Teatr

Stasys – mądrze czy banalnie

Fotorzepa, Michał Warda Mic Michał Warda
„Drewniany człowiek” - autorski spektakl Stasysa Eidrigevičiusa, oceniają Monika Kuc i Monika Małkowska
Wojażer wraca do źródeł
„Drewnianego człowieka”, swój drugi autorski spektakl. Powstało przedstawienie niezwykłej urody i głębi. Jak zapowiadał przed premierą, synteza jego twórczości i życia, kontynuacja „Białego jelenia”. Okazało się, że można wstąpić dwa razy do tej samej rzeki. Po 14 latach Stasys Eidrigevičius wrócił do teatru, by zrealizować Eidrigevičius nie poprzestał na retrospekcji minionych zdarzeń i przeżyć lub obrazów z poprzedniej inscenizacji. „Drewniany człowiek” to znacznie więcej – artystyczna reinterpretacja dotychczasowych doświadczeń. Autonomiczny fascynujący spektakl, choć artysta wplata weń znane ze swej twórczości wątki (wspomnienie rodzinnej Litwy) czy rekwizyty (drzewa, maski, wielofunkcyjne proste drewniane przedmioty). I nadaje scenicznej przypowieści baśniowo-poetycki ton.„Biały jeleń” i „Drewniany człowiek” dopełniają się, ale nie powielają. Pierwszy był bardziej biograficzny i narracyjnie rozbudowany. Drugi ma filmową płynność kadrów i krystaliczną przejrzystość. Mówi o kreacyjnych siłach człowieka, o tym, jak powstaje sztuka, gdzie są źródła twórczości samego artysty – malarza, grafika, inscenizatora. Wyrafinowane plastycznie obrazy współgrają z dojrzałą mądrością i prostotą spostrzeżeń. Proces twórczy według Stasysa jest integralną częścią ludzkiej natury. Równie naturalną jak dla jego matki pieczenie chleba czy dla ojca praca w lesie. Drewniany człowiek to dzieło i alter ego twórcy. Dorosła wersja „Pinokia”, nad którego scenografią Stasys niedawno pracował. Jest on „sztuczny”, ale tak samo określa tożsamość artysty jak postacie aktorów o nagich torsach i twarzach ukrytych za maskami. Artysta żyje bowiem we wszystkich stworzonych przez siebie postaciach. Z „Białego jelenia” najsilniej zapadła mi w pamięć rysowana przez Stasysa w trakcie przedstawienia postać człowieka z walizką. Wojażera targającego bagaż swego losu, a zarazem z ciekawością odkrywającego nieznany świat. Bohaterowie „Drewnianego człowieka” podejmują podróż w odwrotnym kierunku. Wędrują do źródeł. W jednej ze scen symbolicznie zanurzają wiadra, by zaczerpnąć wody. Życie nieustannie się zmienia, lecz archetypiczne źródła odnowy i inspiracji pozostają wieczne. Tylko ilu z nas tak doskonale jak Stasys wie, gdzie ich szukać! W chwiejnych dekoracjach Stasys jest artystą wszechstronnym, jednak jego talent ma ograniczenia. Dowodem – „Drewniany człowiek”. Podczas godzinnego spektaklu przeżywałam rozmaite emocje: zadziwienie, rozbawienie, zniecierpliwienie. Na końcu zaś – zażenowanie. Litewsko-polski twórca po latach ponownie zmierzył się z materią teatru. Jednak na przekór upływowi czasu i rozmaitym życiowym doświadczeniom nie zmądrzał. O ile „Biały jeleń”, jego debiut na scenicznych deskach tego samego Teatru Studio, był udaną – bo oszczędną w środkach wyrazu i szczerą – próbą połączenia wizji plastycznej z żywym człowiekiem, o tyle obecnie nie ma czego Eidrigevičiusowi gratulować. Kreacja ma prawo otrzeć się o duchowy ekshibicjonizm, ale Stasys uzewnętrznił swoje kompleksy i pretensje do losu z krępującą dosłownością. Tytułowy „Drewniany człowiek” to jego alter ego; przypadki kukły – to jego autobiografia. Miała być liryczna, okazała się patetyczna i pretensjonalna. Stasys nigdy nie parał się muzyką teatralną – a tu porwał się na samodzielną oprawę sztuki w dźwięki. Z offu walą po uszach litewskie ludowe pieśni, bicie serca, chlupanie wody… Wszystko nieznośnie dosłowne, jak w audycji radiowej. Nie mając pojęcia o pantomimie, Stasys usiłował zmusić do niej aktorów. Też nie wyszło. Aktorzy udający fauny poruszają się jak słonie w składzie porcelany, wyraźnie zestresowani scenografią i rekwizytami. Jak mają czuć się swobodnie, skoro chwiejne dekoracje co chwila grożą katastrofą. Z założenia miały to być wielofunkcyjne, symboliczne obiekty. Tymczasem żaden z akcesoriów nie został ujęty w cudzysłów. Metaforą drzewa jest drzewo – dziwnie podobne do palmy na rondzie de Gaulle’a. Miłość do mamy oddaje słowo „mama” ułożone z patyczków wyjętych z klatki piersiowej drewnianej kukły. Z serca, znaczy. Banał trudny do przełknięcia. Najgorszy jednak jest finał. Stasys poczuł się pisarzem i reżyserem. Kazał aktorom interpretować własne zapiski dotyczące pracy i technik plastycznych na przemian ze wspomnieniami z dzieciństwa. Usadził ich rządkiem na scenie, na tle rzutowanych na ścianę zdjęć i obrazów. Rzecz jasna autorstwa Stasysa. Osobiście (choć z offu) wygłosił kwestię dotyczącą samopoczucia. „Kiedyś nie miałem odwagi wyjść, teraz brakuje mi siły”. Mylna diagnoza. Jego bolączką jest nadmiar pychy.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL