Polityka

PiS czekające na pochwały

PiS popełniło typowy błąd partii rządzącej - udowadnia Polakom, jak im się świetnie żyje pod jego władzą. Porzuca natomiast wyborców upośledzonych - pisze politolog z Uniwersytetu Śląskiego
Głównym błędem Prawa i Sprawiedliwości jest podporządkowanie całej strategii partii wykazywaniu Polakom, jak dobrze żyje im się pod rządami PiS. Liderzy tej formacji na każdym kroku podkreślają, jak wiele zrobili już dla kraju i jak poprawił się poziom egzystencji przeciętnego obywatela Polski. Przytaczają dane mające świadczyć o wzroście gospodarczym, napływie kapitału zachodniego, dynamice eksportu i optymizmu społecznego, spadku przestępczości i pobudzeniu całej gospodarki.
Nawet badania nastrojów i poziomu szczęśliwości wskazują, że Polacy są najszczęśliwsi i najbogatsi od wielu lat. Tyle tylko, że nie dzięki głosom tych grup społecznych PiS wygrało wybory z 2005 roku. Wówczas Kaczyński zwyciężył, bo stanął po stronie tych, którzy stracili na procesie transformacji i czuli się wyłączeni z konsumpcji efektów reform lat 90. Siłą PiS było utożsamienie się z nim szerokich mas społecznych, nieodnajdujących się w dotychczasowej liberalnej polityce i wolnorynkowej gospodarce. Stanięcie po stronie tej gorszej, biedniejszej i bardziej poszkodowanej części naszego narodu było kluczem do zwycięstwa w 2005 roku zarówno w wyborach parlamentarnych, jak i prezydenckich. Jednak obecnie PiS wpadło w pułapkę każdej partii rządzącej - broni status quo, udowadnia Polakom, jak dobrze im się żyje pod jego władzą, jak bardzo poprawia się ich codzienna egzystencja. Jednak o ile tego typu obrona swego dorobku jest sensowna w przypadku partii sprawującej władzę przez cztery lata, bo musi się ona rozliczyć z umiejętności rządzenia, o tyle w odniesieniu do PiS jest niepotrzebna i przeciwskuteczna. Niepotrzebna, bo ugrupowanie to rządziło jedynie dwa lata i zrozumiałe dla jego wyborców byłoby, że nie musi dokumentować swoich dokonań ze względu na krótki czas sprawowania władzy.
Kaczyński uczyniłby lepiej, gdyby w tych wyborach szedł pod hasłami przerwanej kadencji, uniemożliwienia dokończenia misji, kłód rzucanych pod nogi przez "układ" i opozycję. Tego typu retoryka byłaby zrozumiała i zaakceptowana przez wyborców PiS i nie zmuszałaby premiera do tłumaczenia się w chwili ataków polityków opozycyjnych. Wejście w buty każdej partii rządzącej czyni z formacji braci Kaczyńskich partię obcą dotychczasowemu elektoratowi. Wmawiając Polakom, że żyje im się znacząco lepiej, PiS staje się w oczach dużej części swych wiernych wyborców niewiarygodne, bo dla nich w dalszym ciągu codzienna egzystencja jest podobnie trudna jak przed dwoma laty. Ich życie nie stało się w ciągu ostatnich 24 miesięcy znacząco lepsze w zakresie materialnym, oni wciąż są wśród przegranych i wykluczonych. Opuszczenie ich przez PiS jest największym błędem strategii marketingowej tej partii. Gdzie popełniono błąd? Klasycznym przykładem tej fałszywej zmiany tonu jest różnica między dzisiejszą strategią tej partii a reklamówkami z wyborów samorządowych z 2006 roku. Wówczas PiS przedstawiało się jako ugrupowanie sprzątające i remontujące nasze państwo, chcące od opozycji jedynie tego, by nie przeszkadzała. Dziś PiS pokazuje się jako ekipa, która już posprzątała i oczekuje na pochwały, jak ładnie i szybko sobie z remontem poradziła. Gdyby prezentowała się jako partia, której źli rywale przeszkodzili w dokonywaniu tego remontu, która jest pełna dobrych intencji i już zaczęła konieczne porządki, ale przerwano jej w pół drogi, wówczas dotychczasowy elektorat PiS byłby bardziej łaskawy dla tej partii. Ale jeśli premier i jego otoczenie próbują przekonać tych wyborców, że ich mieszkanie jest już urządzone na cacy, podczas gdy oni widzą, że wokół wciąż walają się puszki po farbie, gruz i zdarte tapety, mają oni prawo czuć się oszukiwani. I nawet jeśli widzieli w ciągu ostatnich dwóch lat starania partii rządzącej w kierunku sanacji i naprawy, trudno im uwierzyć, że to już, że właśnie żyją w tej wymarzonej IV RP. Kaczyński powinien był pozostać przywódcą partii i wyborców, którzy czują się źle i obco w naszym państwie, a nie przekonywać ich, że pod jego rządami stali się nagle bogaci, piękni i młodzi. W sensie politycznym tych pierwszych jest więcej, tych drugich zdecydowanie mniej. Sensowniej było pozostać po stronie większości, a reprezentowanie interesów zadowolonej mniejszości pozostawić Donaldowi Tuskowi.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL