inni chybione, jedni piszą ciekawie, inni mniej – ale takiego cudu, jak artykuł Tomasza Wołka „Miłość i nienawiść” jeszcze nie było. Nie wolno pozwolić, aby w masie powyborczych komentarzy umknął on uwadze czytelników.
Nie dlatego, żeby to był tekst mądry albo przynajmniej błyskotliwy. Szczerze mówiąc, wręcz przeciwnie. Ale sposób myślenia, jaki prezentuje, jest po prostu klinicznym przykładem amoku, jaki ogarnął tę część medialnego establishmentu, do której Tomasz Wołek od pewnego czasu aspiruje, i zapewne dlatego ulega mechanizmowi, który potocznie określa się jako „bycie świętszym od papieża”. Podczas gdy czołowi publicyści michnikowszczyzny usiłują to, co istotne, ukryć pod pozorami politycznej analizy, Wołek śmiało te pozory odrzuca. Po co analizy, gdy wszystko jest jasne? Starcie Platformy Obywatelskiej z Prawem i Sprawiedliwością to nie starcie partii politycznych, nawet nie starcie odmiennych wizji Polski i świata. To starcie Dobra i Zła, Miłości, uosabianej przez Tuska, i Nienawiści, uosabianej przez Kaczyńskiego. Miłość wygrała, ale nie dość wygrać z nienawiścią, trzeba ją jeszcze całkowicie zniszczyć i wypalić.
Tak jednak dziwnie jest, że mamy tysiące wybitnych obrazów, poematów etc. plastycznie i przekonująco prezentujących rozmaite wizje piekła, a raju nikt ciekawie przedstawić nie potrafi. Wołek również pomija tę część zadania. Nie informuje złaknionego tej wiedzy czytelnika, w czym konkretnie przejawia się dobro Platformy. Skupia się wyłącznie na opisaniu zła, czyli PiS, co daje pewne wskazówki, bo przecież Nienawiść to przeciwieństwo Miłości. Jeśli więc Nienawiść polega na tym, że „ze swojej partii Kaczyński uczynił zwartą, zdyscyplinowaną, monolityczną (?!) drużynę” i „zamknął ją w niedostępnej twierdzy, rzekomo obleganej przez wraże siły” (obcowanie z poezją, jak widzimy, w każdym budzi poetę), to łatwo się czytelnikowi domyślić, że Tusk bynajmniej w swojej partii nie zachowuje dyscypliny, że od zawsze chętnie ustępował pierwszeństwa Olechowskiemu, Płażyńskiemu, Rokicie, przeciwników politycznych nie odsuwa, przeciwnie, awansuje ich, a każdą swoją decyzję szeroko konsultuje z szeregowymi członkami partii, nie wspominając o jej statutowych władzach. Skoro Nienawiścią jest wskazywanie przez Kaczyńskiego rozmaitych zagrożeń, to łatwo wydedukować, że mobilizacja elektoratu PO bynajmniej nie miała nic wspólnego ze wskazywaniem jakiegokolwiek zagrożenia, i w ogóle nie było przeciwko nikomu, ale tylko za ogólnie pojmowanym dobrem. Akapit po akapicie, można się w ten sposób dowiedzieć od Wołka mnóstwa niezwykle ciekawych rzeczy. Wołek nie tylko jest piewcą Miłości. On nią cały oddycha (by nie powiedzieć: zionie). Nie on jeden zakochał się w zwycięskim Tusku, wybawicielu od dwugłowego uosobienia zła. Lewicowi publicyści, intelektualiści i celebryci na wyprzódki wyznają dziś mediom, że od tygodnia lżej się im oddycha, że słońce znowu zaświeciło, świat pojaśniał, że radość taka… Zakochani zwykle przeżywają takie stany euforyczne, i nic dziwnego, że się one udzieliły także Wołkowi. A miłość, jak wiadomo, wszystko wybaczy. Tusk nie jest zwykłym politykiem, który swą pozycję budował rozmaitymi zagraniami, dla polityki typowymi, ale nielicującymi z jego nowym wizerunkiem świętego. A jego koalicjant nie jest już, jak dziesięć lat temu, zagrożeniem dla polskich reform i wcieleniem antyrynkowego populizmu, ani, jak pięć lat temu, uosobieniem praktyki zawłaszczania państwa i publicznych mediów tudzież sztandarowym przykładem polityka gotowego dla stołków zawrzeć i zerwać każdy układ.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL